De Docta Ignorantia

Być jak Mikołaj Kopernik

Przekonanie o nieadekwatności szkoły, nauczycielskiej indolencji, a zarazem o pokoleniowej wyjątkowości uczniów, którzy do szkoły zmuszeni są uczęszczać, stało się już praktycznie częścią społecznej świadomości, czymś w rodzaju ledwie objawionej, a już obowiązującej narracji. Ci, którzy uznają ją za novum, i to dość nadzwyczajne, mają do swej dyspozycji media o niespotykanej w dziejach sile rażenia, w których oryginalność diagnozy jest mylona z możliwością jej głoszenia. Jeśli uznać prawdziwość zasady, że dowolna treść, a nawet bzdura powtórzona wystarczająco często, staje się prawdą, diagnoza ta jest już piątą zasadą termodynamiki. Liczba ignorantów gotowych przyjąć za pewnik dowolny bzdet lub zachwycać się komunałem zawsze była ogromna. Niepokojącym (choć jedynie w ujęciu ilościowym) wyróżnikiem „naszych czasów” jest liczba „koperników” zdolnych sprzedać ignorantom swoje „przewroty”, a przede wszystkim ogromna łatwość informowania o rzekomych „obrotach sfer”. Pół biedy, jeśli dystrybucja „przewrotów” dotyczy truizmów – zawsze znajdzie się ignorant lub po prostu młodszy adresat, który truizm spożytkuje; gorzej, jeśli, w zderzeniu z nieokreślonością świata, wielością znaczeń i lenistwem wiedzących cokolwiek, taki „kopernik” rzeczywiście ubrda sobie, że jego wygooglana prawda, oparta najczęściej o pseudonaukę, szalbierskie autorytety i czatowe ploty jest objawieniem, na które czeka świat.

„Przewroty” potrzebują „odkryć”. Co jakiś czas, budzi się jakiś mesjasz i obwieszcza ludowi, że właśnie odkrył, że w szkole źle się dzieje, że nie spełnia ona swojej roli, że powinna być inna, i że właśnie on wie, jak ją zmienić. Niestety, te „przewrotowe” rozwiązania nigdy nie dotyczą spraw zasadniczych i opierają się raczej na myśleniu magicznym. W rozwijaniu myśli edukacyjnej nie widzę żadnego zagrożenia, pod warunkiem jednak, że przyszły guru uznaje fakty, których będąc poważnym nie można ignorować. Nie mam pewności, czy potrafiłbym stworzyć listę je wyczerpującą, pokuszę się jednak o absolutne, moim zdaniem, minimum. I tak, będąc zaangażowanym w jakąkolwiek działalność oświatową, nie można udawać, że nie jest się świadomym, że w szkole nigdy, od zarania szkolnictwa powszechnego, nie było dobrze. I nie będzie. Bo w samym jej fundamencie tkwi błąd nieusuwalny, którego żaden paradygmat, choćby nie wiem jak podmiotowy, nietransmisyjny i przebudzony, z tego fundamentu nie wyrwie. Mam też przykrą wiadomość dla różnych neofitów i rewolucjonistów, którzy gmach na tym fundamencie stojący chcieliby po prostu zburzyć, a pozostałości zaorać. Błąd jest tożsamy z fundamentem. Jakimkolwiek, zakładającym masowość i powszechność.

Czy nie jest to równoznaczne z zaprzeczeniem możliwości rozwoju oświaty? Absolutnie, nie. Jest to jedynie uczciwe przyznanie, że rzeczywisty progres w tej interesującej nas dziedzinie dokonuje się na bazie rozwoju społecznego i kulturowego, a nie incydentalnych wynalazków metodyczno-ideologicznych. Społeczeństwa i kultura (w przeciwieństwie do mesjaszy) nie żyją oczekiwaniem, aż jakiś pomysł chwyci – one żyją tym, czym są w danym momencie. Zdarza się, że wynalazki (i idee) wyprzedzają swoją epokę i zanim się upowszechnią, przez długie lata korzystają z nich nieliczni. Dobra wiadomość dla oświatowych wizjonerów i zmieniaczy jest taka, że prawdopodobne jest, że mają rację; będą jedynie musieli poczekać, aż społeczeństwo i tworzona przez nie kultura do niej dorosną. Jeśli więc zewsząd słyszymy, że wszystkie problemy szkół publicznych rozwiąże np. odkrzesłowienie, umuzykalnienie i upodmiotowienie uczniów, należy jedynie dotrwać do chwili, gdy wyrośnie nam pokolenie gotowe z tych dobrodziejstw korzystać. Niestety, nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy i, ewentualnie, kiedy ten wytęskniony moment nastąpi.

Czy oznacza to, że dobrzy nauczyciele, innowatorzy i ludzie z pasją nie są oświacie potrzebni i nie mogą tej chwili edukacyjnego spełnienia starać się przybliżyć? Ależ skąd, muszą jedynie rozumieć w jakiej skali funkcjonują i zawsze przypominać sobie, że nigdzie jeszcze nie narodziło się społeczeństwo ludzkie, które zachowywałoby się jak zbiorowisko owadów społecznych, gotowych działać na chemiczny sygnał, w imię nieuświadomionej, choćby i słusznej idei. Powinni pamiętać, że na dłuższą metę i szerszą skalę, próby sztucznej kreacji takich społeczeństw (choć nadal podejmowane) raczej nigdzie się nie udały, a już z pewnością nie wyszły tym społecznościom na dobre. Ludzie, którzy nie potrafią pogodzić się z tempem rozwoju oświaty (ludzkości) muszą przyjąć do wiadomości, że jedyne, właściwe podejście nie istnieje, choćby nie wiem, ile razy sprawdziło im się w klasie. Nie wolno im także naginać rzeczywistości, naciągać i nadinterpretować badań w imię świętego przekonania o podejścia tego słuszności. Żaden wyższy cel nie może być dla nich usprawiedliwieniem w przypadku ideologicznego zaślepienia, rozpowszechniania wiedzy fałszywej lub naciągania naiwnych i ufnych na cudowne metody, działania arytmetyczne na inteligencji, nauczanie ruchem i tym podobne przejawy szamaństwa lub amwaydydaktyki.

Młot na brednie?

Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z postawami przeciwnymi. W przestrzeni publicznej nagminnie doświadczamy „aktów celowej  dezorientacji i zwykłego oszustwa, mających na celu osiąganie korzyści„. Przytaczam tu uogólnioną definicję przedmiotu zainteresowań agnotologii, nowej dziedziny nauk, zajmującej się badaniem wyżej opisanego zjawiska. Zachodzi ono, co jasne, nie tylko w działalności oświatowej, przesiąknięte są nim polityka i biznes, decyduje ono o patologii w nauce i jej krzewieniu. Oświata, jako depozytariusz idei tego ostatniego, jest tu szczególnie wrażliwą dziedziną, a jednocześnie bardzo drażliwą kwestią. Niepokoi fakt, że zarówno w imię korzyści materialnych, jak i czysto ambicjonalnych, ludzie decydują się poświęcać etos nauki, fałszować lub pozorować prace badawcze, szukać dowodów jedynie na to, co chcą udowodnić, pisać na zamówienie prace „naukowe” podbudowujące dowolne idee. Jeszcze bardziej przerażające, że wielu gotowych jest propagować tak pozyskane treści, wspierać je swoim autorytetem i nauczać o nich „puchatki”, które z racji „bardzo małego rozumku” „wszystko kupią” w ciemno. Rozpowszechnia się także przekonanie, że większość adresatów tych światłych objawień, to tak „ciemny lud”, że przekłamania, manipulacje i graniczące z kłamstwem uproszczenia są zupełnie usprawiedliwione, a nawet pożądane. Niektórzy dobrodusznie skłonni są godzić się na „drobne” odstępstwa od przyjętych w nauce reguł w imię jej „popularyzacji” wśród maluczkich. To że, celem takiej popularyzacji jest manipulacja (ubodzy duchem będą z siłą sekty popierać implantowany, prosty i jasny przekaz) jakoś nie przebija się do ich świadomości.

Z agnotologią, której materiału do badań, jak się zdaje, wystarczy po wsze czasy, wiązałbym spore nadzieje, gdyby nie jeden drobiazg – nie bardzo dostrzegam podmioty zainteresowane jej dociekaniami. Przecież nie będzie to ktoś, kto w ignorancji ma naturalne zaplecze swojego funkcjonowania, czyli większość polityków, korporacyjnych macherów, czy demiurgów reklamy. Z kolei, dla przykładu, adresat i zarazem suweren politycznej narracji pana Kurskiego i spółki wcale nie chce być o swojej ciemnocie uświadamiany, bo budzi to w nim poczucie niedowartościowania i inne frustracje. Patrząc dalej, frustracje te nikomu rozsądnemu nie są na rękę, bo z historii wiadomo, do czego prowadzą. Z jednej więc strony, lud nawet śladowo oświecony powinien dbać o to, by opisane wyżej gospodarowanie ignorancją nie miało miejsca (choćby tylko po to, by nie doświadczać zdziwień nad urną wyborczą), z drugiej zaś musi kalkulować, że brak kanalizacji, do której ignorancję można wylać, to proszenie się o brunatną powódź. Interes potencjalnego entuzjasty agnotologii jest więc wewnętrznie sprzeczny – ignorancję się hołubi, bo prześladowana jest powodem zgubnych napięć, ale jednocześnie, rosnąc w siłę, wdzięczna swoim hodowcom wcale nie jest, ciągnie ich w dół, także moralnie i estetycznie. Ale cóż, uświadamianie ludziom ich ignorancji oraz jej źródeł bywa niewdzięczne, a nawet niebezpieczne.

Kto ma zarządzać ignorancją?

Dla kogo w takim razie Robert Proctor, historyk nauki, tworzy nową jej gałąź? Oryginalnie, studia nad szerzeniem i pielęgnowaniem ignorancji miały służyć ofiarom cynicznych działań przemysłu tytoniowego, dziś korzystają z jej zdobyczy ludzie zaangażowani w walkę z negacją wpływu człowieka na klimat, holokaustu, czy ewolucji. Z tego krótkiego zestawienia wynika, że są to środowiska raczej niszowe, ot taka ledwo przebijająca się do świadomości społecznej donkiszoteria. Jej naturalną bazę intelektualną stanowią uniwersytety i liberalne think tanki, schodząc niżej, oprócz jednostek skrzywdzonych przez propagandę, pseudonaukę i nabranych przez rozmaite instytucje (para)finansowe, nie ma już nikogo. A jak to wygląda na forum edukacji? Przychodzi mi do głowy tylko jedna, dość pokaźna grupa ludzi, która powinna być profesjonalnie zainteresowana zwalczaniem ignorancji i śledzeniem jej przyczyn. Powinna. Zdecydowanie. Wydaje się oczywista (tak, mam na myśli nauczycieli), ale tylko do momentu, gdy przypomnimy sobie, co myśli o niej reszta społeczeństwa. Zgodnie ze stereotypem, przypominanym przez media przynajmniej dwa razy w roku (około 1 IX i 14 X), jest to roszczeniowa, marnie wykształcona i leniwa grupa zawodowa, której cały autorytet przejawia się w możliwości nieudzielenia promocji do następnej klasy. Trudno się spodziewać, by społeczeństwo oczekiwało od niej znaczącego wpływu intelektualnego na swój rozwój. Czasy kiedy było to możliwe, jeśli to w ogóle prawda, a nie legenda, dawno już minęły. Ponieważ, podobnie jak o klęsce szkoły, wyobrażenia o nauczycielach są owocem niezliczonych przekłamań i nieporozumień, przedmiotem „troski” rządów oraz biadoleń i objawień „koperników”, prawda o tym zawodzie jest silnie zmitologizowana. Na ogół, nie jest ani tak tragiczna, jak można sobie poczytać u mesjaszy nowego, ani też nawet w połowie tak wspaniała, jak w szkolnych statutach, kronikach i gazetkach. Jednak nawet obraz uśredniony, wyważony i poddany rygorom agnotologii, nie daje jeszcze podstaw, by twierdzić, że nauczyciele, jako grupa zawodowa, są w stanie udźwignąć misję walki ze społeczną ignorancją.

Dlaczego nie pani od polskiego?

Powodów tego paradoksu jest wiele, ale jeden wydaje mi się zupełnie pomijany: Po prostu, nikt tego od nich nie oczekuje. Wielokrotnie już podkreślałem, że nauczyciele (podobnie jak przedstawiciele innych profesji) en mass są tacy, na jakich istnieje realne zapotrzebowanie (a więc, po części, są produktem społecznej wiedzy/ignorancji). Wbrew pozorom, nie są oni przedmiotem jakiejś określonej presji społecznej, o konsumenckiej nie wspominając. Mogą być odsądzani od czci i wiary, lżeni i poniewierani, można się ich bać lub ich wielbić, ale to, czego naprawdę oczekuje od nich główny pracodawca, niewiele wykracza poza wymóg, by dzieci nie bili i nie molestowali (także intelektualnie, niestety). Ten przykry wniosek znajduje potwierdzenie choćby w zawartości szkoleń do nich adresowanych. Wynika z niej, że osoby niejako z urzędu powołane, by rozpoznawać i zwalczać ignorancję albo same są ignorantami, albo też ich główny przełożony stara się zaniżać ich wartość rynkową, by nie musieć płacić im stosownie do kwalifikacji.

U prywatnej konkurencji jest niby inaczej, ale ze skutkiem podobnym – wymagania artykułowane są nieco śmielej, ale ich realizacja również okazuje się zaskakująco tania. Gdyby myśleć zdroworozsądkowymi, ekonomicznymi kategoriami, można by dojść do wniosku, że w szkolnictwie państwowym nauczyciele są znacząco przepłacani, co rynek prywatny usiłuje korygować. Spójrzmy na przykład z życia wzięty: Podmiot prywatny, działający w branży oświatowej, ma kłopoty ze skompletowaniem kadry licującej z klasą prowadzonej placówki. Zapytałem, jakimi przesłankami kieruje się przy naborze. W skrócie, idealna kandydatka, bo o kobiety raczej chodzi, „powinna być absolwentką sensownej uczelni pedagogicznej, obeznaną w adekwatnych trendach edukacyjnych, osobą z inicjatywą, wysoką kulturą osobistą, lubiącą dzieci, która potrafi rozmawiać z rodzicami i posługuje się językiem angielskim na poziomie umożliwiającym dzieciom osłuchiwanie się z nim w sytuacjach codziennych”. Biorąc pod uwagę poziom oferowanych przez placówkę usług, nie są to wygórowane oczekiwania, kiedy jednak zestawić je ze spodziewanym wynagrodzeniem, można by podejrzewać, że kandydatek szuka się wśród pracowników obsługi. Nic więc dziwnego, że kandydatki nie walą drzwiami i oknami, a większość zgłaszających się na rozmowy kwalifikacyjne to świeżo upieczone, ale niedouczone absolwentki bez żadnego doświadczenia lub emerytki pragnące dorobić do świadczeń. Łatwo się domyślić, że w takim zestawie kadrowym, dzieci nie miałyby z czym się osłuchiwać. Prawdę mówiąc, właściciela placówki rozumiem – przy istniejących obciążeniach, nie dziwię się, że stać go jedynie na zaoferowanie stawki minimalnie wyższej niż w sektorze państwowym, przy czym trzeba brać pod uwagę, że zachęta ta kontrowana jest brakiem osłony płynącej z Karty Nauczyciela i realnie wyższym wymiarem czasu pracy. Pozostaje mu więc liczyć na „szczęśliwy” los, czyli taki zbieg okoliczności w życiu kandydatki, który zmusza ją do świadczenia pracy na warunkach poniżej jej kwalifikacji (których i tak zwykle nie ma gdzie sprzedać) lub sytuację dla wszystkich optymalną, tj. taką, w której wykwalifikowana nauczycielka pracuje w zasadzie hobbystycznie, bo jej realne potrzeby finansowe zaspokajają rodzice lub partner.

Jak widać, szkolnictwo prywatne, nie mogąc realnie konkurować z molochem (temat wart osobnego omówienia), podpina się niejako pod monopol i powiela stereotyp nauczyciela ćwierćinteligenta, który i tak nic innego nie jest w stanie robić, czemu więc nie miałby w godzinach przedpołudniowych posiedzieć trochę z dziećmi, kiedy ich rodzice ciężko wypracowują PKB. Rażąca dysproporcja między oficjalnymi oczekiwaniami wobec pracownika, a wyceną jego pracy powoduje, że zawód ten jest traktowany z przymrużeniem oka, na starej zasadzie rodem z PRL-u: Wy udajecie, że pracujecie, my udajemy, że płacimy. Pracodawcy jakby nie mogli się zdecydować, czy głoszona wszem i wobec śpiewka o przewodniej roli edukacji i profesjonalizmie nauczycielskiej kadry ma być dla nich prawdziwym priorytetem (co wiązałoby się ze zróżnicowaniem oferty oświatowej, urynkowieniem pracy nauczycieli i rezygnacją z nauczania uporczywego), czy też nie powinni przesadzać z wymaganiami faktycznymi i zajmować się koncesjonowaną dystrybucją stemplowanej makulatury, do czego zdolni są wszyscy, nawet bez specjalnych szkoleń. Oczywiście, dylemat to pozorny, wyboru faktycznego dokonała już powszechnie obowiązująca ideologia wszystkiego najlepszego, czyli, fizycznie rzecz ujmując, wszechwładna entropia. Do kandydata na nauczyciela dociera jasny przekaz: Nikt nie będzie zbyt serio traktował twoich kwalifikacji, ani tych, których nie nabyłeś, ani tych, którymi możesz się pochwalić.

Dlaczego nie guru od zmiany?

Gwoli sprawiedliwości, nie można o wyżej wspomniany „dylemat” i wynikające z niego świetne warunki do rozwoju i konserwacji ignorancji obwiniać jedynie strony decyzyjnej. W końcu dlaczego „decydenci” mieliby zmieniać zasady gry? Bo tak chce grupa zajętych sobą szamanów i zaklinaczy? Żądanie, by sama szkoła się zmieniła, nauczyciele się „obudzili”, a uczniowie mieli same piątki, wysuwane przez licznych „koperników”, przypomina postępowy biznesplan Ferrari zakładający, że firma chce uszczęśliwić klientów samochodem dla ludu. Najpierw, jakiś obudzony własnym geniuszem „kopernik” przeprowadzi poważne badania rynku, z których wyniknie, że każdy chciałby jeździć Ferrari, więc klientów nie zabraknie. Trzeba będzie jedynie zwiększyć tysiąckrotnie produkcję, ale oczywiście przy zachowaniu najwyższych standardów i w cenie Fiata Pandy. Niestety, jajogłowy maruda z księgowości twierdzi, że „w cenie Pandy” się nie da, a na dodatek większości nie stać na Pandę. Nasz „kopernik” szybko wpada na pomysł, żeby do Pandy dodawać znaczek Ferrari. W końcu Ferrari umie prowadzić co tysięczny kierowca, po krawężnikach toto trudno się parkuje i ciężko zabrać rodzinę, gwałtownie powiększoną przez akcję 500+. A logo takie fajne. I tak, po kraju, rozpowszechnia się dobra nowina i cudowna metoda – znaczki  z czarnym koniem na żółtym tle nakleja się na wrotki, hulajnogi i sklepowe wózki. I tylko jacyś malkontenci z niecnym stosunkiem do postępu przypominają, że nie o to chodziło i z maniackim uporem dowodzą zachwyconym użytkownikom znaczków, że one wcale nie dodają 1oo KM wszystkiemu, co ma koła. W tym miejscu należy dodać, że raz puszczona w obieg bzdura jest już praktycznie nie do odkręcenia, żadne dementi jej nie zwalczy i długie lata po jej oficjalnym obaleniu, na internetowych forach, ignoranci będą się zastanawiać, w którym miejscu najlepiej znaczek umieścić, żeby spodziewany przyrost mocy był największy. W Maranello, prawdziwy zarząd Ferrari, odpowiedzialnych za takie „ulepszenia”, kreatywnych „koperników” nie dopuściłby nawet do zamiatania hal produkcyjnych, a tymczasem w oświacie, kult chciejstwa i metodycznej utopii ma się doskonale. „Koperniki” chyba nie bardzo nadają się na pogromców ignorancji, bo nie znają umiaru – marzy im się masowa produkcja superaut, a tymczasem zapotrzebowanie na nie i moce przerobowe „koperników” oscylują wokół kilku sztuk. Na dodatek, nieliczni, acz wredni agnotolodzy utrzymują, że te parę egzemplarzy da się wyprodukować na rozmaite sposoby, niekoniecznie kupując patenty „koperników”. Wytykają im przerost formy nad treścią, zbytnią generalizację i manipulację danymi. To, co sprawdza się w  małym zakładzie rasującym silniki, nie nadaje się przecież w produkcji taśmowej. Zwłaszcza przy jednoczesnej rezygnacji z taśmy.

Dlaczego nie szkoła?

Skoro dokonaliśmy pobieżnie przeglądu przydatności agnotologii dla rynku oświatowego od strony podażowej, warto chyba przyjrzeć się jego stronie konsumenckiej. Agnotologia traktuje ogół społeczeństwa nieco przedmiotowo, jako cel kulturowej produkcji ignorancji, obiekt manipulacji, cenzury, dezinformacji i politycznej selekcji przekazu informacji. Czy można sobie wyobrazić, że przynajmniej jego część, ta poddana edukacji, stanie się świadomym kreatorem rynku, szukającym interesującej go oferty, wpływającym na podaż, jak to jest choćby na rynku motoryzacyjnym, a nie jedynie adresatem „edukacyjnej” propagandy? Na wypadek, gdyby któryś „kopernik” nie zauważył, mówimy tu o słynnym upodmiotowieniu ucznia. Wiele zależy od tożsamości targetu, o czym za chwilę, ale kwestią najważniejszą jest to, że większość entuzjastów działań upodmiotowujących nie widzi ontologicznych i prakseologicznych sprzeczności w swoich wyobrażeniach i poczynaniach. Edukacja instytucjonalna zawsze ma do spełnienia misję pozamerytoryczną i indoktrynującą, wpisaną w samą jej strukturę i mentalność – oczekiwanie, że urzędnicy będą bojkotować działania własnego urzędu jest co najmniej naiwne. Nagminne stawianie ich w swoistym, moralno-praktycznym szpagacie niczego nie zmienia i sprowadza całą ideę do festiwalu hipokryzji, partyzantki, działań pozornych lub incydentalnych.

Wracając do analogii motoryzacyjnej, łatwo zauważyć, że choć każdy koncern samochodowy jest w zasadzie wzorcem praktyk manipulacyjnych (wystarczy przypomnieć ostatnie kłopoty VW, które z pewnością nie są żadnym wyjątkiem), finalnie to klient decyduje, czy potrzebuje dostawczaka, czy kabrioletu, a jeśli nie znajduje w ofercie niczego interesującego, idzie do dealera konkurencji. W oświacie państwowej ten mechanizm z definicji nie istnieje, a ponadto jej monopol ma katastrofalny wpływ na ewentualną konkurencję prywatną. Powtarzania tego akurat truizmu chyba nigdy nie będzie dosyć, bo choć mamy mnóstwo zwolenników dialogu i demokracji, zdają się oni na ten brak spełnienia warunku sine qua non sensownego funkcjonowania szkoły (i nie tylko) impregnowani. Agnotologia ma więcej do badania w oświacie, niż u Volkswagena jeszcze z jednego względu: Chociaż podstawowe decyzje (też do pewnego stopnia) nadal podejmują rodzice, oświata dotyczy przede wszystkim ludzi o dopiero kształtującej się, niepełnej świadomości, znikomym doświadczeniu i zdolności prawnej. Konsekwencje ich dotykające są zgoła inne niż przy nietrafionym zakupie rodzinnego vana, dokonanym przez zarabiającego, dorosłego człowieka. Skutki te bardziej przypominają złe zainwestowanie oszczędności całego życia, zaciągnięcie 30-letniego kredytu lub zaufanie wadliwie skonstruowanej polisie ubezpieczeniowej. Skomasowanie znikomej wiedzy, olbrzymiego ryzyka i silnie zawężonego pola manewru po stronie klienta, czyni edukację publiczną klinicznym przypadkiem dla agnotologów, chcących dokonać wiwisekcji patologii. Gdyby, w przyszłości, ktoś wpadł na pomysł, by, analogicznie do sterowanej ignorancji, badać wpływ masowej edukacji na społeczeństwo, proszę pamiętać, że mimo braków takich ambicji, mogę się zgłosić na ojca chrzestnego nowej nauki. Nad nazwą jeszcze się nie zastanawiałem, ale potrzeba jest matką wynalazków.

Dla kogo to wszystko?

Czy młody człowiek ma w ogóle jakiekolwiek szanse w starciu ze swoją własną ignorancją i tą wciskaną mu instytucjonalnie? Kluczowa dla odpowiedzi na to pytanie jest jego charakterystyka. „Firma” szkoła prowadzi „badania” swojego targetu na bieżąco i, co zastanawiające, otrzymuje dwa, w sporej części różne wyniki. Są to dwa niezbyt się na siebie nakładające „obrazy”, wykonane w różnych technikach, wyraźnie jednak noszące znamiona manipulacji, czy też, jak kto woli, gospodarowania ignorancją. Jak się można domyślić, adresat obydwu przekazów jest inny. Pierwszy z „obrazów”, pełen urzędowego optymizmu, sloganów o wyjątkowości młodego pokolenia, podkreślający jego kreatywność i ambicje, wyraźnie kierowany jest do odbiorcy zewnętrznego. Przykładem może być Portret, który omówiłem już kiedyś szczegółowo. Powstał on jako wyrafinowana autoreklama działań aktywistów, która miała mile połechtać ego mniej uważnego targetu, a przy okazji uogólnić pozytywne cechy grupy zaangażowanych młodych ludzi na całe pokolenie. W ten sposób, niewątpliwie cenne działania organizatorów opisywanego wydarzenia również zyskały nowy, szerszy, globalny niemal wymiar. Zakamuflowany, ale w sumie dość typowy manifest ideologiczny, posługujący się podrasowanymi w Photoshopie kolorami i generalizacją, epatujący oczywistościami, ale niezbyt dbający o logikę.

Drugi rodzaj „malarstwa” szkoła uprawia na użytek wewnętrzny. Tutaj dzisiejsza młodzież jest już „zbuntowana, krytyczna, przewrażliwiona, destrukcyjna, chamska, uparta, niepanująca nad emocjami, egocentryczna, uzależniona od technologii, konsumpcyjnie nastawiona do życia”, itd, itp. To z kolei wyjątek z pewnej rady szkoleniowej. Który portret jest prawdziwy? Żaden, choć ten drugi wydaje się statystycznie bardziej prawdopodobny; nie wyobrażam sobie, aby którekolwiek pokolenie inaczej odbierało następne, niż odwołując się do podobnego stereotypu. Punktem stycznym wizerunków jest osławiona techno mania, odmienny sposób komunikowania się i rzekomo zasadniczo różny sposób rozumowania (sic!). Miejsce, gdzie obrazy się nakładają, jest tworzoną na poczekaniu, miejską legendą. Teza, że np. w XVIII w., największymi entuzjastami maszyny parowej byli trzęsący się starcy, byłaby raczej trudna do udowodnienia. Kłopoty w międzypokoleniowej komunikacji to już nie tyle truizm, co biologiczny aksjomat, który pewnie nie był nawet wynalazkiem rodzaju Homo. Między bajki należy także włożyć diametralną ponoć różnicę w funkcjonowaniu mózgu osoby używającej komputerowej myszy i posługującej się rylcem do glinianych tabliczek. Być może chodzi o to, że nad klinowymi rachunkami i sprawozdaniami nie sadzano byle kogo.

Paradoksalnie, tu, gdzie obydwie narracje się spotykają, następuje największe przekłamanie, analiza ilościowa mylona jest z jakościową, a przekonanie o życiu w najlepszych, najciekawszych i oświeconych czasach razi prymitywizmem i perspektywą dziejową liczoną w czteroletnich kadencjach. Obydwa te ujęcia są bezczelnym nadużyciem, nastawionym na sterowanie grupą docelową. Niby żadnemu nie można odmówić racji, a jednak ich realna przydatność ogranicza się do plemiennej konsolidacji. Pierwszy to powiewający sztandar „koperników”, drugi to branżowa sedacja, urzędniczy wypełniacz 40-godzinnego tygodnia pracy, bo który nauczyciel nie miał, przykładowo, do czynienia z dzieckiem w typie intelektualisty, które ani myśli się buntować? Albo nie spotkał bezkrytycznego społecznika mającego kłopoty z wysłaniem maila? Przydatność takich pseudo psychologicznych manuali ograniczona jest do zapełniania notatników ludzi, których cała edukacja profesjonalna sprowadza się do jednej, wielkiej prezentacji w Power Point.

Tym podobne „badania targetowe”, o uczniach nie mówią nic nikomu. Szkoła markuje je i fałszuje, często nieświadomie, bo z wynikami prawdziwymi, z przyczyn wewnątrzustrojowych, i tak nie wiedziałaby, co zrobić. Wychodzi na to, że ma mentalny problem z zaakceptowaniem prawdy, którą oficjalnie uznaje za oczywistą oczywistość – z uznaniem, że każdy człowiek jest inny. Ćwiczeniem dla przyszłych studentów agnotologii mogłoby być prześledzenie, jakiej myślowej ekwilibrystyki dokonują oświatowi teoretycy, by dowieść, że założenie to nie jest sprzeczne z ideą szkoły powszechnej. Niestety, wnioski, które można z tego wysnuć są przykre – państwowa szkoła publiczna (dowolnego autoramentu) nie jest miejscem przeznaczonym do rozpoznawania, badania przyczyn i ograniczania ignorancji, nie może więc mieć udziału w rozwoju nowej dziedziny, wręcz przeciwnie, będzie jedynie stanowić przedmiot jej badań. Do rosnącego gmachu ignorancji dokłada swoją cegiełkę na każdym etapie, poziomie i u każdego jej uczestnika, niezależnie od roli przez niego pełnionej. Swoje trzy grosze dokładają władze, ministerstwa, nauczyciele, i budzeni, i budzący, a bilans uczniowskiej ignorancji pozostaje w najlepszym wypadku niezmieniony.

Uczniowie są w szkole podmiotem udawanej, specjalnej troski, a jednocześnie przedmiotem uczonej ignorancji, która oczywiście nie ma nic wspólnego z filozoficznym dorobkiem Mikołaja z Kuzy. Karmienie chorych kotów umiejętnościami mylonymi z wiedzą nie ma też nic wspólnego z uczeniem dziecka radzenia sobie z problemem, rozwijaniem jego intelektualnej intuicji, czy przygotowaniem go do krytycznej analizy rzeczywistości. Taktyka ta doprowadza do sytuacji, w której większość ludzi odczuwa niemal fizyczny dyskomfort, kiedy konfrontuje się ich z rzeczywistością odbiegającą od ich wyobrażeń. Ten stan rzeczy trwać będzie dopóki nie porzucimy mrzonek o państwie, które wie lepiej, o instytucji, która zdejmie z nas ciężar podejmowania decyzji i zagwarantuje wybory słuszne, oraz zapewni edukację tyleż równą i sprawiedliwą, co przymusową i płytką. Powinniśmy także przyjąć do wiadomości, że mimo ustawicznego rozwoju nauki, techniki i podnoszenia się poziomu życia (a może dzięki nim), zdecydowana większość naszych codziennych zajęć (łącznie z profesjonalnymi) nie wymaga wcale tytułu magistra. Przenoszenie zasad obowiązujących w naturze na kulturę utożsamiane jest zwykle z tanim darwinizmem, lecz nie zmienia to faktu, że w tej kwestii powinniśmy posłuchać przyrody, która wszelką redundancję, choć powszechnie występującą, trzyma mocno w ryzach. Niestety, wielu entuzjastom zmian w edukacji ciężko jest się pogodzić z realiami – deklarowane, społeczne zainteresowanie prawdziwą edukacją jest w ogromnej ilości przypadków tożsame z zapotrzebowaniem na kwit. Dopóki jedyną motywacją ucznia jest otrzymanie, a jedynym zadaniem nauczyciela wydanie kwitu, na trzymanie ignorancji na krótkiej smyczy nie ma szans.

Ignorancja pracująca miast i wsi

Nie ma powodów do kompleksów, nie jest to mankament ściśle powiązany z żadną nacją, ani z położeniem geograficznym. To problem globalny i nienowy, ale przez całe dziesięciolecia, rozmaite, lokalne „koperniki” usiłują wmówić wszystkim zainteresowanym, że zmagania z nim to jedynie kwestia techniczna, że trzeba tylko zmienić metodę lub „wymyślić szkołę od nowa”. Czy można dłużej udawać, że to samo zjawisko, badane w skali mikro i makro, mimo diametralnie różnych obserwacji, nie pozostaje tym samym? Że takie „wymyślenie” de novo  może ograniczać się do umówienia się z nauczycielem (nawet chętnym), że od jutra traktuje ucznia jak partnera, stosuje w pracy z nim metody aktywizujące i ocenia jego postępy kształtująco? Przecież to są technikalia, które wynikają z potrzeb, a tymczasem szkoła powszechna jaką znamy takich potrzeb nie kreuje, ani u uczniów, ani u nauczycieli. Nie wygląda też na to, by, poza handlem, kreacja jakichkolwiek potrzeb (oprócz podstawowych, które żadnej kreacji nie wymagają) leżała w sferze zainteresowań kogokolwiek. Ludzkie potrzeby, raz rozbudzone, mają to do siebie, że chcą być zaspokajane, a to nie leży w niczyim interesie, dopóki nie da się tego wykorzystać politycznie (a miało być bez truizmów).

Nadchodzi właśnie czas, gdy umiejętnie, choć niezbyt finezyjnie sterowana ignorancja znów może okazać się przydatna*. Na gwałt potrzebne są nowe elity i, mimo że oświata od dawna już od wszelkiej elitarności się odcina, dobra zmiana wyraźnie tęskni za nowym rodzajem docentów. Ciekawe, który miesiąc tym razem udzieli im swej nazwy. Ponieważ żadne doświadczenie historyczne i żadne nauki, łącznie z raczkującą agnotologią, nie były dotąd w stanie wyjaśnić społeczeństwu, że prawdziwe elity są potrzebne, a jedynym sposobem ich tworzenia jest prawdziwa edukacja, oparta o motywację istniejącą, a nie potencjalną lub domniemaną, o dobrze pojęty interes własny, będący podstawą interesu społecznego i o odideologizowaną wiedzę, nieoczekiwana zmiana miejsc nastąpić może szybciej, niż się można było spodziewać. Polska, narodowa myśl oświatowa szybko wstanie z kolan, otrzepie je z niewygodnych ludzi, gdzie będzie trzeba wymieni dyrektorów na niepokornych politruków i skończy się edukacyjny imposybilizm. Odwoływanie się do niskich pobudek i potrzeb nie wymaga przecież jakichś nadzwyczajnych środków pedagogicznych – wystarczy trochę parareligijno-quasisuwerennej dramy, z dodatkiem pseudopatriotycznego projektu. Klasa społeczna zwana inteligencją zdaje się już, z wielu przyczyn, nie istnieć, a że natura nie znosi próżni, jej miejsce czeka na następcę. Od bardzo dawna, nasz suweren, pospołu ze swymi miłościwie wybranymi reprezentantami, siłą urzędniczej inercji, wiarą w cuda i proste rozwiązania, z braku pomysłu, z lenistwa, z powodu utożsamiania demokracji z socjalizmem, a postępu z możliwością jego zaistnienia, takiego następcę hoduje. Wszystko wygląda na to, że zaszczytu tego dostąpi Ignorancja. Może być Oświecona. Przecież w zdecydowanej większości chodzi do szkoły.

*Chcę przeprosić za odniesienia do sytuacji bieżącej. Nie mam nic przeciw różnym koncepcjom i konstruktom politycznym, sporom i ścieraniu się idei – są to podstawowe elementy demokracji. Nie potrafię jednak uniknąć konkluzji, że polityka kończy się tam, gdzie zaczyna się gra na ignorancji i niskich instynktach, a to ich właśnie oraz szans na ich ograniczenie dotyczył ten tekst.

 

9 myśli na temat “De Docta Ignorantia

  1. Jak zwykle, w ubocznych kwestiach. Obu Mikołajów (i tego z Kuzy i z Torunia) zostawiając w wiecznym spokoju.

    Proctora podejrzewam o pewną paranoję spiskową. Paranoję, redukującą dysonans poznawczy: dlaczego ludzie (in principio: homo ‚sapiens’) sami pchają się w objęcia głupoty i bzdury? Dysonans podobny do dysonansu Nietzschego: dlaczego wolni in principio ludzie chcą być niewoleni i sami sobie zakładają najróżniejsze kajdany? Przy czym o ile Nietzsche próbował zmierzyć się z tym, niepojętym dla niego zagadnieniem psychologicznym, o tyle Proctor szuka tu łatwych i prostych, a magicznych wyjaśnień.

    Termin „obskurantyzm” jest mi bliższy, niż ten proktorowski neologizm. Jednak i z „obskurantyzmem” musimy uważać, by nie popaść w spiskową wizję dziejów. Uznanie, że ktoś (niecnie) manipuluje systemami edukacyjnymi tak, by masy były głupie, wydaje mi się jedynie rozgrzeszaniem ich z tej przyrodzonej głupoty, bo przecież wszyscy rodzą się mądrzy! To Żydzi, masoni i cykliści zmanipulowali tak świat, więc po pierwsze nie mamy co się wstydzić, że jesteśmy głupi, a po drugie mamy pełne moralne prawo Żyda skopać w odwecie.
    Czuję tu rozgrzeszenie, przesiąknięte egalitaryzmem Russeau, że każdy z natury jest równie mądry i równie ciekawy świata, a jeśli ktoś jest głupi, to z pewnością ktoś zły w tym maczał palce, by owe niewiniątko ogłupić w jakimś niecnym celu.

    Dlaczego nie pani od polskiego? … nikt tego od nich nie oczekuje. [dlaczego nauczyciele nie są elitą intelektualną, przeciwdziałającą głupocie]
    Nie zgodzę się. Oczekuje. Oczekują tego rodzice, posyłający swoje dzieci do Staszica, Kuronia, czy św.Augustyna — choć w każdym z tych przypadków „przeciwdziałanie głupocie” znaczy ciut co innego. Elity oczekują i poszukują elitarnych szkół dla swoich dzieci. Można najwyżej powiedzieć, że nikt tego nie wymaga od nauczycieli w masówce. Tak samo, jak masy nie dbają o wiele innych rzeczy — są z natury swojej masowości bierne.
    Możesz najwyżej twierdzić, że to państwowy pracodawca nie wymaga od nauczycieli szkół państwowych by rozumem się wykazywali.

    zburzyć, a pozostałości zaorać. Błąd jest tożsamy z fundamentem
    Tu się nie zgodzę. Zburzenie i zaoranie systemu, kosztującego potworne publiczne pieniądze, nie wpływa na deklarowany efekt, za to redukuje powszechny stres i traumę, prowadząc do sporych oszczędności. Przy identycznym skutku merytorycznym. Same pożytki (nie licząc wylatujących na bruk nauczycieli).
    Zburzenie i zaoranie przymusowej służby wojskowej jakoś nie spowodowało zmniejszenia zdolności obronnej Polski, redukując jednak frustrację młodych mężczyzn i zmniejszając wydatki publiczne na działania bez sensu.

    Czy nie jest to równoznaczne z zaprzeczeniem możliwości rozwoju oświaty?
    Trzeba zapytać, co rozwój miałby tu znaczyć? ‚Progres’? Toż oświata się rozwija w najlepsze! Coraz więcej nauczycieli (choć uczniów coraz mniej), coraz większe nakłady publiczne…
    Wraca tu pytanie stokroć stawiane przez Pawła i dziewięćdziesięciokrotnie przeze mnie: o aksjologię — co takiego uważamy za pożądany rozwój oświaty? Bez jasnego postawienia aksjologii nie ma mowy o dyskusji o realizacji jakichkolwiek celów i jakimkolwiek rozwoju, rozumianym inaczej, niż rozwój nowotworowego guza na prostacie. Tak, oświata rozwija się: obciąża nas coraz bardziej, kosztuje nas coraz więcej, przeszkadza nam coraz bardziej i boli nas coraz częściej.

    Ad rem jednak: nie sądzę, by ktokolwiek zarządzał ignorancją. Ignorancja ma się świetnie bez centralnego sterowania i zarządzania nią. Podobnie jak wszystko inne — kwitnie, gdy zostawi sie ją samą sobie w swoim środowisku, gdzie może uczciwą konkurencją wygrywać walkę o byt. Przykre jest najwyżej to, że ignorancja ma przewagę ewolucyjną nad inteligencją, podobnie jak brutalna siła ma przewagę ewolucyjną nad subtelnym intelektualizowaniem. Edek wygrywa z Arturem, XX wygrywa po darwinowsku z AA.
    Centralne zarządzanie ignorancją wypleniłoby ignorancję tak samo, jak centralne zarządzanie gospodarką wywołało powszechną nędzę, a centralne zarządzanie edukacją prowadzi do masowej głupoty. To nie ignorancją ktoś świadomie, celowo i skutecznie zarządza — to edukacja jest zarządzana celowo, świadomie i w zupełności przeciwskutecznie.

    Polubienie

    1. Intencje i motywacje Proctora są mi nieznane. Dla mnie gospodarowanie ignorancją ma bardzo przyziemny, wymierny i daleki od spiskowych teorii wymiar, choćby w postaci manipulacji reklamami obiecującymi faktycznie chorym ludziom iluzję uzdrowienia lub usprawnienia za sprawą łykania barwionej glukozy.

      Dążenie do obnażania i ograniczenia takich działań powinno leżeć w sferze zainteresowań (i chyba obowiązków) nauczycieli, niezależnie od proweniencji szkoły i nauczanej dziedziny. Nie leży w zdecydowanej większości przypadków, a to dziwi mnie niepomiernie, bo to jedyny element misji, który w tym zawodzie gotów bym uznać za konieczny. Dla mnie to misja zdecydowanie mniej kosztowna psychicznie niż realizacja pp.

      Nie mam żadnych złudzeń w kwestii masowości głupoty i ignorancji, i żadnego usprawiedliwienia dla nich nie szukam – wprost przeciwnie, nie widzę przed nimi ucieczki, ani ratunku poza wyjątkami od reguły i samokształceniem, stąd też moja niechęć do „koperników”, którzy rozpowszechniając mity, infantylizują swój target i sprzedają złudzenia w stylu amwayowskiego coachingu.

      To, że nie wszyscy ignorancji się poddają też zauważam, nawet w szkole publicznej. Niestety, nie jestem przekonany o tym, że szkoła prywatna jest z definicji na ignorancję zaszczepiona i uodporniona. Jest w dużej mierze zarażona wirusem roznoszonym przez monopol państwowy. Kilka jaskółek wiosny nie czyni – jest to raczej elitarność z niedoboru. W sumie, chodziło mi raczej o brak oświeceniowej tęsknoty za poszerzaniem horyzontów, bo ignorancja ma coraz większe ambicje i apetyt z racji globalizacji mediów, a antyignoranci raczej się w mediach nie przebijają. Na przykład, jeśli przyjrzeć się rynkowi „suplementów diety” dostępnych bez recepty oraz ich reklamy, Polska jawi się jako dziki kraj. Rozumiem, że istnieje lobby potrafiące zapewnić sobie korzystne zapisy, ale wiele państw z tego rodzaju żerowaniem na głupocie i nieszczęściu jakoś sobie poradziło. Ewentualnym przeciwnikom naciągania naiwnych jakoś w ogóle nie zależy na dotarciu do społeczeństwa. Nie spodziewam się oczywiście pojedynczych ludzi porywających się z motyką na słońce, nie rozumiem jednak bierności ciał do walki z szerzeniem nieprawdy powołanych. (Z drugiej strony, czy upierając się przy uszczęśliwianiu ignorantów nie działamy wbrew ewolucji, która nadmiar ignorancji mogłaby jakoś hamować?)

      Paweł zastanawiał się już tutaj nad możliwością kreowania atrakcyjności wiedzy i zdaje się, że obaj nie byliśmy do niej przekonani. Postawię pytanie nieco inaczej i może naiwnie: Czy prawda o rzeczywistości (no dobra, stan wiedzy o niej) jest sama z siebie nieatrakcyjna i nieinteresująca? Czy potrzebuje całej tej charakteryzacji i „metody”, podczas gdy szalbierstwo i prymitywizm mogą być podawane saute? Czy prawda i fałsz nie są po prostu plusem i minusem? Czy jest to analogiczne do atrakcyjności zła w kinie? Czy sprawą decydującą jest naprawdę obietnica nagrody bez wysiłku, której niespełnialności, nawet przy sporej dozie naiwności i, nie bójmy się tego słowa, głupoty, nie sposób nie zweryfikować i nie zinternalizować własnym doświadczeniem? Ile razy trzeba się przekonać, że maści na porost włosów nie ma, bo gdyby istniała, w ogóle nie potrzebowałaby reklamy? Że nie da się nauczyć języka w tydzień, bo wszyscy dawno już zapomnieliby o tym problemie i po prostu nie dałoby się utrzymać takiej rewelacji w tajemnicy? 5, 10, 20 razy? Przecież jesteśmy naprawdę inteligentnym gatunkiem. Nie istnieje w tym przypadku doświadczenie i pamięć zbiorowa? Dlaczego prosty przekaz nie wystarczy w sytuacjach obojętnych ideologicznie? Jest oczywiste, że kwestia np. holokaustu może nie być pozbawiona uprzedzeń w większości przypadków, a tam gdzie nikt takich uprzedzeń nie zbudował (U Innuitów? Wśród australijskich Aborygenów?) kwestia po prostu nie istnieje, ale dlaczego człowiekowi nie posiadającemu udziałów w kopalni węgla, polu naftowym, itp. tak trudno wytłumaczyć, że jesteśmy jedynym gatunkiem posiadającym wpływ na klimat i jest on bardziej skłonny posłuchać bajek o spisku jajogłowych, niż przeanalizować nieco danych lub przynajmniej brać je pod uwagę? Czy jest to jakaś cecha mózgu, skutek uboczny gwałtownego przyrostu inteligencji?

      Jeśli odpowiedzi na wszystkie te naiwne pytania muszą być niekorzystne dla wiedzy, presja ewolucyjna w przypadku głupoty musiała być bardzo mała, nawet w czasach, gdy niewiedza i ignorancja w kwestiach pragmatycznych musiały być statystycznie istotne. Dlaczego głupota jest niewidzialna dla ewolucji, która jest w stanie „wyprodukować” mózg Einsteina, że znów potraktuję wielkiego Alberta instrumentalnie? Co chroni człowieka przed skutkami ignorancji, skoro nie wykształcił się mechanizm społeczny chroniący przed jej nadmiarem? Może ma ona jednak jakieś zalety? Jaka jest jej wartość krytyczna? Osobiście uważam, że człowiek jest dla ignorancji bardzo tolerancyjny, co poniekąd świadczy o wysokiej nadmiarowości i redundancji inteligencji. To z kolei przekonuje mnie, że rola kulturotwórcza jaką z reguły przypisuje się szkole jest grubo przeceniana. Szkoła jest po prostu nieistotna dla ogromnego odsetka ludzi zbyt głupich i zbyt mądrych by z niej korzystać.

      Mówiąc o zburzeniu systemu nie miałem na myśli posunięć radykalnych, które ze względów, które wszyscy rozumiemy (z powodu ignorancji chociażby) nigdy nie zostaną wykonane. Myślałem o wszystkich obiecujących złote góry w oświacie masowej – takie działania, to jedynie przelewanie z pustego w próżne. Postęp rozumiałem w tym względzie jako minimalizację strat.

      Zarządzenie ignorancją jest u mnie tożsame z manipulacją i nie chciałbym by ktokolwiek nią zarządzał. Pytałem (chyba retorycznie), kto może temu „zarządzaniu”, choćby w symbolicznym wymiarze, się przeciwstawiać i odpowiedziałem sobie negatywnie. Nie liczyłem na wyrównanie rachunków (ewolucja jest temu przeciwna), ale mam wrażenie (poparte jedynie własnym doświadczeniem), że jeśli taki kontrolny mechanizm ewolucyjny się nie włączy (a ze względu na emancypację naszego gatunku względem praw naturalnych, jest to mało prawdopodobne), a mechanizm społeczny również nie powstanie, rozwarstwienie intelektualne, kulturowe, a co za tym idzie ekonomiczne będzie rosło wraz ze wzrostem populacji i nie zapobiegną temu żadne działania polityczno-ideologiczne, a już szkoła tym bardziej.

      Dodam jeszcze, że nie spodziewam się powstania jakiejś elity intelektualnej jako klasy rządzącej – to będzie raczej elita cwanych oportunistów, potrafiących wykorzystać inteligencję mniejszości do kontrolowania ignorancji większości. W sumie zawsze tak było, ale ten margines świadomych sytuacji staje się coraz węższy. Ci którzy przejmują się losem tzw. wykluczonych zdają się nie dostrzegać podstawowego mechanizmu wykluczenia. Może inteligencja wyewoluowała jako narzędzie manipulacji, a nie poznania?

      Polubienie

  2. Inteligencja wyewoluowała jako czynnik zwiększający szanse reprodukcyjne, a nie jako narzędzie czegokolwiek. To tylko pośrednio. Służy jednak temu, czemu służyła: zwiększeniu atrakcyjności u płci przeciwnej, zwiększeniu dochodów, pozwalających utrzymać rodzinę i minimalizacji ryzyka przy tym ponoszonego. To nie inteligencja, ale ewolucja jest ‚cwano-oportunistyczna’. Im bardziej dany gatunek jest społeczny, tym bardziej ta cwaność skierowana jest na szkodę innych, a oportunizm działa kosztem współbraci, a nie otoczenia pozagatunkowego. Inteligencja samotniczego tygrysa nakierowana jest na upolowanie jelenia, a inteligencja społecznego szamana w gromadzie ludzi na to, by to inni narażali się, polując na tego jelenia, podczas gdy on będzie miał okazję do zapładniania ich żon.

    Buntuję się tylko przeciw obecnej u Ciebie (i Proctora) myśli, że to jakaś grupa manipuluje większością — to właśnie jest myślenie spiskowe. Ale cwaniactwo i oportunizm są indywidualne i niezorganizowane — w mniejszym stopniu, niż organizowane są zachowania stadne większości.

    Widzę tu nie ‚manipulowanie ignorancją’ ale raczej ‚żerowanie na ignorancji’. Nie tworzące w zorganizowany o celowy sposób rynku na głupotę, tylko dostosowujące się do popytu na wężowe sadło. Gdy mnóstwo ludzi wierzy, że wężowe sadło pomaga na wszelkie dolegliwości, to inteligentni ludzie sprzedają głupim to wężowe sadło.

    Niestety, nie jestem przekonany o tym, że szkoła prywatna jest z definicji na ignorancję zaszczepiona i uodporniona.
    Oczywiście, że nie jest. Sprzedaż wężowego sadła była zawsze domeną prywatną. I choć państwowe uniwersytety medyczne prowadzą dziś studia podyplomowe z homeopatii, a „leki” homeopatyczne są rejestrowane przez Państwowy Instytut Leków, to jednak szarlatanerii jest mniej w państwowej służbie zdrowia, niż w prywatnej. Co jednak nie znaczy, że państwowe przychodnie są w średniej lepsze od prywatnych.
    Prywatne szkoły są takie, jaki popyt tworzą rodzice. Popyt na szkołę myślenia i krytycyzmu jest równie niszowy, co na szkołę gry na wiolonczeli, a może i mniejszy. Cóż dziwnego w tym, że rodzice kupujący dla siebie cudowne pastylki na uzdrowienie wszelkich dolegliwości kupują jednocześnie szkoły bzdury i radości dla swoich dzieci?

    rynek „suplementów diety” … wiele państw z tego rodzaju żerowaniem na głupocie i nieszczęściu jakoś sobie poradziło.
    Really??? Które kraje? Może Korea Północna. Półki supermarketów w Anglii czy Niemczech są tak samo zawalone tym badziewiem, jak polskich. W Skandynawii może jest tego trochę mniej, ale to raczej nie przez jakiekolwiek „poradzenie sobie”, tylko przez postprotestancki zdrowy rozsądek tamtejszych społeczeństw. Nie darmo pięćset lat temu uznali, że nie ma drogi na skróty do zbawienia, gdy katolicy nadal ochoczo kupowali odpusty…

    Czy prawda o rzeczywistości (no dobra, stan wiedzy o niej) jest sama z siebie nieatrakcyjna i nieinteresująca?
    Odpowiem Ci tak samo jak odpowiedziałem na podobne pytanie Pawłowi: dla kogo jest interesująca i atrakcyjna, dla tego jest, a dla kogo nie jest atrakcyjna, to nie jest. I z przykrością musimy uznać fakt obserwacyjny, że dla znacznej większości populacji atrakcyjna nie jest.
    Błędem logicznym w takim stawianiu pytania jest uznanie „atrakcyjności” za własność obiektywną, podczas gdy jest ona wyłącznie subiektywna. Za tym idzie absolutyzowanie i uogólnianie własnych preferencji na innych ludzi. Trzeba się po prostu pogodzić z tym, że ogromnej większości ludzi nic a nic nie obchodzą rzeczy dla mnie ważkie, niezwykle ciekawe, czy wręcz formacyjnie fundamentalne.

    I zupełnie na marginesie:
    dlaczego człowiekowi nie posiadającemu udziałów w kopalni węgla, polu naftowym, itp. tak trudno wytłumaczyć, że jesteśmy jedynym gatunkiem posiadającym wpływ na klimat
    Nie jesteśmy. Nie można odmówić dużo większego wpływu dżdżownicom i nicieniom. Nie mówiąc już o sinicach, archeonach i zwykłej trawie.

    Polubienie

    1. Chyba mam kłopoty z precyzyjnym wysławianiem. Zacznę od ostatniego. Jasne, że jesteśmy jedynie elementem biosfery i klimat nie czeka aż przyjdzie nam do głowy go zmienić. Ziemia bywała już cieplejsza bez naszego udziału i pewnie przetrwa także naszą inwazję, tyle że już pewnie bez białych niedźwiedzi i mnóstwa innych gatunków. Chodziło mi o wpływ świadomy. Chociaż nie sądzę, że sama świadomość cokolwiek zmieni, uczciwie byłoby przyznać: Tak wiemy, że robimy rzecz niedobrą, ale nie umiemy inaczej, lub nie stać nas na to. Po co robić sobie wzajemnie wodę z mózgu?

      Atrakcyjność czegokolwiek jest oczywiście nieobiektywna. I do głowy by mi nie przyszło oczekiwać, że większość będzie ją postrzegała tak jak ja. Obiektywnie można jednak policzyć, że wierzących w cudowne terapie i kupujących najrozmaitsze specyfiki o działaniu w najlepszym razie obojętnym jest wystarczająca by napędzać rynek o wartości kilku mld złotych. I zgadzam się, że jest to zjawisko samoorganizującje się, nie wymagające budowania żadnego spisku. To jasne, że nie istnieje żadna grupa działająca pod hasłem rozpowszechniania głupoty. Modus operandi i motywacja szamanów również są dla mnie jasne, zastanawiam się jedynie nad nieobecnością lub słabością mechanizmów, które zapobiegałyby owemu „zapładnianiu przez nich żon”. Ewolucyjny wyścig zbrojeń jakby zamarł na tym polu walki, albo jest to jedynie moje złudzenie – muszę poszukać i poczytać. Dlaczego tak duży procent społeczeństw poddaje się biernie nie rozwijając strategii skierowanych przeciw ignorancji?

      Kiedy mówię, że niektóre rynki poradziły sobie z rynkiem suplementów, to mam na myśli, że poradziły sobie „jakoś” – np. na zachód od Odry nie uświadczysz już reklamy, w której gips w pastylkach sprzedaje ktoś w białym fartuchu.

      Polubienie

  3. Właśnie od ostatniego…
    Była to z mojej strony celowa prowokacja, zmuszająca Cię do użycia określenia „wpływ świadomy”
    Muszę więc zapytać, już wprost, co oznacza „świadomy wpływ”, w zdaniu, którego podmiotem nie jest żadne indywiduum, ale gatunek jako całość? Czyżby ludzkość jako gatunek miała świadomość zbiorową, a mrówki jako zbiorowość mrowiska albo całego gatunku jej nie mają?
    To, że sinice raczej nie mają świadomości zbiorowej, wydaje się być oczywiste. Choć oczywiste nie jest, skoro ludzkie krwinki uważamy za równie prymitywne i głupie, ale zebrane w organizm Xawra już świadomość mają, więc może i zbiorowość sinic ma świadomość?
    Ale skąd (w drugą stronę) przypisanie zbiorowej świadomości ludzkości? Tak samo, jak z braku świadomości komórki nie można wnioskować o braku świadomości złożonego organizmu, tak i ze świadomości komórki (człowieka) nie można wnioskować o świadomości ludzkości (zbioru ludzi).
    Może te wszystkie sinice Oceanu, choć indywidualnie głupie i prymitywne jednokomórkowce, jako zbiorowość są świadome i celowo wpływają na klimat? Stanisław Lem wielokrotnie (od Solaris, przez Niezwyciężonego, po Państwochód) wracał do tematu niekompatybilności świadomości na poziomie jednostkowym i świadomości i celowości działań tworu złożonego. Już 100 lat temu Maurycy Maeterlinck zastanawiał się nad świadomością i celowością działań ula w odróżnieniu od głupoty i suicydalnych zachowań pojedynczej pszczoły.

    Jeśli jednak takie twierdzenia (o świadomym wpływaniu na klimat) odnoszą się do świadomości indywidualnej, to tu stają się raczej pustymi tautologiami: „ponieważ wyłącznie ludzie są zdolni do świadomych działań, więc ludzie są jedynym gatunkiem mającym świadomy wpływ na coś tam”. Celowość wpływu na klimat w przypadku mnie, wsiadającego do samochodu i w przypadku bekającej metanem owcy jest identyczna, a i skutek dla klimatu podobny. „Świadomość” ma tu znaczenie wyłącznie jako grinpisowy szantaż moralny, manipulujący mnie, żebym samochodem nie jeździł. Różnica między mną a owcą leży tu tylko w tym, że atrybuty „świadomego działania” przypisujesz mnie, a odmawiasz ich owcy.

    słabość mechanizmów, które zapobiegałyby owemu „zapładnianiu przez nich żon”.
    Ewolucyjnie takie mechanizmy nie mają szans powstać, wprost przeciwnie. Na poziomie indywidualnym gen „łatwego zapładniania żon przez szamana” będzie się rozprzestrzeniał. Mechanizm blokujący musiałby powstać na poziomie ewolucji grup: plemiona, w których występuje, musiałyby przegrywać walkę ewolucyjną z tymi, w których cudzołóstwo z szamanem nie występuje. Tu mamy jednak dość jasne dowody historyczne, że społeczności o elitarnej strukturze i faktycznych przywilejach społecznych pewnych mniejszości wygrywają konkurencję ze społecznościami pełnego egalitaryzmu. Średniowieczni Francuzi z ius prime noctis szlachty wygrywają konkurencję ewolucyjną z Pigmejami. Łatwość zapładniania cudzych żon i opychanie się upolowanym przez innych jeleniem wydaje się być tanią ceną (w ewolucyjnym sensie), jaką grupa płaci za skutki uboczne posiadania szamana, który te cudze żony nie tylko zapładnia, ale i nazbiera ziół, którymi wyleczy je z grypy. Nawet, jeśli te liście wierzby na grypę to tylko część jego oferty, a reszta to snake oil, to szaman z jego bękartami i tak się opłaca grupie.

    Dlaczego tak duży procent społeczeństw poddaje się biernie…
    I tu wracamy do pierwszego tematu! Podmiotem Twojego pytania jest „społeczeństwo”, a nie „człowiek”. Znów mamy tu implicite założenie o świadomości i mądrości ponadindywidualnej. Tymczasem w społecznościach, złożonych ze świadomych „komórek”, to interes indywidualny, a nie zbiorowy, jest podstawowym motywem do działań. Zwłaszcza w społeczeństwach demokratycznych, gdzie nikt nie może utożsamić „państwo to ja” i wykonywać tę swoją wolę.

    Ewolucja tak zadziałała, że podporządkowała interesy poszczególnych organelli interesom komórki, a interesy poszczególnych komórek interesowi organizmu. I wystarczy już tej drabinki! Wyłącznie w przypadku mrówek, termitów i pszczół masz silne podporządkowanie celu pojedynczego osobnika interesowi ogólnemu. U ludzi występuje to na nieznacznym tylko poziomie (wbrew temu, co marzy się kaznodziejom zarówno lewicowym, jak religijnym).
    Inteligentny człowiek nie ma żadnego ewolucyjnego (biologicznie) celu w przeciwdziałaniu ignorancji innych. A rozpatrując ewolucję na poziomie ewolucji grup (społeczności): masowa wiedza wcale nie premiuje. Wygrywają społeczności o kilkunastoprocentowych elitach.

    na zachód od Odry nie uświadczysz już reklamy, w której gips w pastylkach sprzedaje ktoś w białym fartuchu
    Co kraj to obyczaj. Za to w Polsce nie uświadczysz producenta takiego gipsu, posługującego się nazwą „Dr’s Best”, podczas gdy buteleczki z taką etykietką znajdziesz w każdym londyńskim Tesco. Wielka różnica, czy doktor jest doktorem z nazwy, czy z fartucha?

    Polubienie

    1. Pułapka zręczna, choć chyba niepotrzebna, bo ja wcale nie traktuję społeczeństwa jako zbiorowej świadomości, ale jako zbiór świadomości jednostek. Nie utożsamiam też świadomości z mądrością, ani z możliwością reakcji. Klimat to być może mylący przykład, bo odpowiedzialność(?) za niego jest tak rozmyta, że łatwo zrównać kierowcę i owcę. Choć nie jestem owcą, moja świadomość emisji i tak generalnie na nią nie wpływa. Co więc dobrego wynika z mojej świadomości? W porównaniu z ignorancją kogoś, kto ma w nosie i emisję, i białego niedźwiedzia, bo nie widzi związku? Jaka presja ewolucyjna miałaby tu działać? To oczywiste, że nieświadomość takich dupereli da przewagę reprodukcyjną zwolennikom gospodarki rabunkowej nad ekologami. Wszystko zależy od wielkości zasobów. Kiedy jednostki rywalizują o zasoby, które uważają za niewyczerpalne, ważna jest jedynie sprawność korzystania z dóbr, a nie adaptacja do ich ograniczoności, a więc świadomości ich końca. To tłumaczy, dlaczego świadomość ekologiczna nie mogła wyewoluować i dlaczego mit rzekomej ekologii społeczeństw pierwotnych legł w gruzach.

      Mnie interesuje raczej mechanizm wyparcia, który każe ludziom dorosłym, żyjącym w smogu i niepobierającym pensji z kopalni lub rafinerii, zaprzeczać analizom, symulacjom i badaniom, z którymi są zdolni się zapoznać. Nie wysuwać kontrargumenty, które, choć nieliczne, istnieją, ale iść w zaparte. Po drugiej stronie mamy eko-terrorystów, którzy będą wmawiać wszystkim, że samochody elektryczne to nie tyle technologiczna przyszłość, ile ratunek dla ocieplającej się i zatruwanej planety, tak jakby prąd dla nich pochodził z jakiegoś naturalnego, obojętnego cieplnie perpetuum mobile, a docelowe miliardy akumulatorów rozkładały się na kompost. To również w pewnych kręgach jest przedmiotem albo ideologicznego, parareligijnego wyparcia, albo mentalnej blokady. Dążę do konstatacji, że tak jak inteligencja jest wytworem samolubnych genów, tak i ignorancja, która nie jest, a przynajmniej nie musi być minus inteligencją, może spełniać swoją rolę adaptacyjną, bo inaczej stałaby się biologicznym marginesem. Organizmy żywe stosują rozmaite strategie mierząc w ten sam cel, niektóre z nich bywają bardzo rzadkie stając się niszą minimalizującą konkurencję. Żadna strategia nie może być optymalna na zawsze i żadna nie może dawać przewagi absolutnej. W przypadku homo sapiens, inteligencja wychodząca poza niemal fizyczne cwaniactwo zdaje się być owym marginesem, ogonem pawia, handicapem atrakcyjnym dla nielicznych partnerów. Przeżyć trudniej, ale niektórych to kręci. Tymczasem ignorancja to strategia dość powszechna, co wynika z jej niewielkich kosztów. Może dałem pozór roztrząsania społecznie, klasowo zorganizowanego nią sterowania, ale to indywidualne w zupełności wystarcza, by doprowadzić do obserwowanych efektów. Jeśli ignorancja jest strategią indywidualną, także jej przeciwieństwo powinno dać się obserwować bez mikroskopu. Tutaj dochodzę do pewnego paradoksu, bo po co naturze inwestycja w tak kosztowny sprzęt jak mózg, jeśli korona (jej) stworzenia średnio w ogóle z niego nie korzysta? Handicap a rebours? Potwierdzałoby to teorie, które sugerują, że inteligencja wykraczająca poza poziom zdolności ułożenia listy zakupów po analizie zawartości lodówki jest niejako skutkiem ubocznym, pochodną mutacji, która „potrzebna” była do czegoś zupełnie innego. Być może, w konsekwencji, ignorancja jest wentylem bezpieczeństwa, adaptacją odziedziczoną z czasów, gdy zbyt długie myślenie i próżne filozofowanie raczej nie służyło przetrwaniu. Może jednostki bardziej refleksyjne swoich genów nie zdążyły przekazać. Dziś trudno mówić o doborze naturalnym i choć jakiś jego rodzaj niewątpliwie zachodzi, nadal ciężko zauważyć selekcję w kierunku płciowej atrakcyjności intelektu. Najwyraźniej nieszczególnie przekłada się się ona na sukces życiowy, i to jest zastanawiające, bo teoretycznie, po ograniczeniu roli rozwiązań siłowych, pole do zagospodarowania wyższych ośrodków kojarzeniowych się powiększa. Najwyraźniej jednak upłynęło za mało czasu.

      Słusznie zauważasz, że ewolucja działa przede wszystkim na jednostkach, a nie na ogóle, ale takie wąskie ujęcie nie tłumaczyłoby np. altruizmu, czy homoseksualizmu. Istnieje dobór krewniaczy faworyzujący „klany” i płciowy wywierający potężną presję na całą pulę genetyczną gatunku. Nad ignorancją jako strategią, warto zastanawiać się także w ujęciu gatunkowym, bo na społeczną (grupową), kulturową istotność inteligencji istnieją dowody. Żydów można traktować jako populację izolowaną, w której presja ewolucyjna jest najłatwiejsza do zaobserwowania – oblicza się, że w ciągu tysiąca lat, czyli nawet nie mgnienia ewolucyjnego oka, średnie IQ tego narodu wzrosło o 10%. Nikt wolny od uprzedzeń nie zaprzeczy, że skutki doboru indywidualnego są widoczne na skalę społeczeństwa. Nikt też nie może zaprzeczyć, że dotykające ich prześladowania (i inne czynniki, zewnętrzne i wewnętrzne, nieco mniej drastyczne, ale nie mniej charakterystyczne) nosiły znamiona akcji zorganizowanej. W tym więc wypadku presja selekcyjna, jakiej nikomu nie życzę, dotyczyła jednocześnie i jednostek, i grupy. Pytanie, czy przyrost inteligencji oznacza jednocześnie ubytek ignorancji – istnieją przecież inteligentni ignoranci. Jakaś korelacja pewnie istnieje, ale nie potrafię niczym tego przeczucia podeprzeć.

      Czego byśmy nie powiedzieli o szamanach, ich przewaga polega na posiadaniu pewnej istotnej wiedzy i umiejętnej dystrybucji ignorancji. Mnie nie dziwi fakt istnienia szamanów ani ewolucyjny sukces ich strategii „zapładniania”, ale relatywnie mała wśród nich konkurencja. Znów kluczowe są oczywiście zasoby, ale dlaczego nie obserwuje się bardziej zażartej walki o tą zyskowną funkcję? Wydaje się, że trudniej utrzymać stanowisko wodza wojennego, bo stale trzeba walczyć o pozycję, ryzyko nieprzekazania genów mimo bezwzględnej atrakcyjności jest duże, a tymczasem szaman na pewnym etapie nie ma już konkurentów. Oczywiście dwóch szamanów, to o jednego za dużo, ale młodych wilczków tylko czekających na niespełnioną przepowiednię, albo przedłużająca się suszę powinno być sporo. Czyż nie jest to fucha godna wielkiego zaangażowania, poświęcenia i inwestycji? Na czysto indywidualnym poziomie. Czyżby inteligencja była dobrem aż tak deficytowym? Czy też ignorancja, jako adaptacja, dobrze służy społeczeństwu, które mądrzejszego szamana w ogóle nie potrzebuje, bo i tak na tym nie zyskuje? Być może jest to analogiczne do mojego podejrzenia, że społeczeństwo nic naprawdę istotnego ewolucyjnie nie traci nie starając się o lepszych nauczycieli.

      W kwestii „gipsu”, forma ogłupiania jest oczywiście obojętna, ale nasz rynek paramedycznej ignorancji jest relatywnie większy, co być może wynika jedynie z jego młodego wieku.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.