Reprint

Na portalu Edunews.pl, wśród wielu nawiedzonych tekstów zwolenników metodyki warunków optymalnych, przeczytałem bardzo sensowny artykuł autorstwa Witolda Kołodziejczyka. Pozwoliłem sobie go skomentować, a teraz korzystam z funkcji copy&paste, by podbić sobie klikalność komentarza i zwrócić uwagę potencjalnej publiczności na rzeczy oczywiste, choć na ogół pomijane w retoryce żyjących chciejstwem:

„Panie Witoldzie, chciałem pogratulować trzeźwego spojrzenia na edukację, które należy dziś do rzadkości. W kwestii rezygnacji z powszechnego obowiązku szkolnego, jestem prawdopodobnie bardziej radykalny niż pan, ale nie dlatego, że nie podzielam wymienionych w tekście zastrzeżeń, ale z przyczyn zasadniczych, a mianowicie z powodu liberalnych przekonań. Zdaję sobie sprawę z faktu, że likwidacja tego przymusu nie rozwiąże powyższych problemów, że do szkoły nadal chodzić będą ci, którzy i tak nic z niej nie wynoszą, bo po prostu nie chcą, że urynkowienie usług edukacyjnych nie zaistnieje z automatu itp, itd. W moim osądzie jednak, taka powszechna akceptacja braku przymusu stopniowo przyczyniłaby się do poprawy postrzegania szkoły jako instytucji, a przede wszystkim złożyłaby odpowiedzialność za losy ludzi tam, gdzie jej miejsce, czyli na nich samych, zwiększając poczucie sprawczości i samostanowienia (a więc tych rzeczy, których szkoła, mimo deklaracji, uczy niezbyt skutecznie, głównie z powodu wysyłania sprzecznych komunikatów). Wrażliwość społeczna (która chyba musi charakteryzować nauczyciela) nie może być traktowana jako przykrywka dla poczynań ubezwłasnowolniających – bezrobocie nie wzrasta na świecie z powodu niedostatku magistrów, ale (między innymi) z przyczyny ich nadmiernej i bezmyślnej produkcji. Mitem jest przekonanie, że w związku z postępem technologicznym i informatycznym, światu potrzebni są jedynie ludzie wszechstronnie wykształceni. Gdyby jeszcze tryb kształcenia, którego jesteśmy świadkami, prowadził do założonych wyników, byłoby o co kruszyć kopie; tymczasem, poza wydłużeniem okresu świetlicowego ubezwłasnowolnienia, owocuje on z jednej strony totalną deprecjacją wartości wiedzy, a z drugiej samego zawodu nauczyciela.

Rozważając zagraniczne wzory szkolnictwa, przywołuje pan wypowiedź prof. Roberta Kwaśnicy. O ile dobrze zrozumiałem ten wyimek, sugeruje on, że czekając na nowy paradygmat, zupełnie ignorujemy środki, które mamy do dyspozycji i mimo licznych ograniczeń spodziewamy się nadejścia cudu. Nie dostrzegam w tym nawoływania do stagnacji, ale głos rozsądku, który każe liczyć się z realiami, a nie zachwycać się bezkrytycznie np. systemem fińskim, który funkcjonuje w warunkach zupełnie odmiennych. Nieprzemyślane importowanie jakichkolwiek rozwiązań, które jakoś funkcjonują na świecie, uważam za co najmniej nierozsądne i analizowałem je kiedyś na swoim blogu. Tu ograniczę się jedynie do podsumowania – każde społeczeństwo jest specyficzne i wymaga systemu edukacyjnego nie na miarę wyobrażeń, ale na miarę swoich równie specyficznych potrzeb. Potrzeby te należy jednak najpierw zdiagnozować i gruntownie poznać. Myślę, że podobną rzecz miał pan na uwadze, pisząc: „Pytajmy nie o powody transformacji edukacji, ale o to, czym ma być edukacja we współczesnym świecie.” To pytanie najważniejsze w całym dyskursie dotyczącym edukacji i, mimo że internet aż się grzeje od dyskusji na „inicjowanych przez nauczycieli i rodziców forach, panelach dyskusyjnych, w formalnych i nieformalnych grupach„, to nic sensownego z tego nie wynika, bo na to właśnie pytanie nikt akurat konkretnej odpowiedzi nie szuka. Myślę, że podstawową kwestią sporną jest, jak dotąd nieprzekraczalna, granica między myśleniem o formie, a myśleniem o treści. Niezliczeni mesjasze „nowej pedagogiki” sypią pomysłami na zawsze ciekawe i metodycznie poprawne zajęcia, żaden jednak nie określa jasno i wyraźnie, po co je właściwie prowadzić. Czy po to by świetlica była bardziej komfortowa i lepiej wyposażona? A może jednak po to, by w chętnych głowach, po pobycie w szkole (takiej, czy innej), pozostawało coś więcej, niż wspomnienie jej wyposażenia?”

Niestety, reguły Edunews nie pozwalają na dłuższe komentarze, wobec czego swój wpis uzupełnię tutaj: Jak się zdaje, nasz wzorzec edukacji z Sevrés, Finlandia, po raz kolejny dokonuje przewrotu nie tylko dlatego, że jest taka postępowa, ale także z powodu nieprzywiązywania się do błędów, co, w wersji odwrotnej, jest z kolei naszym sportem narodowym. Podejrzewam, że Finowie dość szybko zorientowali się, że, wbrew wszystkim klakierom, ich system edukacyjny pozostawia w sferze treści wiele do życzenia. Być może zdali sobie (oficjalnie już) sprawę z faktu, że jest to komfortowa salonka jadąca donikąd, bo jej sztandarowe i wszędzie podziwiane zalety nijak nie przekładają się ani na widowiskowe sukcesy indywidualne obywateli, ani też kraju, jako całości. Bajki o tym, jak to nie zależy im na konkurencyjności, nasi apologeci taniej franczyzy mogą dalej opowiadać sobie na dobranoc. Im podobni zawsze gotowi są wprowadzać „postępowe” rozwiązania, z których inni się wycofują, pojąwszy swój błąd. Internetowa ekstaza po obwieszczeniu przez Singapur zamiaru odejścia od egzaminów (jestem za, tyle że zostawiłbym wstępne na studia) jest oczywiście niezależna od świadomości (a może nieświadomości?), że nakłady na edukację w tym maleńkim, bogatym państewku są bardzo duże, a stosunek do nauki i kultura oraz mentalność społeczna bliższe Japonii, niż Polsce. Dziwne, że zmieniacze nie pomstują na singapurski MEN, skoro zamierza ono utrzymać oceny wyrażane stopniem…

Co bardziej pobudzeni rewolucjoniści pytają na ogół, dlaczego nie można zjeść ciastka i mieć go nadal – jest dla nich oczywiste, że skoro tylko coś może działać, to działać będzie zawsze, niezależnie od zastanych, obiektywnych czynników. Skala, ani okoliczności tego „działania” zwykle w ogóle ich nie interesują, ale gotowi są powiesić wszystkich, którzy w powszechność zastosowania „nowego” paradygmatu uwierzyć nie mogą. Incydentalność „działania” wcale do nich nie dociera. Są specjalistami od fizyki wielkich energii i prędkości, nieuznającymi istnienia tarcia i czekającymi, aż objawi im się ktoś kreatywny, z wynalazkiem perpetuum mobile w portfolio. Nie przyjmują do wiadomości, że nie można nazywać tysiąca rozmaitych podejść do tematu paradygmatem, bo właśnie ucieczka od masowości jest jedynym wyjściem z oświatowego pata i żadne z tych podejść nie będzie ani optymalne i uniwersalne, ani powszechne. W tym miejscu, chciałbym wszystkim para Khanom, para Robinsonom i innym świeżo upieczonym neuro(dydak)tykom polskiej edukacji, przedłożyć pod rozwagę dwie sytuacje z życia wzięte, które przy odrobinie dobrej woli i zawieszeniu dobrozmianowego zaczadzenia, powinny pomóc im zrozumieć, dlaczego ich światłe idee nie stanowią recepty na całe zło.

Przykład pierwszy. Znam człowieka, który doświadczył dobrodziejstw skandynawskiej edukacji. Decyzja o wyjeździe z kraju, podyktowana mieszaniną czynników rodzinnych i ekonomicznych, nie należała do niego, ale z pewnością była o tyle łatwiejsza, że do tzw. orłów w szkole nie należał. Trudności i zaległości się piętrzyły, więc kiedy pojawiła się (jakże korupcyjna) propozycja otrzymania promocji do drugiej klasy gimnazjum w zamian za opuszczenie murów szkoły, opiekunowie nie zastanawiali się długo, a nasz bohater wkrótce podjął naukę w jednej z placówek pewnego północnego raju edukacyjnego. Przez rok, z musu, bo z musu, ale szlifował języki, zarówno angielski znany mu śladowo, jak i miejscowy, zupełnie nowy. Kiedy minął czas wstępnej integracji i wszedł w tryb edukacji właściwej, według jego własnych słów, miał wrażenie, że  wrócił do podstawówki i siedzi w klasie z bandą przerośniętych troglodytów. – Po raz pierwszy w życiu – mówił, miałem wrażenie, że wiem i rozumiem więcej, niż wszyscy wokół, z nauczycielem włącznie, choć wiem, że on tylko udawał – oni są tak szkoleni, że nie wolno im pokazywać, że są mądrzejsi od ciebie. Kiedy wróciłem do Polski, byłem intelektualnie dokładnie w punkcie wyjścia. Jedyną korzyścią jest to, że teraz lepiej mówię po angielsku. Tam po prostu nikt nie chce cię przerobić na geniusza i jeszcze moment, a robiłbym za prymusa. Ja nigdy nie miałem do szkoły nabożeństwa i to mi pasuje – jakąś robotę zawsze tam dostanę. Zapytany o słynną skandynawską tolerancję i relacje międzyludzkie w szkole, twierdzi, że po wierzchu wszystko jest ok, ale co kto naprawdę myśli, trudno stwierdzić – jak wszędzie, wszystko zależy od miejsca, człowieka i układu sił.

Przykład drugi. Kilka dni temu, miałem przyjemność obserwować rekrutację uczniów do zagranicznych szkół IB, organizowaną przez UWC. Fundacja United World Colleges (brawa za pomysł i realizację) współpracuje z siedemnastoma placówkami w różnych miejscach na świecie i statutowo dążąc do propagowania międzynarodowej tolerancji, poszukuje stypendystów, pasujących (według niezbyt jasno określonych kryteriów) do profili poszczególnych szkół. Warunkiem otrzymania stypendium są osiągnięcia szkolne i osobiste kandydatów, oraz zainteresowanie swoją osobą komisji, najpierw nadesłanym esejem, a następnie na rozmowie kwalifikacyjnej, prowadzonej w języku angielskim. Zainicjowane przed rozmowami zajęcia integracyjne pozwalały przypuszczać, że fundacja stawia na otwartość, komunikatywność i chęć współpracy zainteresowanych, którzy przeszli pierwszy etap. W czasie rozmów kwalifikacyjnych, opiekunowie kandydatów mogli porozmawiać z rodzicami uczestników programu, oraz z absolwentami. Słuchając tych rozmów, miałem wrażenie, że cały czas się czerwienię. Ze wstydu, że, jakby nie było, reprezentuję polską oświatę. Rzeczywiście, w porównaniu z działaniem i ofertą tych szkół, wszystkie miejsca, w których dane mi było uczyć wypadały, delikatnie mówiąc, blado. Zgromadzeni rodzice byli świadomi niedomagań naszego systemu, co wyrażali zaniepokojeniem o szanse swoich dzieci po ewentualnym uzyskaniu stypendium. Prowadzący warsztaty rodzic stypendystki uczącej się w Kanadzie uspokajał ich w ten sposób: Ależ drodzy Państwo, naprawdę nie macie się czym martwić – wasze dzieci przeszły przez sito polskiej edukacji. Nawet jeśli nie zostaną zakwalifikowane, już odniosły ogromny sukces. Droga do studiów na zagranicznych, renomowanych uniwersytetach stoi przed nimi otworem, nasza fundacja nie jest jedyną. Studenci z Polski należą do najczęściej przyjmowanych, bo należą do najlepiej przygotowanych merytorycznie, co jest bardzo cenione, zwłaszcza na uczelniach brytyjskich. Nie dam głowy, że nieco zestresowani rodzice zauważyli niespójność narracji.

Opisane doświadczenia mogą być epizodyczne i w żaden sposób nie muszą być reprezentatywne. Powinny jednak prowokować do zastanowienia, czy wszystko, co już mamy (a raczej do niedawna mieliśmy) nadaje się do kosza i czy wszystko, za czym tęsknimy ma realną wartość, lub zastosowanie. Jakimi środkami finansowymi i zasobami ludzkimi dysponujemy? Z jaką mentalnością dominującą mamy do czynienia po obydwu stronach procesu edukacyjnego? Czy w pierwszym wymienionym przypadku, system fińskopodobny działał z powodu swej doskonałości, czy też z powodu nisko zawieszonej poprzeczki? Czy w drugim w ogóle mógł nie zadziałać, mając do dyspozycji imponujące środki oraz ludzi o ponadprzeciętnych zdolnościach, doświadczeniach i osiągnięciach, gotowych na wyzwania, odpornych na stress (proszę tylko pomyśleć, te dzieci gotowe są zostawić wszystko co znają, rodziców, przyjaciół, na przynajmniej kilka lat), chętnych do współpracy i płynnie posługujących się językiem międzynarodowym w wieku lat 15? Czy w ramach „paradygmatu przyszłości”, pragniemy sprawnie działającej świetlicy środowiskowej, czy też szkoły, w której obdarzone wolną wolą jednostki chcą osiągać maksimum swoich możliwości rozwojowych? A może czas wreszcie dojrzeć, wyrosnąć z forumowych zabaw „w nowoczesną szkołę” i zaakceptować wreszcie truizm, z którym, mimo pozorów, nikt w polskim i wielu innych systemach edukacyjnych pogodzić się nie chce: Że ludzie są różni, mają różne potrzeby i nie należny ich zmuszać, by realizowali je tak, jak wyobraża to sobie nawiedzony wieszcz z internetu albo choćby i całkowite przeciwieństwo naszej obecnej szefowej MEN?

 

3 myśli na temat “Reprint

  1. Nie jestem pewien, czy Finlandia dokonuje jakiegokolwiek przewrotu. W pięknych deklaracjach i wynikach PISA zawsze była w czołówce, natomiast efekty jej praktyki zobaczymy. Rzeczą, której w najmniejszym stopniu nie zreformowała obecnie, są (będące tematem wiodącym artykułu J.K.) paradygmaty masowości, jednolitości i przymusowości, posunięte do poziomu, przy którym polskie szkolnictwo wydaje się być oazą zgniłego liberalizmu i indywidualistycznej wolności.

    Szwedzka/norweska znajomość angielskiego wśród młodzieży – nie przypisywałbym tego szkole. Raczej telewizji, która nie dubbinguje ani nie daje lektora, tylko napisy na ekranie. I bardzo licznym okazjom do spotykania w naturalny sposób obcokrajowców. W przeciwieństwie do gimnazjalisty z łódzkiego blokowiska, który przez całe życie nie spotkał (poza szkołą) nikogo, z kim musiałby porozmawiać po angielsku albo wcale.

    Część szwedzkich maturzystów jest bardzo dobrze nauczona i wcale nie „w tyle”. Tyle, że w Szwecji obowiązkowa jest wyłącznie 9-letnia podstawówka. Licea nie są już jednolite ani przymusowe.
    Wątpię, żeby wielu polskich maturzystów, mimo „sita polskiej edukacji”, było w stanie konkurować z pierwszym rokiem w Lund czy Karolinska po szwedzkich liceach.

    Polubienie

    1. Fiński „przewrót” traktuję z dużym przymrużeniem oka. Nieodmiennie wkurza mnie jednak ta jakże polska drżączka i bezkrytyczny zachwyt nad wszystkim, co wymyślili inni i chęć kompulsywnego „kupowania” licencji na rzeczy, które choć jakoś funkcjonują gdzie indziej, natychmiast przestają działać tutaj. Istnieje sporo polskich inicjatyw edukacyjnych, które rzeczywiście przynoszą efekty i nikt nie chce ich „kupować”, ani robić z nich paradygmatu. Prawie nikt nie bierze pod uwagę faktu, że ludzkiej mentalności nie zmienia się paradygmatami, a raczej wręcz odwrotnie – to one są wyrazem mentalności.

      Człowiek z przykładu pierwszego nie wyjechał, żeby uczyć się języka – był to efekt zupełnie uboczny – chodziło mi o pokazanie, że wysoki poziom nauczania nie jest wcale absolutnym priorytetem nauczania skandynawskiego i nie musi aksjomatycznie wynikać z jego stosowania. Nasi nawiedzeni na ogół zupełnie ignorują dość liberalny efekt tego socjalizmu edukacyjnego – wcale nie musisz iść na studia, jeśli nie masz takich ambicji, możesz dobrze czuć się w szkole (no dobra, w świetlicy), jeśli nikt nie ma o to do ciebie pretensji.

      Przykład drugi nie miał być hymnem pochwalnym naszego systemu – w naszym postępowym środowisku zmieniaczy, nikt na serio nie bierze pod uwagę, że efekt edukacyjny zależy przede wszystkim od determinacji jednostki. W przypadku jej braku, nawet najlepszy system jedynie nie przeszkadza w życiu, kiedy jednak jest ona obecna, stanowi miły dodatek. Nikt nie zastanawia się, jak premiować ludzi zdeterminowanych, chętnych i mających coś do zaproponowania – cała para idzie w produkcję „motywacji wewnętrznej”, czyli wyrobu zastępczego, złomu „na licencji”. Kreatywności i innowacyjności nie da się wyprodukować – trzeba stwarzać im warunki do funkcjonowania.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.