Analogowa prudencja

Demencja, nasza miłość

Niemal każdy wytwór cywilizacji przynosi ludzkości nowy zestaw lęków i obaw. Można przywołać dziesiątki anegdot o diabelskich wynalazkach, sprawiających, że konie się płoszą, kury przestają się nieść, a kobiety mdleją. Kasandryczne przepowiednie i straszne opowieści żyją na ogół tak długo, ile trwa upowszechnienie się nowej technologii – kiedy okazywało się, że podróżowanie z zawrotną prędkością 25 km/h koleją żelazną nie powoduje szaleństwa, a telegraf bez drutu, chronicznych bólów głowy, bieżące fobie ustępowały miejsca nowym. Podobnie jak wszystkie inne ludzkie zachowania, można te strachy wytłumaczyć na gruncie biologii – bodziec nowy, potencjalnie niebezpieczny jest dla każdego organizmu priorytetowy – to dlatego wieści złe, tragiczne, czy też po prostu nietypowe łatwiej przyciągają naszą uwagę i pozostają dłużej w pamięci. Ludzie „lubią” się bać, to dlatego horrory się sprzedają.

No, właśnie, sprzedają… Co bardziej przedsiębiorcze jednostki, nie posiadające przy tym większych skrupułów, zwykle szybko się orientują, że lęki niezbyt lotnych współplemieńców można wykorzystać i nieźle na nich zarobić. Dawniej, najłatwiej było zbić kapitał polityczny i ekonomiczny na straszeniu skutkami występku przeciw prawom boskim; każdą rzecz niezwykłą, czyli nową, można było za taki uważać. Podobnie, ktoś, kto wiedział, że Słońce przysłonięte Księżycem nie spowoduje gniewu bogów, a jedynie panikę ubogich duchem, z łatwością znajdował klucz do szkatuły lokalnego kacyka. Dziś podobne, lekko uaktualnione chwyty nadal są popularne, ale najczęściej zarabia się na sprzedaży poradników obiecujących wybawienie od dowolnych, często naprędce sprokurowanych zagrożeń, za niewygórowaną opłatą uiszczaną w obowiązującej walucie lub w sieciowych lajkach. Handlarze strachem na ogół nie bawią się w drobiazgową analizę problematycznego zjawiska – niepotrzebne niuanse mogłyby zmniejszyć u odbiorcy poczucie nieuchronności zagrożenia, osaczenia i bezradności, które ukoić zamierza sam guru światłym objawieniem w ostatnim rozdziale nowej, sezonowej biblii zalęknionych. Konstrukcja jest prosta – na początek, garść zebranych przypowieści, znanych skądinąd, utwierdza drżących ze strachu w poczuciu ich własnej przenikliwości – mogą wreszcie poczuć się intelektualną awangardą, bo tej przecież przypisuje się myślenie o przyszłości. Wreszcie mogą zabłysnąć wśród równie świadomych znajomych błyskotliwym cytatem z nowego klasyka, którym dziś zostaje się po 2-3 publikacjach na tyle popularnych, by skutecznie straszyć i na tyle naukowych, by target jednak rozumiał, że bać się trzeba. Potem następuje odwołanie do badań (niezbyt wielu, bo to rozwadnia przekaz), dobranych pod kątem wyników potwierdzających tezę główną. Interpretacja tych wyników niejednokrotnie wprowadziłaby autorów badań w osłupienie, ale czego się nie robi w imię popularyzacji strachów. I na koniec, zaskakująco oryginalna pointa, zwykle sugerująca ograniczenie ekspozycji na groźny czynnik, czyli, w praktyce, jeśli nie przeprowadzkę do jaskini, to przynajmniej odcięcie prądu.

Ilość zagrożeń produkowanych i eksploatowanych przez zatroskanych oportunistów przy okazji introdukcji nowych technologii i gadżetów przyprawia o zawrót głowy. Kolej, samochód, druk, telegraf, radio, kino, telewizja, wszystkie one miały sprowadzić na rodzaj ludzki wszystkie plagi egipskie i śmierć wartości. Założę się, że byli i tacy, co kręcili nosem na pięściak; czy można się dziwić, że Internet, i IT w ogóle, budzą obawy w mózgach, które od czasu wytworzenia pierwszych narzędzi niespecjalnie się zmieniły? Trawią je te same lęki, a kierują nimi te same popędy i predyspozycje. Są jednocześnie zdolne do zastanawiania się nad koncepcją komputera kwantowego, jak i do propagowania lęków przed informatyzacją. Co więcej, doskonale potrafią oszacować, że znacznie szybszy i łatwiejszy zarobek przyniesie to drugie. Mózgi i stworzone przez nie media zalewane są więc różnymi cyfrowymi demencjami i ich klonami, a uczestnicy wywołanych przez nie sporów i dyskusji prawie w ogóle nie dostrzegają, że mogą swoje przekomarzanki prowadzić jedynie dzięki technologiom, które zawzięcie krytykują. Nie zauważają, że bez nich, nie istnieliby dla świata.

No, ale przecież są chyba jakieś realne zagrożenia? No, jasne. Takie same, jak przy produkcji pięściaka. Trzeba się liczyć z perspektywą poobtłukiwanych, pokrwawionych palców i dłoni. Zwłaszcza zanim nauczysz się obłupywać krzemień. No, i w łeb można kamieniem oberwać od kogoś, komu obłupywanie gorzej idzie. Dokładnie tak samo, jak w Internecie, tylko skala inna. Ale rozróżnienie między analizą ilościową i jakościową nie jest akurat mocną stroną wywodów dyżurnych przerażaczy, niezależnie od posiadanego stopnia naukowego. Wręcz przeciwnie, odpowiednie braki targetu w wiedzy z zakresu śp. gimnazjum wykorzystują oni skwapliwie do siania wiatru ignorancji. Obok nieuniknionych grzechów pierworodnych i tych mniemanych, zupełnie potencjalnych wad dowolnego pięściaka, istnieją przecież ewidentne i absolutnie wymierne korzyści płynące z jego używania. Te jednak, podobnie jak każda bardziej złożona wiedza, są przez profesorów-popularyzatorów dawkowane wręcz homeopatycznie. Na dodatek, chcą oni uchodzić za w żadne interesy niezaangażowanych pogromców podstępnego korpoświata i tropicieli spisku wrażych sił, sami czerpiąc niemałe zyski z rozpowszechniania taniej sensacji. Moralna wyższość, z jaką głoszą swoje obawy i połajanki, stoi w jaskrawej sprzeczności z hipokryzją argumentacji; jakże łatwo jest domagać się zaprzestania prac nad GMO, żyjąc w tych miejscach na Ziemi, gdzie tylko ta przeterminowana i ta zmarnowana żywność zaspokoiłaby potrzeby podwojonej populacji. Można również bezkarnie (mniejsza o naukę) pomstować na nowe szczepionki (w tym genetyczne), jeśli mieszka się w rejonach, gdzie pogotowie ma obowiązek ratować także tych, którzy szczepić się nie chcą. Straszący piekłem na ziemi zwykle jawią się jako bezinteresowni whistleblowers, przepełnieni troską o całą ludzkość, a zwłaszcza o jej bezbronne  potomstwo.

Wiadomo, niewinne dzieci trzeba chronić. Nawet, jeśli nie bardzo wiadomo przed czym i nie bardzo jest jak. No, bo czyż obawy przed komputerem, Internetem, grami wideo i innymi zagrożeniami, które może generować rewolucja informatyczna, nie przywodzą na myśl platońskiego lamentu nad pismem? Dziś, tego samego pisma, nauczanego dzieciom w szkole, niektórzy chcą bronić przed Google’m, Apple’m i Kindle’m. Czy tytuły doktorskie i profesorskie nie obligują do świadomości i poszanowania historii własnego gatunku? Czy wniosek płynący z obłaskawiania środowiska, które przynajmniej od 900 000 lat* jest środowiskiem technologicznie przekształcanym, nie nasuwa się sam? Że ludzi nie trzeba technologią straszyć, tylko jej uczyć? Uczyć o niej, uczyć umiejętnego jej wykorzystania i uczyć jej tworzenia? Tej coraz lepszej, bezpieczniejszej, bardziej przyjaznej użytkownikom i ich otoczeniu? Banalny przykład opanowania ognia, czyni te pytania retorycznymi – ogniem można się poparzyć, spalić dom własny lub sąsiada, a na stosie burzyciela swojskiego ładu, ale bez niego cywilizacja w ogóle by nie zaistniała. I żadne, spisane post factum, instrukcje ppoż i BHP nie miały w tym swojego udziału.

Trochę zwykłej, analogowej roztropności

Sam bywam przerażony zanikiem norm, na których się wychowałem i do których się przyzwyczaiłem, umiejętności, które mi się przydały i które uznaję za kluczowe, i memów, które mnie ukształtowały. Wiem jednak, że jest to jedynie kwestia perspektywy spojrzenia, uświadomienia sobie proporcji ja/świat i niełatwego, lecz nieuchronnego pogodzenia się z niekoniecznie dobrą zmianą, która wpisana jest w naszą kondycję. Nieustannie dziwi mnie i gniewa, że ta część społeczeństwa, z którą dzielę kulturowy kod i mentalny background stale i nieubłaganie się zmniejsza. Że zwrócenie się do ucznia per Kończ waść, wstydu sobie oszczędź nie wywołuje już uśmiechu porozumienia, lecz głupkowaty wytrzeszcz. Wiem jednak, że w żaden sposób nie dorównam nieznającemu Potopu, ani tysiąca innych pozycji, w interpretacji memów, które podbiły sieć w ciągu ostatniego tygodnia. Wiem też, że jest wysoce prawdopodobne, że są wśród nich te, które będą poważane i cytowane przez następne lata (choć z pewnością krócej, niż te stworzone ku pokrzepieniu serc, bo tempo przemiału bitów raczej nie będzie maleć). Choć staram się w takich sytuacjach wykorzystać okazję do wyjaśnienia sienkiewiczowskiego kontekstu, uznaję, że panta rhei i nie obwiniam Internetu za powszechną już nieznajomość Trylogii (której lektura nie jest przecież ani szczytem wyrafinowania, ani życiową koniecznością). To ignoranci, rodzice ignoranta zawinili, że dziecko nie czyta obojętnie czego, obojętnie jak, obojętnie na czym. Prawdopodobne jest, że dla nich samych czytanie jest już tylko wspomnieniem… szkolnych lektur. Podobnie, kiedy widzę angielszczyznę w rodzaju Cannon oneself this... (Niezdolnych do „przetłumaczenia” tej frazy na polski, czy jakikolwiek inny język, zapraszam do przypisu na dole, ale nie zrażajcie się Państwo, też zajęło mi to chwilę 🙂 **), nie biadam nad niedoskonałością algorytmów Google Tłumacza i spustoszeniem, jakie czynią w mózgach uczniów idących na skróty, ale nad debilizmem metodyków i nauczycieli odkładających uczenie korzystania ze słownika (także elektronicznego) na święty nigdy. Wydziwiający nad iście niezgłębioną głupotą sieci rzadko postulują nauczanie poruszania się po stronach www, celowego poszukiwania informacji, jej selekcji i sprawdzania wiarygodności. A uczestnicy lekcji szkolnej informatyki będą całymi latami „uczyć się” budowy komputera, „dowiadywać się”, czym jest BIOS, a czym RAM, ale jak sprawnie i szybko odnaleźć coś w Google’u, poprzez wpisanie odpowiedniego zapytania, już niekoniecznie. Na dodatek wszystkie ewentualne instruktaże mają miejsce kilka lat za późno w stosunku do potrzeb – kiedy wreszcie się pojawiają, potencjalni zainteresowani, nie będąc na, postulowanej przez alarmistów, emigracji wewnętrznej do 15 roku życia, sami już wypracowali błędne, bo błędne, nieekonomiczne i bałaganiarskie, ale działające algorytmy i belferskie objaśnienia mają w nosie. Analogicznie, o bezpieczeństwie w sieci, należy mówić dzieciom w przedszkolu, a nie biadolić nad internetową beztroską nastolatków. Można zrozumieć, że społeczeństwo jako całość nie nadąża za szybkimi zmianami w środowisku informatycznym, ale to, że nie nadążają ludzie do tego powołani, jest żałosne. Idzie nowe i podobno wkrótce dzieci, oprócz sieciowego BHP, będą uczyć się programowania. Super. Oby. Ciekawe, czy po opanowaniu obsługi wyszukiwarki, czy przed.

Nawiedzeni neoluddyści sami bez ograniczeń posługują się medium, które, według ich własnych słów, dehumanizuje, ogranicza kontakty i znieczula na nieszczęście. Chętnych zapraszam do eksperymentu: Proszę na miesiąc odebrać swemu dziecku (bez przemocy, niech weźmie czynny udział w eksperymencie) komórkę, laptop, konsolę i sprawdzić, jak bardzo wzrośnie jego aktywność społeczna. Gwarantuję, że nie za bardzo, na powrót do epoki analogowej potrzebowałoby dużo więcej czasu i dobrowolnej kooperacji rówieśników – odbudowanie kontaktu ze światem mogłoby nie zakończyć się pełnym sukcesem. Zatrwożony common sense zawodzi w ocenie wpływu sieci na relacje międzyludzkie (Carnagey i in. 2007: 178-182). Kontakty społeczne naszych dzieci są dziś statystycznie dużo intensywniejsze, niż nasze w tym samym wieku i wcale nie mówię o tysiącach (nie)znajomych na Fejsie. Że nie są to trwałe i prawdziwe więzi? Spójrzmy na nasze relacje – ile osób z pokoleń starszych niż Internet ma więcej niż 1-2 przyjaciół? Czas płynie, zmienia się środowisko, zmieniają się ludzkie obyczaje. Czy sami ludzie też? Wcale nie szybciej, niż tysiące lat temu, nadal chcą żyć, bawić się, pracować, mieć rodziny i dzieci. Sam znam parę, która poznała się przez Internet, a nie porozumiewa się przy stole przez sms’y. Jej życie wygląda identycznie jak rodzin sprzed lat, te same radości, te same problemy. To nie kontakt z technologią czyni z nas roboty. To nie strony pornograficzne produkują zboczeńców, ani nie brutalne filmy i gry wywołują agresję i przemoc (Shaw, Gant 2002: 157-171). Winne są zaniedbania rodzinne, brak opieki rodzicielskiej i właściwych wzorców, patologiczna grupa rówieśnicza, zaburzenia psychiczne wreszcie. To te czynniki odpowiadają za wynikającą z braku mentalnych filtrów znieczulicę. Ona sama jest jedynie reakcją obronną na nadmiar bodźców, którego nie mogą zahamować żadne umowy, dekrety i moralitety.

Pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę utyskiwania uznające Internet za główną przyczynę szkolnych niedomagań i niepowodzeń, w typie „bo on to cały dzień w komputerze siedzi”, itp, itd. Pomijając już pytanie, gdzie byli szanowni rodzice, gdy był czas na kształtowanie postaw i priorytetów u dzieci „siedzących w komputerze”, należy się zastanowić, czym zajmowali się tatuś i mamusia, kiedy sami nie odrabiali lekcji i do szkoły nie biegli na wyścigi. Czy to nie tatuś do późnego wieczora rżnął w piłę? To nie mamusi szukała babcia po koleżankach? Żale wylewane przez wieszczów kulturowej klęski są spóźnione i źle zaadresowane – ci, którzy mieliby z nich wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, już dawno doszli do nich samodzielnie, teraz mogą jedynie zapłacić wybranemu guru kontrybucję za potwierdzenie własnej domyślności; ci, którym inny model spędzania czasu i udziału w kulturze jest obojętny, a szukają jedynie kozła ofiarnego dla gnębiącej pociechę szkoły, na zalecenia lamentujących i tak pozostaną głusi (Bengtsson, 2015). Oczywiście, „pomyłka” w adresie jest zamierzona – nieprzypadkowo pretensje do nowego medium sprzedaje się raczej cyfrowym imigrantom, niż tubylcom, bo tym kit niełatwo już wcisnąć. Rodzice, narzekający na dziecko „siedzące w komputerze”, na ogół nie wiedzą nawet, na czym to „siedzenie” polega i nie chodzi tu wcale o potencjalny chat z pedofilem. Kogoś, dla kogo szczytem „informatycznych” umiejętności jest wysłanie maila, łatwiej jest przestraszyć, a nawet przerazić, niż czegoś nauczyć – lista możliwych niebezpieczeństw jest przecież długa, a uczyć się, jak za młodu, nadal większości się nie chce. Decydujący będzie więc zawsze profil kulturowy korzystających z danej technologii (Bourdieu 2005). Że się model spędzania czasu zmienił? Że to zdrowiej dla dziecka grać w piłkę i udzielać się towarzysko, niż przesiadywać przed migającym ekranem? Faktycznie, z tym zastrzeżeniem, że skutek dla „naukowych” karier Jasia i Małgosi jest dokładnie ten sam – kto się będzie chciał uczyć, to się nauczy, kto będzie umiał godzić zainteresowania z obowiązkami lub, jeszcze lepiej, uczyni zainteresowania obowiązkami, ten nie będzie miał w głowie sieczki, niezależnie od tego, czy tę głowę zaprzątały mu wyścigi kapsli, słuchanie płyt, zbieranie znaczków, ploty na Fejsie, czy gry komputerowe.

Scio me nihil scire

A propos gier komputerowych, to one właśnie są przyczyną powstania tego wpisu, który w innych okolicznościach trzeba by uznać za mocno spóźniony komentarz do niektórych wytworów kultury Homo copernicus avidus. Okazuje się właśnie, że stają się one dowodem na niepopularną wśród wielu cywilizacyjnych panikarzy tezę, mówiącą, że tak naprawdę, o procesie uczenia się, jego mechanizmie i warunkach mu sprzyjających nadal wcale nie wiemy dużo więcej, niż pogardzany pruski belfer. Hektolitry pomyj wylanych na komputerową rozrywkę, na te klikane odmóżdżacze, oraz pełne wyższości i pogardy tyrady urlopowych miłośników książki okazują się, w świetle wieloletnich badań***, zwykłym biciem piany. Oczywiście, nie trzeba było żadnych badań, żeby przewidzieć, że godziny spędzone na eksterminacji wszelkiego rodzaju animowanych przeciwników, przy akompaniamencie wybuchów, wizgów i jęków, poprawią u grających spostrzegawczość i refleks. Mało kto jednak był skłonny przypuszczać, że, jednocześnie, polepszają ich zdolności kognitywne, w tym (o, dziwo!) koncentrację, wyobraźnię przestrzenną i zdolność do podejmowania szybkich, ale trafnych decyzji, w niezbyt komfortowych warunkach. Ponadto, trening na konsoli znacząco poprawia tempo przetwarzania informacji, co wskazuje na to, że może on spełniać wszystkie funkcje postulowane przez entuzjastów turbodoładowania mózgu zajęciami artystycznymi. Moje domysły i sugestie, że do takiego efektu (wzmożonej mielinizacji, pochodnej słynnej plastyczności mózgu) może prowadzić nie tylko upchnięte w curricula rzępolenie, czy stadne podziwianie portretów wszystkich Ludwików razem wziętych, ale każda, wystarczająco intensywna aktywność umysłowa, fizyczna lub kombinowana, delikatnie mówiąc, nie spotkały się tu kiedyś ze zrozumieniem. Dziś, można już z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że usprawnienie przesyłu bodźca neuronalnego może zostać uzyskane w sposób znacznie szybszy, prostszy i niewymagający kopernikańskiego przewrotu w podstawach programowych, i przeładowanych planach zajęć. Nie bez znaczenia jest także fakt, że prawdopodobieństwo znalezienia chętnych do gier wideo jest jakby większe, niż do ćwiczenia gam i zorganizowanego zwiedzania przybytków sztuki.

O tym, że wyobrażenia wielu zmieniaczy o dobrej edukacji, ich proste intuicje i święte przekonania też muszą być gotowe na zmiany, świadczy jeszcze jeden, zaobserwowany przez badaczy paradoks: dotychczasowe wysiłki metodycznych guru, pragnących zagospodarować potencjał gier komputerowych w oświacie, spełzły na niczym – popularne strzelanki i gry strategiczne nadal okazują się do tych celów lepsze, niż pracowicie zaprojektowane, obłożone dydaktycznymi założeniami i specjalnie skonstruowane gry edukacyjne. Nadal nie wiemy o mózgu wystarczająco dużo, by formułować kategoryczne sądy o jego funkcjach poznawczych i, w oparciu o nie, buńczucznie wymyślać szkołę od nowa. Skromne słowa, tradycyjnie wkładane w martwe usta Sokratesa, powinny być mottem ludzi, którzy chcą wymyślać cokolwiek, a zwłaszcza ulepszać koło.

Na koniec, warto uściślić, że opisane spostrzeżenia również nie są żadną receptą na edukacyjny cud. Gry komputerowe nie zastąpią dobrze poprowadzonej lekcji, ani nie napełnią jej treścią. Podobnie jak gra na instrumentach, czy rysowanie, nie są one żadnym uniwersalnym wytrychem do mózgu, ani użytecznym narzędziem poznawczym w przypadku zadań o strukturze odmiennej od ich własnej. Mogą poprawić sprawność kognitywną, ale długo jeszcze nie będą w stanie nikogo nauczyć, jak przebiega fotosynteza, kto miał na imię czterdzieści i cztery, ani jak wygląda wykres takiej, czy innej funkcji. Zanim pojawią się gry rzeczywiście „uczące jak się uczyć”, ogromne pole do popisu będą miały programy terapeutyczne, usprawniające procesy poznawcze w przypadku początków rzeczywistej demencji, urazów, czy dysfunkcji takich jak dysleksja****. W Internecie, oprócz całej wiedzy tego świata, nadal czyha wiele niebezpieczeństw, z którymi nie można poradzić sobie inaczej, niż likwidując konta na portalach społecznościowych lub wyciągając wtyczkę z gniazdka. To jedyne wyjście, jeśli zaniedba się zdrowy rozsądek. Zdrowego rozsądku nie nabywa się jednak ze strachu przed demencją, ale przez doświadczenie. Doświadczenie zaś, zdobywamy od zarania naszego gatunku i żadna ze zmian wprowadzonych w naszym środowisku nie była pierwotnie wykoncypowana i przeanalizowana w nadziei na wyeliminowanie potencjalnych zagrożeń, ale dla osiągnięcia potencjalnych korzyści. Z globalną siecią, rzeczywistością rozszerzoną, czy wirtualną nie będzie inaczej. Ewolucja trwa i nie bierze jeńców.

*Po niewczasie, uznałem, że konieczny jest tu przypis uściślający: Podane ramy czasowe są siłą rzeczy obarczone błędem wynikającym z niedostatku śladów archeologicznych, czy wręcz paleontologicznych. Trzeba również zdecydować, czy ograniczamy się w rozważaniach tylko do swojego gatunku, rodzaju homo w ogóle, czy może do innych też. W ostatnim przypadku, należałoby przyjąć, że ślady użytkowania narzędzi (nadal dyskutowane) bywają datowane na 3,3 i wiecej mln. lat.

**W sumie, klucz do rozwiązania tej łamigłówki a la ‚Humor z zeszytów’ jest nieskomplikowany, trzeba jedynie dopuścić absolutną prostolinijność przekładu: Działo się to…

***http://cms.unige.ch/fapse/people/bavelier/wp-content/uploads/BavelierGreenPougetSchrater2012.pdf

****http://www.cell.com/current-biology/pdf/S0960-9822(13)00258-3.pdf

      Ciekawe, co Spitzer na to…

3 myśli na temat “Analogowa prudencja

  1. Sposoby eksploatacji lęków bywają dużo groźniejsze i na tysiąckrotnie większą skalę, w dodatku nawet, jeśli ktoś się nie lęka, to i tak zapłaci w podatkach.
    GMO jest okropne, więc go zakażemy. Olej rzepakowy dolewany do paliwa jest dziesięć razy droższy, niż ropa, to każemy go dolewać, a przy okazji spowodujemy głód w Afryce i wycinanie dżungli w Malezji pod plantacje palmy oleistej. Jedzenie bez konserwantów jest naturalne, więc „zdrowsze”, a że łatwiej się nim zatruć, niż konserwowanym, to już wymusimy, żeby żywność miała bardzo krótki termin ważności, a potem niech niesprzedana idzie do śmietnika. Etc, etc.

    Idzie nowe i podobno wkrótce dzieci, oprócz sieciowego BHP, będą uczyć się programowania.
    Nowe trochę przeterminowane, bo „wkrótce będą” pozostaje niezmiennie w czasie przyszłym od lat 1980′, a od 1990 nawet w niszach typu Staszica weszło w czas teraźniejszy.

    Tyś anglista, a nie wspomniałeś ani słowem (a to ciekawe) jak się sprawdzają gry multi-player w nauczeniu się komunikowania się. Niestety większość najpopularniejszych gier ma polskojęzyczne serwery, więc potrzeba odpada. Ale nie wszystkie mają. I ze zdumieniem patrzę, jak polskie nastolatki sprawnie, choć nie całkiem gramatycznie, dają sobie radę w takim międzynarodowym „klanie”.
    Natomiast nie potrafię ocenić kierunku przyczynowości – czy ci, którzy ani be ani me, z góry rezygnują i nawet nie próbują gry na międzynarodowym serwerze, czy jednak trochę się przy tym uczą.

    Polubienie

  2. „Nowe” w edukacji może mieć nawet z pół wieku – wielokrotnie wałkowaliśmy tu odgrzewanego kotleta…
    Gry online sprawdzają się świetnie, zwłaszcza te na obcych serwerach, ale, o dziwo, nie są wcale tak popularne, jakby się mogło zdawać. Nie pisałem o nich, bo nie były bezpośrednio wymienione w badaniach, chyba, ze coś przeoczyłem.
    Kierunek przyczynowości jest jak zwykle taki sam – jeśli bardzo ci na czymś zależy, to nawet język nie stanie ci na przeszkodzie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.