Papa don’t preach

Uwielbiamy mieć rację. Często niezależnie od racji choćby w przybliżeniu obiektywnej. A już w stosunku do dziecka rację mamy zawsze, bo możemy. Dziecko nie ma racji z definicji. Prawdy tej doświadczają również dzieci całkiem dorosłe, same mające już dzieci – to powinno dać do myślenia wszystkim, którzy żywo zaprotestują, że oni przecież rację mają tylko w dobrej wierze, że z racji doświadczenia, że przecież dla dobra, itp., itd.

Zapominamy, że racja niekoniecznie oznacza prawdę, bo i ta obiektywną i absolutną bywa raczej rzadko. Jesteśmy przyzwyczajeni, że racja jest często argumentem siły i wyznawanej ideologii, a nie rozumu. Dziecko musi się tego dopiero nauczyć, ale lekcje takie pobiera dość często, jest więc nadzieja na pełen sukces edukacyjny. Dziecko uczy się więc, że w życiu należy tak lawirować, by też mieć rację. Najlepiej nie mówiąc (całej) prawdy lub przynależąc do grupy, która jest na tyle silna, by rację mieć. A my jesteśmy potem zdziwieni, że dziecko jakby się w sobie zamknęło (bardziej, niż każe mu biologia), nie chce z nami rozmawiać, a jeżeli już, to raczej zdawkowo i niezbyt otwarcie. I że bez sensu zagłosowało, kiedy już wreszcie mogło.

Pewnie nie mówiąc tu nic odkrywczego, mam rację. Nie należy ona jednak do oczywistych. Sam nie zawsze do końca ją sobie uświadamiam, a już na pewno niezbyt często korzystam z niej w praktyce. Uświadomiłem to sobie po dwóch, niezbyt odległych od siebie w czasie, rozmowach z dzieckiem. Pierwsza dotyczyła jej spotkania z przyjaciółmi. Gdzieś w mieście. Był jeden z ostatnich naprawdę gorących dni sierpnia. Usiłowałem jej wytłumaczyć, że mając takie warunki (mieszkamy za miastem), może ten dzień spędzić zdecydowanie przyjemniej, korzystając z ostatnich dni wakacji. Wyobraziłem sobie, że miałbym teraz jechać gdzieś tramwajem i autobusem. Nawet dojazd klimatyzowanym samochodem nie budziłby we mnie entuzjazmu. I co, będziesz się teraz tłuc komunikacją w ten upał?! Naprawdę nie masz nic ciekawszego do roboty? Dziecko wywróciło oczami, a ja nie mogłem darować sobie wniosku oczywistego: Też mi frajda, skończy się na zwiedzaniu galerii, bo tylko tam jest znośna temperatura!

Drugą rozmowę odbyliśmy także w związku z pogodą. O tej porze roku, dziecko zwykle zaprasza klasę na imprezę przed nowym rokiem szkolnym. Od dwóch tygodni, na Fejsie trwały ustalenia i „skrzykiwanie się”. Nieśmiało zasugerowałem, żeby sprawdziła pogodę na dzień ustalany. Oczywiście. Termin się zbliżał i z danych wszystkich serwisów wynikało, że będzie deszcz i relatywnie chłodno. Zróbcie dzień wcześniej, przed załamaniem pogody! Wydawało mi się, że w genialny sposób znalazłem wyjście z trudnej sytuacji (głównie swojej, bo z dwojga złego, wolę sajgon w ogrodzie, niż w domu). To, co mnie wydaje się oczywiste, z niezrozumiałych przyczyn nie wywołuje entuzjazmu u dziecka. Nie rozumiem, o co chodzi, przecież na zewnątrz jest fajniej, można rozpalić grill, bawić się bez ograniczeń, podłączyć smartfon do głośnika, kąpać się, a i wi-fi dla pokolenia wylogowanego z rzeczywistości niewirtualnej dostępne. Czego jeszcze do szczęścia brakuje? Irytujący był zwłaszcza brak rozsądnych kontrargumentów. Koniec końców, w czasie zabawy nie padało, było dziesięć stopni chłodniej, ale w niczym to nie przeszkadzało. Nadal zachodziłem w głowę, dlaczego nie można było dzień wcześniej, ale oprócz jęków i zaniku tęczówek, żadnego komunikatu nie otrzymałem.

Olśniło mnie wczoraj. Przyczyną obydwu sporów o racje była rzecz banalna, na dodatek prawda tak dla mnie oczywista, że zrobiło mi się wstyd, że przekonany o swojej racji, nie wziąłem jej pod uwagę. Bo oczywiście miałem rację w obydwu przypadkach. Tyle, że była to moja racja, abstrahująca od kwestii dla nastolatki zasadniczej – towarzystwa innych nastolatków. Wobec jego ewentualnego braku, bledną wszystkie inne niedogodności, upał, godzina w tramwaju, deszcz, konieczność posprzątania domu, itp. Nie mają także znaczenia „taakie warunki” i inne rozsądne argumenty. Co z tego, że upał, jeśli czekają znajomi? Co z tego, że dzień wcześniej była lepsza pogoda, jeśli wtedy na imprezie zabrakłoby pewnych osób? Co racja, to racja…

Rodzice i nauczyciele, zaczynamy nowy rok szkolny, nie bierzmy przykładu z pani Zalewskiej, nie musimy mieć zawsze (wyższej) racji. Tym bardziej, że nie jesteśmy wszechwiedzący i nieomylni. Zwłaszcza, że to niemożliwe. Zwłaszcza, że ewentualna racja naszych dzieci nie musi jeszcze oznaczać katastrofy, jeśli kłóci się z naszą. Papa don’t preach śpiewała pani Ciccone, kiedy jeszcze śpiewała dla nastolatków. I miała rację.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.