On strike

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek siadał do pisania jakiegoś tekstu z większym poczuciem bezsensu i daremności. Najwidoczniej jednak udzieliła mi się już frustracja tłumu i nie mogę się powstrzymać – czasem człowiek musi sobie pokrzyczeć, nawet jeśli wie, że nikt go nie słyszy, ani, tym bardziej, nie słucha. Grupa zawodowa, do której należę jest tak zróżnicowana i niespójna, że nie wiem nawet, czyje interesy będę reprezentował, przystępując do zapowiedzianego strajku. To właśnie poczucie frustracji będzie w nadchodzących dniach cementować nas najbardziej. Wolałbym oczywiście występować w imię jakiegoś konkretu, ale będzie to, w moim przypadku, raczej wyraz frustracji wobec ignorancji społecznej, niż wołanie o podwyżkę, czy spełnienie jakiegokolwiek innego postulatu.

Owa ignorancja jest tym gorsza, że zupełnie dobrowolna i oportunistyczna. Dla społeczeństwa pełnego kompleksów i zawiadującego nim, parademokratycznego państwa, sytuacja, w której owo państwo hoduje sobie dyżurnych chłopców do bicia jest dla obu stron bardzo komfortowa. W sytuacji sterowanego kryzysu (patrz filar filozofii Stieglera), wygodnie jest mieć pod ręką kogoś, kto przyjmie na siebie zaszczytną rolę kozła ofiarnego. Ten konstrukt antropologiczny nie jest oczywiście nowy, stały, jednolity, ani, co jasne, uświadamiony, na ogół jednak oparty o grupy łatwe do identyfikacji i stygmatyzacji. W społeczeństwach podatnych na populizm i ręcznie sterowanie, są to zwykle ludzie obcy etnicznie, lub/i rozmaicie definiowane „elity”, stawiane w klasowej wręcz opozycji do (ciemnego) ludu. W epoce fake news i post prawdy, fakt, że z walką klas nie ma to już nic wspólnego, nie ma większego znaczenia – treść przekazu przegrywa z potrzebą „zaciekawiania” tłumu i schlebiania jego najniższym gustom i instynktom. Nic dziwnego, że, w razie potrzeby, „każąca ręka sprawiedliwości” kieruje się zwykle w stronę lekarzy, prawników i nauczycieli. Działa tu chyba jakaś genetyczna pamięć czworaków, wciąż utożsamiająca pana doktora, pana mecenasa i pana profesora z lokalnym establishmentem, gnębiącym sól tej ziemi. To nic, że po przedwojennym etosie (a gnębieniu tym bardziej) prawie nic nie zostało, że pan mecenas to najczęściej ciągnący kabinówkę z aktami gryzipiórek, nie mający czasu tych akt przeczytać, pan doktor to zmęczony rezydent, gnojony przez zwierzchników, a pan profesor żadnym profesorem nie jest, a czasami i magistrem być nie powinien. To nie ma najmniejszego znaczenia – społeczeństwo pozbawione elit przez historię, tworzy sobie nowe, na obraz swych potrzeb i oczekiwań. Dominującymi potrzebami są zdefiniowanie wroga, odwet za brak rodowego sygnetu i uleczenie z kompleksu wobec „wiedzących”. Od elit zastępczych oczekuje się zaś ekspiacji i zadośćuczynienia za własne niemożności. Obecny (chyba już światowy) trend „wstawania z kolan” doskonale wpisuje się w ten model. Paradoksalnie, przedstawiciele wciąż jeszcze teoretycznie prestiżowych zawodów, w poczet swoich profesjonalnych problemów, wpisać muszą ryzyko masowego ostracyzmu. Naiwne tłumaczenie, że w każdym zawodzie pracują ludzie lepiej, lub gorzej do niego przygotowani, że statystycznie muszą istnieć kiepscy prawnicy, lekarze i nauczyciele, tak samo jak tępe sekretarki, architekci bez wyobraźni, czy mechanicy nie mający bladego pojęcia, co robią, nie ma sensu – stygmat niekompetentnego kauzyperdy, obojętnego i chciwego konowała, czy leniwego belfra jest w pakiecie. Nikt przecież nie rozumie (wymagałoby to chwili wysiłku), że zawody polegające na codziennej i nieuniknionej interakcji tych samych, skazanych na siebie podmiotów muszą kumulować na sobie odczucia negatywne. Tak uczą prawdziwi badacze ośrodkowego systemu nerwowego i pewnie dlatego ta akurat wiedza większości mózgów się nie ima.

Wracając na własne podwórko, muszę więc zmierzyć się z faktem, że zdecydowana większość społeczeństwa, któremu, jakby tego nie określić, służę, ma, mówiąc kolokwialnie, wywalone na stan oświaty jako całości, a mnie samemu z przyjemnością odmówiłoby prawa do (prawdopodobnie daremnego) strajku. Owo społeczeństwo z niejakim spokojem przyjmuje do wiadomości, że jakieś drogi są zamknięte, bo protestować będą rolnicy, współczuje górnikom, gdy grożą zaniechaniem zupełnie nieopłacalnego wydobycia, wspiera poniewieranych ratowników medycznych (lekarzy na SOR-ach już nie), ale dostaje szału na myśl, że przez kilka dni, biedne dziatki miałyby zostać pozbawione, drogocennej podobno, edukacji i opieki. Nauczyciele są więc roszczeniowi i nieodpowiedzialni, kiedy grożą zawieszeniem misji, a samo zawieszenie jest niemieszczącym się w głowie pogwałceniem umowy społecznej, o dalekosiężnych skutkach. O misji nie będę dyskutował, wolałbym po prostu móc robić swoje, ale skoro owa misja jest aż tak ważna, że jej ewentualny, chwilowy niedostatek wzbudza ogólną panikę, to potrzeba strajku musi wydawać się dziwna – przecież tak doceniani i niezbędni pracownicy nie mogą być nisko opłacani! Coś tu się nie zgadza, ale ta niekonsekwencja nie dociera do widza Wiadomości i nie tylko. Pewnie belfry ściemniają. Zarabiają przecież po pięć tysięcy na rękę, pracują parę godzin dziennie, obijają się przez 1/4 roku i jeszcze im się strajkować zachciewa. Pogonić towarzystwo, niech odbijają kartę jak wszyscy, albo spadają do marketów, robić za kasjerki, którym tak zazdroszczą.

Taka jest pokrótce narracja dominująca. Pokazywanie pasków, wyliczanie godzin poza anegdotycznym pensum, epatowanie rozwojem zawodowym, zarzekanie się, że uczniów się nie bije i nie gwałci oraz odżegnywanie się od nieszanowania kasjerek i kasjerów, również nie ma sensu. Lud wie swoje i żadne fakty nie staną mu na drodze – swoją satysfakcję i słodką zemstę za kłopoty z ukończeniem gimnazjum musi mieć. Tłumaczenie, że idea strajku polega właśnie na jego dolegliwości, mija się z celem. Nauczycielski protest bywa porównywany z odejściem od łóżek pacjentów (do którego przecież nigdy sensu stricte nie doszło). Jest też przedstawiany jako zbrodnia na dziecku i jego podmiotowości, a sama możliwość jego zaistnienia w dniu jakiegoś egzaminu nosi znamiona apokalipsy. Intelektualni mocarze obecnych wybrańców ludu insynuują, że protest jest sterowany politycznie, tak, jakby istniało coś, co polityczne nie jest. Nie mogą znieść, że inni też są zdolni do taniej, pragmatycznej polityki, raczej przedszkolnej w swym wyrafinowaniu – oto ktoś nieprzewidziany na liście gości, śmiał oportunistycznie wykorzystać ich populistyczną grę i pojawił się (wreszcie na czas) na pikniku, na którym rozdają wyborczą kiełbasę. Głupota tego środowiska jest zadziwiająca – zamiast w odpowiednim momencie kupić sobie (bo na finansowym i mentalnym przekupstwie polega finalnie cała ich taktyka i strategia) 700-tysięczną grupę zawodową za przysłowiowe już 500zł, woleli grać na społecznych antagonizmach i resentymentach, na sztucznie podsycanej niechęci do gimnazjów, na strachu przed posłaniem 6-latka do szkoły i na memach, głoszących, że „szkoła nie przygotowuje” i trzeba ją „wymyślić od nowa”. I wymyślili, przy czym cała oryginalność tego „z-myślenia” polegała na wyciągnięciu z niebytu wyszczerzonego uśmiechu dyletantki, która, jak kilku jej podobnych, gotowa była dać twarz tej farsie.

Za tym powszechnym wzburzeniem (tak ludowym, jak i partyjnym) kryje się jednak banał – nie chodzi tu wcale o jakąś stratę edukacyjną, czy nawet w ogólnym rozrachunku ekonomiczną. To nie uszczerbku na wykształceniu swych dzieci tak bardzo boją się internetowi erudyci, hejtujący nauczycieli en mass i po całości. Nauczyciel w Polsce ma zbyt niski status i sprawczość, by, nawet w wyobraźni, takie straty wywołać – powody odmawiania mu prawa do walki o swoją godność są trzy: Po stronie rządu, niechęć do wysupłania kolejnych, wirtualnych miliardów z kredytu, zaciągniętego na poczet koniunktury, która w każdej chwili może się skończyć; po stronie ludu, obawa o to, że przez kilka dni nie będzie funkcjonowała (?) świetlica-przechowalnia, do której hejterzy się przyzwyczaili, oraz wspomniana już zazdrość o choćby wyobrażoną korzyść grupy, wobec której ma się idiotyczny, bo niczym realnym nieusprawiedliwiony, kompleks niższości. Kompleksy najłatwiej, choć doraźnie, kuruje się agresją i jest to główna przyczyna niskiego poparcia i zainteresowania społecznego wobec pracowników oświaty, oraz nagonki rozpętywanej w mediach, gdy tylko zaistnieje pilna potrzeba znalezienia winnego dowolnej klęski, lub odwrócenia od niej uwagi.

Główna, ale nie jedyna. Powodów, dla których tak liczna i teoretycznie istotna grupa zawodowa nie cieszy się zbytnią sympatią, a jednocześnie ma tak znikomy wpływ na postrzeganie swojego wizerunku, jest wiele. Te merytoryczne na ogół nie docierają do świadomości społecznej i nie są przedmiotem niczyich rozważań, ani prób naprawy. Ten fakt sam w sobie sprowadza na ogół dyskusję nad kondycją zawodu do poziomu programów dezinformacyjno-propagandowych TVP, choć jest ona wynikiem zaszłości znacznie starszych, niż dziennikarstwo brygady Kurskiego. Nie mam zamiaru pisać tu monografii tego zjawiska, ale warto chyba zwrócić uwagę na kilka jego rysów, historycznych i współczesnych, kształtujących obecną nauczycielską pijar-ową mizerię.

Wojenna eksterminacja inteligencji sprawiła, że przetrzebioną kadrę pedagogiczną nowego państwa trzeba było kimś uzupełnić. Do spacyfikowanych niedobitków niesłusznego już systemu, dołączyły nie tylko siłaczki i nieliczni siłacze pragnący wyplenić analfabetyzm, edukować ludzi i tworzyć nowoczesne społeczeństwo, ale też całe tabuny „nauczycieli” z nadania, których wszystkimi kwalifikacjami zawodowymi były myślenie „po linii” i niezmierzone pokłady konformizmu. Wszyscy zdolni do oceny sytuacji, wiedzieli, że ludzie ci są zupełnie niezdatni do pełnienia roli edukacyjnej. Jeszcze we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w wielu szkołach, od kompetencji pedagogicznych ważniejsza była przynależność do przyszkolnego POP-u, a od jakiejkolwiek lekcji wyższą rangę miały wiadome apele i akademie ku czci. Nic dziwnego, że nauczyciele odnajdujący się w matriksie dyktatury ciemniaków nie cieszyli się szacunkiem, a nieufna i pełna rezerwy postawa, będąca wyrazem raczej ludzkiej przekory, niż świadomości demokratycznej, często bez żadnego powodu, przenosiła się na całe środowisko i utrwaliła na długie lata.

Skutkiem powojennych niedoborów kadrowych, był także „system” kształcenia i naboru do zawodu, który właściwie sprowadzał się do zatrudniania każdego chętnego, nieuciekającego na drzewo kandydata, który udowodnił, że umie czytać, pisać i kochać Stalina. Może w innej kolejności. Z konsekwencjami, w postaci nieujednoliconej drogi do zawodu, zróżnicowaniem standardów kwalifikacji i faktycznym brakiem jakiejkolwiek wiedzy psychologicznej, borykamy się do dziś. Po prostu, nikt nie zauważył, kiedy prymitywna alfabetyzacja i indoktrynacja przestały być jedynym priorytetem oświaty. Radośnie powitanym wyjściem z tego bałaganu jest „nowocześnie słuszna” idea permanentnego dokształtu, który nie tylko daje pozór wszechstronnego rozwoju, ale jest także świetnym wypełniaczem czasu pracy. Gdyby nie domniemany brak często zupełnie podstawowej wiedzy profesjonalnej, czas ten mógłby być spożytkowany na pracę z uczniem. W każdej profesji, ludzie, którzy nie poszerzają swoich horyzontów, wcześniej, czy później wypadają z gry, sądząc jednak po bazowej ofercie szkoleniowej, nauczyciele swojego zawodu uczą się dopiero w pracy. Przekłada się to na „wysiadywanie” miękkich kompetencji, które w ten właśnie sposób, z mizernym skutkiem, usiłuje się zaszczepić wszystkim tym, którzy po prostu w zawodzie nie powinni pracować.

Przezwyciężenie jałowości kształcenia przyszłych nauczycieli wymaga od kandydata sporej świadomości i samozaparcia. Na dodatek, właśnie wtedy, gdy społeczeństwo zaczęło sobie zdawać sprawę z niedomagań oświaty publicznej, dotknęła ją jeszcze jedna klęska:  Post-transformacyjna idea głosząca, że studiować nie tylko każdy może, ale i powinien. Studia pedagogiczne natychmiast zostały uznane za jedne z najłatwiejszych i niewymagających zbyt wielu poświęceń. Trudno było utrzymać to w tajemnicy.

Rosnąca „świadomość” społeczna, która nadeszła wraz z Internetem i możliwością szybkiej komunikacji, czyli wymiany niesprawdzonych informacji, szemranej wiedzy i zwykłej plotki, sprawiła, że mem głoszący nieprzystosowanie szkoły do wymagań przyszłości, jej anachronizm i niepraktyczność zrobił oszałamiającą karierę, niezależnie od tego, że sam nosi znamiona truizmu, banału i wewnętrznych sprzeczności. Pod rosnącą falę zarówno tego w pełni racjonalnego, jak i tego sztucznie wykreowanego niezadowolenia, podczepiła się rzesza wszystkowiedzących zbawców, których doświadczenie pedagogiczne było wątpliwe, ale talent marketingowy niezaprzeczalny. Naturalny proces ewolucyjny w myśleniu o edukacji został przez nich zastąpiony nawoływaniem do rewolucji, na której chcieli (i chcą) zarabiać. Intelektualna miałkość i pozorna nowoczesność proponowanych przez owych koperników rozwiązań nie zraża rzeszy podnieconych zmianą epigonów. Treść pożądanej zmiany jest zupełnie drugorzędna, liczy się natomiast jej „pozytywna”, lekkostrawna otoczka. Do społeczeństwa wysłano jasny i klarowny przekaz: Szkoła (każda i wszędzie), to zło wcielone, a nauczyciel (każdy), to prymitywny dyletant, niemający pojęcia o nowoczesnej metodyce, działaniu mózgu i zmieniającej się rzeczywistości. Niezależnie od umiejętności, osiągnięć i obiektywnych problemów, wynikających z zanurzenia w systemie, nauczyciele muszą się więc zmierzyć nie tylko z realnymi deficytami szkoły, ale przede wszystkim z faktem, że na edukacji i wychowaniu wszyscy znają się teraz lepiej, niż oni. Z pewnością przyczynia się to do ich niemal całkowitej klęski wizerunkowej. Jeśli dodamy do niej ponowoczesny kryzys tożsamości młodych pokoleń, które prą do dorosłości, by nie musieć liczyć się z jakimkolwiek autorytetem, a jednocześnie, z pełnym błogosławieństwem doktryny, chcą pozostać dziećmi, którym ktoś zapewnić musi opiekę, rozrywkę i sens istnienia, receptę na belferską niemoc mamy gotową. Na nią z kolei nakłada się obecne maksimum sinusoidy trendów populistycznych, które nie tolerują choćby pozorów instrukcji. Pod fasadą demokratyzacji i upodmiotowienia, kryje się antyintelektualizm, pogarda dla wiedzy, dla której w szkole (i wśród nauczycieli) pozostaje coraz mniej miejsca, oraz żądanie podporządkowania idei oświeceniowych wymaganiom świetlicy. Tu nauczyciel jest już praktycznie zbędny i takim właśnie jest postrzegany przez ogół. Potrzebni są facylitatorzy i baby-sitterzy. Selekcja negatywna w pełnej krasie – Stalina zastępują fałszywie rozumiane miękkie kompetencje.

A dlaczego sami nauczyciele poddają się takiej narracji i robią niewiele, by ją zmienić lub zaproponować jakąś oryginalną? Przede wszystkim jest to grupa tyleż liczna, co wewnętrznie podzielona i to nie tylko przez specjalizacje i target działania. Obecnie trudno tu mówić o wspólnym, profesjonalnym etosie. Oświeceniowy, jak się zdaje, był mitem, inteligencki umarł i nic nie wskazuje, by coś spójnego miało go zastąpić. W profesji daje się odczuć wszystkie problemy i podziały reszty społeczeństwa. Nie ma szerokiej wspólnoty celów i dążeń, co przekłada się na obraz i postrzeganie zawodu. Nie istnieje background, do którego można by się odwołać – nie jest to ani wykształcenie, ani nawet żałosna sytuacja ekonomiczna, bo jest oczywiste, że bardzo często nauczycielska pensja jest jedynie uzupełnieniem domowego budżetu, lub też nie ma dla niego istotnego znaczenia. Nauczyciele należą do najrozmaitszych grup społecznych i majątkowych. Znajdziemy wśród nich ludzi kontynuujących rodzinne tradycje zawodowe i tych, którzy załapali się na pierwsze lepsze studia, niekolidujące z innymi zajęciami. Pod szkołami parkują zarówno wysłużone wozidełka, jak i drogie limuzyny. Nie można twierdzić, że grupę spala jakaś szersza wspólnota interesów. Nawet hipotetyczny strajk dzieli środowisko, bo ewentualne nieprzystąpienie do niego, najczęściej nie będzie wyrazem poparcia łamistrajków dla genewskiej spadochroniarki, ale wynikiem lęku o procentowo pokaźne uszczuplenie skromnych dochodów. Ciężko jest na tym wszystkim budować sensowny i niesprzeczny wewnętrznie przekaz. Okazjonalnie wciągane na maszt związkowe sztandary tego nie zmienią.

Moją krótką (i z pewnością niepełną) listę racjonalnych przyczyn nikłego prestiżu tego zawodu zamykają niemal totalna jego feminizacja i pauperyzacja. Naprawdę, ciężko tutaj dociec, co jest skutkiem, a co przyczyną – obydwa te fakty wzmacniają się w sprzężeniu zwrotnym, przy czym nie jest to oczywiście wina kobiet (pisałem już o tym kiedyś, więc nie będę powtarzał wywodu). Jako zdecydowana większość pracujących w tym zawodzie, mimo braku męskiej konkurencji, są takimi samymi ofiarami szklanego sufitu, jak w każdej innej branży. Pozór „awansu zawodowego”, czyli wieloletniego zbierania papierów gdzie popadnie, na nic się realnie nie przekłada. Ile z nich może (i chce) zostać dyrektorkami, czy działaczkami oświatowymi? Jedyną, realną drogą awansu byłoby wyraźne zróżnicowanie płac na różnych etapach rozwoju profesjonalnego, ale, powiedzmy sobie szczerze, ile (i po co) takich szczebli trzeba by wymyślić, by, w okolicach 50 roku życia, nauczyciele mogli rzeczywiście zarabiać około 5000 PLN netto? Póki co, pozostaje im znaleźć partnera, który udźwignie ich hobby. Skutek istnienia tego błędnego koła może być tylko jeden: Jaki wizerunek można przypisać nauczycielowi (załóżmy, że dobrze wypełniającemu swoje obowiązki), z uposażeniem porównywalnym z pensją dowolnego pracownika niewykwalifikowanego?

Z kolei zestawienie przyczyn nieracjonalnych (lub racjonalnych pozornie) traktowania nauczycieli jako pariasów rynku pracy mogłoby ciągnąć się długo. Ponieważ jednak odbiór społeczny ewentualnego strajku i tak koncentrował się będzie na przyziemnych finansach, oprócz tych wymienionych na wstępie, wspomnę jedynie o kilku podstawowych, niby to liberalnych, niby demokratycznych i rozsądnych zarzutach/argumentach antybelferskich.

Wystarczy na moment zajrzeć do sieciowych dyskusji, by natychmiast napotkać teksty w rodzaju: Jak im tak źle, to niech się przekwalifikują. Jasne, mamy wolny rynek, nikt nie musi pracować w takim, czy innym zawodzie, etc. Idąc tym tropem, należałoby raz na zawsze ustalić, że w szkole pracować powinny jedynie pogodzone ze swym losem, pozbawione ambicji ofermy, niezainteresowane poprawą swojej sytuacji, ale za to altruistycznie dbające o interesy swoich podopiecznych (i takie jest chyba rzeczywiste postrzeganie osób tam pracujących). Pozostaje zapytać, czy ludzie tak właśnie myślący powierzyliby takim edukatorom swoje dzieci. Ależ skąd, nie są przecież tacy głupi! W szkołach, do których posyłają swoje dzieci, oczekują nauczycieli profesjonalnie przygotowanych, wszechstronnie wykształconych i non-stop się rozwijających. Znających tajniki metodyki i pedagogiki. Na bieżąco śledzących dydaktyczne trendy. Gotowych do poświęceń w pracy z dziećmi i młodzieżą na każdym etapie rozwoju. Otwartych i życzliwych. Wspierających. Sprawiedliwych. Uśmiechniętych. Itd, itp. I wszystko to za drobne. No cóż, to chyba jakaś totalna ściema. Wygląda na to, że poszukują taniej opiekunki do dzieci na godziny, a nie nauczyciela. A jeśli jednak, to chyba nie dziwne, że najczęściej się rozczarowują i wynajmują potem kogoś (takiego samego, hejtowanego belfra), komu muszą realnie zapłacić za coś, czego ich dzieci nie mogą (lub nie chcą) dostać w szkole niemal za darmo. I nie będzie to 15 zł/h. Logika wskazywałaby więc, że do strajku powinni się raczej przyłączyć, lub przynajmniej gorąco go popierać – eksponowany (i ważny) postulat płacowy nie jest jedyny i od czegoś trzeba przecież zacząć. Jak dotąd, zmiana w oświacie systemowej miała polegać na romantycznej przemianie bohatera, może czas już pomyśleć o tym pozytywistycznie? Na przykład uświadomić sobie, że jeśli nauczyciel będzie widział sens swojej pracy nie tylko w szeroko pojętej misji i utopii zawodowej satysfakcji, to i nasze dzieci będą się w szkole czuły lepiej i bardziej podmiotowo? W tym miejscu, trudno oczywiście nie przyznać racji twierdzącym, że rozdawanie pieniędzy nie jest na ogół dobrą inwestycją. Trzeba jednak jednocześnie zdawać sobie sprawę, że rozdawnictwem należałoby nazwać całą sferę budżetową, a w porównaniu z całym dobrozmianowym skokiem na finanse państwa, zwiększenie nakładów na oświatę (przecież nie tylko o pensje tutaj chodzi) nie wydaje się najgorszym pomysłem.

Niektórzy demagodzy stosują w antystrajkowej argumentacji liberalizm wybiórczy, przyjmując jako podstawowe kryterium wynagrodzenia w poszczególnych zawodach „wycenę” rynku, czyli po prostu kwotę, jaką ktoś jest skłonny zapłacić za dany produkt lub usługę. Sugerują tym samym, że należy pogodzić się z tym, że jedne zawody są „cenniejsze”, niż inne, bo jest to wynik „obiektywnego” procesu ekonomicznego. Pomijając już to, że nic takiego nie istnieje, zapominają oni, że owa wycena niekoniecznie i nie zawsze ma odzwierciedlenie w popycie na pracę konkretnego człowieka, a często zależy od kwestii ideologicznych, lub zasobów pracodawcy – płaca dwóch menadżerów zatrudnionych na odpowiadających sobie stanowiskach w dwóch bankach bywa różna (czasem znacznie) nie dlatego, że różnią się kwalifikacjami, ale z powodu zróżnicowania renomy i pozycji finansowej banków. Nauczyciel nawet taką drogę szukania większego dochodu ma zamkniętą – praca w renomowanej szkole, oprócz większej odpowiedzialności i liczniejszych obowiązków, nie przyniesie mu żadnych profitów. Może jedynie szukać szkół podległych bogatszym samorządom, ale gra nie jest raczej warta świeczki – koszty dojazdu z pewnością przekroczą ewentualny zysk. Domorośli ekonomiści, w ferworze polemicznym, zapominają, że nauczyciel niczego nie produkuje, a efekty jego pracy są ulotne i niemierzalne. Zwolennicy mierzenia cudzych wysiłków stoperem i stereotypem powinni zrozumieć, że nie można żądać rynkowej wyceny usług, które, w ekonomicznym sensie, w żadnym rynku nie mają udziału. Popyt na dobrą pracę nauczyciela profesjonalisty nie gwarantuje mu utrzymania i to nawet w szkolnictwie niepublicznym (pracodawcy prywatni wcale nie palą się, by działać „wbrew rynkowi” i nie jest to dziwne – sami mają wystarczającą ilość obciążeń).

„Analitycy rynku”, specjaliści od badania cudzych kieszeni, nie potrzebują specjalistycznych narzędzi statystycznych, by policzyć, że ktoś pracujący 18 godzin w tygodniu (sic!), ma mnóstwo czasu (co najmniej drugie tyle!), by zarabiać kokosy, niedostępne zwykłym, uczciwie pracującym ludziom. Nie ma wielu osób, które miałyby w tej kwestii dużo więcej do powiedzenia, niż autor tego tekstu i zaręczam, że ta ich statystyka pozostawia wiele do życzenia. Rachmistrze nie biorą pod uwagę, że w takich warunkach, dzień pracy nie trwa już nawet wymaganych 8 godzin, ale ociera się o 12. Nie mówię, że praca tego rodzaju jest zupełnie nieopłacalna, ale, zakładając, że wykonuje ją człowiek odpowiedzialny i nie zaniedbujący swoich obowiązków, generuje koszty różnego rodzaju, których żaden z „analityków” by nie zazdrościł. Sytuacja, w której dowolny nauczyciel spychany jest przez państwo (uznające podobno oświatę publiczną za priorytet) do szarej strefy, jest niedopuszczalna, nie tylko ze względów fiskalnych, ale przede wszystkim z powodów, jakie niesie ze sobą funkcjonowanie i sankcjonowanie drugiego obiegu edukacji. Jednostkowo może to wyglądać na zbawienne, ale, nawet w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej, powoduje często konflikt interesów.  No i jeszcze rzecz banalna: Nie każda specjalizacja nauczycielska cieszy się popytem poza szkołą. Co z historykami, nauczycielami przedszkolnymi i nauczania początkowego? Prawdopodobnie, według internetowych doradców zawodowych, mają otworzyć własne szkoły i przedszkola… A może z takich specjalizacji jak historia, biologia i parę innych w ogóle zrezygnować, w ramach tak ostatnio pożądanej pragmatyki?

Popularne w internetowych przepychankach, potoczne rozumienie mierzalności i „sprawiedliwej” oceny czyjejś pracy sprowadza się na ogół do określeń typu ciężka, lekka oraz stwierdzenia, czy zabiera komuś dużo, czy mało czasu. Nietrudno tu wykazać, że praca nauczyciela niewiele ma wspólnego z harówą w kamieniołomie ery przedindustrialnej i na dodatek nie trwa do północy. Czy jednak to „zdroworozsądkowe” rozumowanie wystarcza i czy wciąż może mieć zastosowanie w czasach, gdy praca stricte fizyczna jest już w zasadzie marginesem naszej działalności, a ludzie coraz częściej nie są przywiązani do stanowiska pracy, pracują zdalnie i sami organizują sobie czas na czynności zawodowe? Czy w ogóle można porównywać ze sobą zajęcia, które polegają na zupełnie czym innym, wymagają innych kwalifikacji i predyspozycji? Zastanówmy się na spokojnie, czy posiadamy narzędzia do oceniania, a raczej wyceniania czyjejś pracy. Czy wiemy o czyjejś profesji na tyle dużo, by jakiekolwiek sądy formułować? Nawet wewnętrzne kryteria ewaluacji pracy nauczyciela, czyli te teoretycznie obiektywne i powszechnie stosowane, są dyskusyjne i niejednoznaczne (o ostatniej propozycji zawsze z siebie zadowolonej przełożonej, zmilczę). Po prostu jest to praca nie poddająca się łatwo ewaluacji i nikt jak dotąd nie wymyślił systemu, który pozwalałby na choćby przybliżony jej obiektywizm. To, wbrew wszystkim Robinsonom tego świata, nie fabryka.

Mimo obiektywnych trudności, pomysłów na sformatowanie nauczyciela w Excelu nie brakuje. Z racji postępującego, choć w większości jedynie nominalnego upodmiotowienia ucznia, coraz częściej słychać głosy, by ocenę nauczycielskiej pracy oddać klientom, czyli uczniom. Świetna myśl. Generalnie, idea nieodbiegająca za bardzo od pomysłu oceny dyrygenta przez wykonującą narzucony utwór orkiestrę. Ponieważ, niezależnie od intrygujących prób upodmiotowienia, uczniowie (jak i nauczyciele) nadal podlegają podstawom programowym i szeregowi innych regulacji, nadanie im prawa do ostatecznej weryfikacji kwalifikacji nauczyciela bardzo przypomina sytuację, w której, przykładowo, sekcji smyczków nie podobają się gwałtowne ruchy dyrygenta przy wykonywaniu partii forte utworu, bo jej akurat bardziej leży piano. Skoro utwór został już zatwierdzony w programie filharmonii, ale części orkiestry się nie podoba, jedyne co jej pozostaje, to skupić się na krytyce fraka dyrygenta. Oczywiście frak bywa ważny, ważny jest również stosunek dyrygenta do muzyków, faktem pozostaje jednak to, że także nielubiane, trudne i skomplikowane utwory muszą finalnie zostać odegrane i nawet wymiana dyrygenta na posiadającego kompetencje bardziej rozmiękczone tego nie odkręci. Dyrygent ma to szczęście, że na ogół pracuje z dojrzałymi, dążącymi do wspólnego celu, dorosłymi ludźmi, którzy z pewnością oceniają go także jako człowieka, ale nie kwestionują jego wiedzy i umiejętności tylko dlatego, że muszą grać Bacha, choć wolą Haendla. Nauczycielowi tego komfortu los poskąpił. Na dodatek także jego „batutę” ocenia licznie zgromadzona publiczność, która choć na „muzyce” nie zna się ni w ząb, chętnie podpowie, który „gest” wygląda ładniej, bardzo współczuje „altówce” zagłuszanej przez „tubę” i nie rozumie, dlaczego „trójkąt” odezwał się tylko raz w ciągu 45 minut. Nie mogę zgodzić się ze zdaniem, że uczniowska ocena byłaby bardziej obiektywna i sensowniejsza, niż inne. Wolałbym jedynie, żeby żaden „muzyk” nie był zmuszany do „gry” pod taką, czy inną „batutą”. I tu wracamy do wolnego wyboru „filharmonii” (lub możliwości pozostawania muzycznie głuchym). Mogą się przecież zdarzyć sytuacje, w których zamiast „dyrygenta” zatrudniono w niej „tambourmajora”. Takie incydenty nie powinny jednak sprawiać, że na wszystkich „dyrygentach” wiesza się psy. Kończąc tę muzyczną metaforę, chciałbym donieść nieświadomym, że „nadworny kompozytor” właśnie przerabia poddanych „muzyków” na „klakierów” (Rada Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej), mających poskromić fikających „dyrygentów”. Gratulacje (także dla manipulowanych rodziców), PRON był wzorem? To chyba o to chodziło z tym upodmiotowieniem uczniów…

Może więc, wobec braku sensownej metody wyceny, należałoby już odejść od tych wszystkich prymitywnych wyliczanek i pojąć, że praca nauczyciela przekłada się jednak na PKB, choć nie można tego łatwo ująć w tabelce? Nawet jeśli którykolwiek z przeciwników nauczycielskiego strajku, oraz finansowania belferskich fanaberii z budżetu byłby w stanie to przyznać, natychmiast skontruje tę łaskę twierdzeniem, że praca szkoły i samego nauczyciela pozostawia zwykle dużo do życzenia i że „to widać”. Ten argument, mimo owej „widoczności” jest również chybiony i to z kilku względów. Po pierwsze, wyniki pracy nauczyciela tylko do pewnego stopnia zależą od niego samego. Przyjmijmy, że jest przyzwoicie wykształcony, przygotowany do zajęć i ma ochotę je prowadzić. Czy to gwarantuje mu sukces? Nie, i, jedynie z oszczędności miejsca i ludzkiej cierpliwości, przytoczę tu tylko jeden, zasadniczy powód: Do tego tanga trzeba dwojga. Gdyby lekarzowi przyszło gonić pacjentów po szpitalu, a mechanik musiał pilnować, by właściciel samochodu nie dosypywał piachu do naprawianej właśnie skrzyni biegów, obaj nie byliby efektywni. Jeśli już chcemy rozliczać wszystkich według tych samych kryteriów efektywności, to warunkiem takiego podejścia byłoby usunięcie (a raczej ograniczenie) jego głównego mankamentu, czyli rezygnacja z nauczania uporczywego i paradygmatu nieuznającego prawa rzekomego podmiotu do pozostania niewykształconym. Analogicznie, jeśli uznamy, że integralnym elementem pracy w tym fachu jest jednak zawodna socjotechnika i zabawa w chowanego, musimy zrezygnować z wysokich standardów efektywności.

Po drugie, ta „oczywista” nieefektywność i niekompetencja jest nieco wyolbrzymiona (mechanizm psychologiczny tu działający wskazałem wyżej) i podlega postępującej generalizacji. Na tej zasadzie, każdy lekarz to łapówkarz, każdy ksiądz to pedofil, a każdy polityk jest złodziejem. Czy w ramach odpowiedzialności zbiorowej, nauczyciele mają nie żebrać o drobne zżerane przez inflację, tylko dlatego, że, jak w każdej profesji, jakiś odsetek jej przedstawicieli nie pasuje do wyobrażeń wszystkich wiedzących lepiej lub olewa swoje obowiązki? Czyż nie dotyczy to każdego zawodu?

Po trzecie wreszcie, nauczyciele bywają obarczani winą za wady systemu, z którym często (a ostatnio permanentnie) sami są w konflikcie. Przyjęcie tego obciążenia na barki wydaje się nieuniknione, niemniej jednak, nauczycielski protest mógłby zapoczątkować prawdziwą dyskusję nad samym systemem oświatowym, anachronicznym, przeideologizowanym, podatnym na manipulacje i na dodatek koniunkturalnie teraz zdeformowanym. Jeśli ten moment nie zostanie wykorzystany, to znaczy wszystko rozejdzie się po kościach, albo jeszcze gorzej, strajk zostanie spacyfikowany obietnicą stówy na waciki, rozłożoną na kwartalne raty, jakakolwiek okazja do konstruktywnego sprzeciwu prędko się nie powtórzy. W przypadku sukcesu, należałoby iść za ciosem, żeby przekonać ludzi, że nie tylko o kasę tutaj chodzi.

Czy nas na to stać? Bardzo wątpię. Nasze społeczeństwo (z nauczycielami włącznie) nie potrafi przenosić interesów lokalnych na szczebel globalny, obywatelski. Umie zawalczyć o coś na poziomie gminy, ale dalej trzeba niestety porozumiewać się z innymi plemionami – ten etap dopiero przed nami. Póki co, łatwo daje sobą manipulować, nabiera się na tanie chwyty, szybko się „wznieca” i jeszcze szybciej stygnie w zapale. Nie stawiając oporu, daje się szczuć. Jest naiwne i szuka łatwych recept, a nie wypracowanych, własnych rozwiązań. Dla przykładu, nie tak dawno, przez nasz kraj, łaknący podobno zmian w oświacie, przetoczyła się fala finomanii. Zachwytom nad hiperborejskim, oświatowym cudem mniemanym nie było końca. Połajankom i druzgocącej krytyce nauczycieli na południe od Helu, też nie. Rozpływano się nad fińskimi (nieaktualnymi) wynikami edukacyjnymi, podejściem do ucznia i słynnym miękkokompetencyjnym paradygmatem. Na własny (często nieznany i utożsamiany z popularnym memem), rzucano gromy. Przyznaję, że ja też czegoś Finom zazdrościłem. Były to rzeczy niezbyt eksponowane w ogólnym przekazie, ale będę małostkowy i owe nieistotne drobiazgi tu wymienię: Prosta, choć niełatwa droga do zawodu, realna średnia europejska w kieszeni i satysfakcja z wykonywania swojej pracy, posiadającej status wolnej profesji. Nie uważam, żeby takie przywileje należały się komukolwiek z racji urodzenia, chciałbym jednak żeby także nasi nauczyciele mogli taki status osiągać, dzięki prawdziwemu wykształceniu, niesymulowanym praktykom zawodowym i systemowi, który promuje profesjonalizm, a nie rozmienianie się na drobne. Dlatego właśnie wezmę udział w strajku. Choćby pod własnym sztandarem.

 

 

14 myśli na temat “On strike

  1. Chyba źle opisujesz stosunek społeczeństwa do nauczycieli i innych strajków. Bynajmniej nie ze spokojem przyjmowane jest to, że jakaś droga jest zablokowana. Górnikom nie współczuję ani trochę, tylko nastrajają mnie do walki o redukcję emisji CO_2. Posłuchaj też, co o ratownikach medycznych ma do powiedzenia ktoś, kto ma w rodzinie kogoś, kto nie mógł się doczekać karetki i na SOR musiał jechać taksówką. Nauczyciele są roszczeniowi: nie gdy grożą zawieszeniem misji, tylko gdy grożą ściągnięciem kłopotów na głowy zwykłych ludzi, którzy i tak są zmuszeni do płacenia im. Ich „misja” mało kogo obchodzi, a jeśli już, to ogromna większość byłaby zachwycona strajkiem, polegającym na nieprowadzeniu lekcji i niezadawaniu dzieciom prac domowych. Wkurzeni są groźbą, że ich dziecko nie dostanie kwitka. „Misji” i „kaganka” nikt nie oczekuje. Jedynie kwitka zaliczeniowego i przechowalni dla dziecka.

    Policz sobie tylko, że kupienie 700-tysięcznej grupy za 500zł to 4 miliardy rocznie, czyli tyle, na ile by trzeba było np. podnieść VAT z 23 do 23.5% – choć i tak jest już „tylko czasowo” podbity tak wysoko przez poprzedni rząd.

    „ile (i po co) takich szczebli [awansu] trzeba by wymyślić?”
    Na to już dawno odpowiedziała praktyka armii zawodowych, gdzie zawodowy szeregowiec może awansować na sierżanta (zapomnijmy o oficerach z innym wykształceniem na starcie) i tych stopni dla szeregowców i podoficerów jest od 11 do 15 w różnych armiach. To wystarcza do utrzymania ciągłego wspinania się po szczebelkach kariery, kolejnych podwyżek i zwiększania prestiżu przez całą karierę. Nauczyciele później niż żołnierze odchodzą na emerytury (ale i trochę później zaczynają), więc trzeba by było pewnie trochę więcej szczebelków. Nawet w Straży Pożarnej to jest 11 stopni (poniżej oficerskich)

    „Pozostaje zapytać, czy ludzie tak właśnie myślący powierzyliby takim [ofermowatym i bez ambicji] edukatorom swoje dzieci.”
    Oczywiście! Nianie (kochane przez dzieci, gdy te już dorastały) były najczęściej wieśniaczkami bez żadnego wykształcenia, a nawet w zamożnych rodzinach guwernantki miały tylko uczciwe matury. Nie wierzę, że oczytanie w Piagecie, Deweyu i Korczaku powoduje, żeby były lepszymi nianiami, guwernantkami i opiekunkami.
    Z całym szacunkiem dla Ciebie, ale niania – murzynka z Ghany po maturze w misyjnej szkółce – jest skuteczniejsza w nauczeniu dzieci angielskiego, niż jakikolwiek szkolny anglista. I sprawowana przez nią opieka w porównaniu z przedszkolem czy wczesną szkołą to niebo a ziemia.

    „rozdawanie pieniędzy nie jest na ogół dobrą inwestycją. Trzeba jednak jednocześnie zdawać sobie sprawę, że rozdawnictwem należałoby nazwać całą sferę budżetową”
    Tyle, że nie można zapominać, że szkolnictwo jest absolutnie dominujące w sferze budżetowej, liczniejsze od policji, straży pożarnej, urzędów i wojska razem wziętych.

    „Domorośli ekonomiści, w ferworze polemicznym, zapominają, że nauczyciel niczego nie produkuje, a efekty jego pracy są ulotne i niemierzalne.”
    A co to ma do czego? Fryzjer też niczego nie produkuje. I płacimy mu nie tyle ile on by chciał, tylko tyle, ile jesteśmy gotowi zapłacić za jego usługę. Gdyby chciał zbyt dużo, to uczeszemy się sami. Jeśli gosposia chce zbyt wiele (w naszym zupełnie subiektywnym odczuciu i chęci płatniczej), to po prostu sprzątamy sami w swoim domu. Wolimy wydać mniej na nowy odkurzacz i sprzątać samemu, niż na najęcie gosposi. Nie obchodzą nas pensje kucharzy i kelnerów ani godziny ich pracy, ale jeśli restauracja jest zbyt droga, to gotujemy sobie sami. Z nauczycielem jest tylko ta różnica, że jemu musimy płacić, bo urząd skarbowy nam te pieniądze zabiera i daje nauczycielowi czy chcemy, czy nie. I nie możemy wyjść nie płacąc, bo usługa jest zbyt droga, jak na naszą chęć płatniczą i potrzeby.
    Rynkowa wycena usług jest doskonale możliwa, jeśli tylko państwo z urzędnikami skarbowymi nie wchodzi w środek między usługobiorcę/płatnika i usługodawcę.

    „Popularne w internetowych przepychankach, potoczne rozumienie mierzalności i „sprawiedliwej” oceny czyjejś pracy…”
    Ależ to jest czysty marksizm! Tylko u Marxa praca ma być wyceniana nie przez zapotrzebowanie na nią, ale przez to, czy jest lekka czy ciężka, krótka, czy długa, etc.
    Nie mieści się w tym niechęć do płacenia tym, którzy temi swoimy ręcamy odwalają kawał solidnej, ciężkiej, nikomu nie potrzebnej roboty. Gdyby komuś była potrzebna, to by nie miał nic przeciwko płaceniu za nią.

    „Zastanówmy się na spokojnie, czy posiadamy narzędzia do oceniania, a raczej wyceniania czyjejś pracy.”
    Mamy. Najprostsze i odwieczne. Jeśli przewidywane skutki tej pracy są nam przydatne, to umiemy subiektywnie określić ile gotowi jesteśmy zapłacić za jej wykonanie na naszą rzecz. Mając możliwość albo znalezienia innego chętnego do jej wykonania, wykonania jej samemu, albo nie wykonywania wcale – jeśli nikt nie chce nam pomalować sufitu za sumę, jaką jesteśmy gotowi zapłacić, a sami jesteśmy zbyt leniwi, by zrobić to samemu, to będziemy mieszkać pod nie pomalowanym.

    Podoba mi się porównanie z orkiestrą i dyrygentem. Przypominam „Opowieść pierwszego odmrożeńca” Lema.

    „nauczyciele bywają obarczani winą za wady systemu, z którym często (a ostatnio permanentnie) sami są w konflikcie”
    No to niech trzasną drzwiami, nie domagają się większych pieniędzy z kieszeni podatników w ramach tego samego, cały czas tak samo wadliwego systemu, który nie tylko im się nie podoba, tylko pójdą pracować za większe pieniądze jako kasjerki w Biedronce! Chyba, że chcą budować swój konflikt z resztą społeczeństwa: oni chcą więcej pieniędzy za służbę w wadliwym systemie, a inni uważają, że nie chcą na ten system płacić.
    W najbliższej mi Biedronce cały czas wisi ogłoszenie o poszukiwanych pracownikach. Kto nie chce przepłacać kasjerkom z Biedronki robi zakupy w Tesco, więc konfliktu nie ma.

    Polubienie

    1. Wiedziałem, że cię takie podejście zdziwi, oburzy, albo jedno i drugie. Obawiam się jednak, że ulegasz „liberalnemu populizmowi”, a raczej uznajesz, że w analizie problemu należy korzystać z jednej możliwej aksjologii. Niestety, to niemożliwe. Aksjologia, której zawsze bronisz (a ja również ją podzielam) nie ma tu zastosowania, z tej prostej przyczyny, że sporna profesja nie jest jej częścią. Wyrasta z zupełnie innego założenia.

      Wszystkie twoje argumenty są najzupełniej słuszne, ale miałyby zastosowanie, gdyby zawód nauczyciela był wpisany w gospodarkę rynkową. Moje niektóre sformułowania byłyby „czystym marksizmem”, gdyby taka właśnie była jego rzeczywistość. Dopiero wtedy można byłoby liczyć, czy jego utrzymanie jest opłacalne, w ogóle potrzebne i czy 700-tysięczna armia w ogóle ma rację bytu. Jak piszesz, w takich warunkach, „Rynkowa wycena usług jest doskonale możliwa, jeśli tylko państwo z urzędnikami skarbowymi nie wchodzi w środek między usługobiorcę/płatnika i usługodawcę”.

      Dla mnie osobiście, ten strajk jest jednak jak najbardziej słuszny i racjonalny, gdyż państwo (a w gruncie rzeczy prawie cały cywilizowany świat), w swej nieskończonej mądrości, zechciało wyjąć z rynku pewien aspekt życia społecznego, ale nie chce ponosić żadnych tego faktu konsekwencji. Topi miliardy w oświatę niewydolną, uszminkowaną (trzeba jednak pamiętać, że wszyscy „niechcący płacić” tę szminkę kochają), w wykształcenie i szkolenie nauczycieli, ale oszczędza na nich, czyli na jedynej sile zdolnej tę sytuację naprawiać. To nic, że jest to jak lanie asfaltu w piach, tę cenę ma zapłacić frajer (albo, jak wolisz cwaniak), który za dobrą monetę wziął bajkę o tak pogardzanej teraz misji, a tak naprawdę wszyscy ci, którzy podobno „nie chcą na ten system płacić”. Jeśli rzeczywiście nie chcą, to niech wybierają takich swoich przedstawicieli, którzy nieodpowiadający im system zmienią. Doskonale wiesz, że tym „niechcącym” wcale nie chodzi o żaden liberalizm – chcą socjalizmu z ludzką twarzą, ale taką zawsze uśmiechniętą do nich. Nie widzę powodu, dla którego stworzona przez państwo nisza nie miałaby zostać czysto oportunistycznie zasiedlona – pretensje do nauczycieli (w tym przede wszystkim tych, którzy rzetelnie wykonują swój zawód), że są nauczycielami, a nie kasjerami, to czysta demagogia. Demagogią jest także wymaganie, by poddali się ocenie rynku, który ich wypluł i w wyniku czego wyzbył się narzędzi (i prawa) do ich wyceny. Świadomy nauczyciel ma w tej chwili święte prawo powiedzieć: Nie jestem taki głupi, żeby zawsze być mądrzejszy. Albo godzimy się, że oświata ma jakąś wartość niewycenialną i do niej dokładamy (jak do każdej takiej branży, którą chcemy łatwo kontrolować), albo sprzedajemy jej akcje i czekamy na ustabilizowanie ich notowań. Trzeciej drogi nie widzę.

      Ponieważ jednak wszyscy jakoś trzecie drogi uwielbiają, trzeba im od czasu do czasu przypomnieć, że są durniami, a za durnotę trzeba płacić. To dlatego wypomniałem ciemnotę aktualnej ekipie rządzącej, która kwoty rzędu 4 mld zł ma i tak za drobne, które wyciągnie z naszych kieszeni tak, czy inaczej, jeśli tylko pozwolą jej wszyscy ci, którzy podobno płacić nie chcą. I to by było na tyle w kwestii aksjologii. Teraz detale:

      Analogie medyczne są atrakcyjne, ta na którą się powołujesz (ratownicy medyczni, SOR-y) jest o tyle trafiona, że wyciągany z niej na ogół morał dotyczy wszystkich zawodów nierynkowych i kontaktowych. Można bez końca podawać przykłady zachowań nieprofesjonalnych i nierzetelnych. Mitem jest jednak, że dotyczą one jedynie profesji będących na kroplówce budżetu – to klasyczny przykład mechanizmu psychologicznego, na który wskazałem: zawody obarczone klątwą nieustannych interakcji podmiotów, które często znajdują się w kryzysowej sytuacji lub w stosunku podległości, muszą kumulować na sobie negatywne emocje. Na nic tu racjonalne przypuszczenie, że na 1 nierzetelnego ratownika, przypada 10 zaangażowanych.

      „Wkurzeni są groźbą, że ich dziecko nie dostanie kwitka.” – Wiesz, że jest na to jedyne lekarstwo. Nazywa się edukacja domowa i samokształcenie. Wiesz również, że to opcja niewyobrażalna dla znakomitej większości „niechcących płacić”. Wraca kwestia wyborów – niech głosują na tych, którzy „powszechny obowiązek” zniosą, a potem niech do woli zatrudniają nianie z Ghany (które rzeczywiście w uczeniu angielskiego byłyby skuteczniejsze, choćby ze względu na czas, który spędzają z podopiecznymi).

      „Nawet w Straży Pożarnej to jest 11 stopni (poniżej oficerskich)” – W warunkach szkolnych (jeśli brać pod uwagę obecną gradację) przełożyłoby się na jakieś 4000 zł różnicy między najniższym, a najwyższym uposażeniem – to by dawało około 5500 u szczytu kariery. Na dzisiaj jestem za. Masz jakiś pomysł na treść podłożoną pod te stopnie? Wątpię również, czy ktokolwiek chciałby ten „awans” finansować.

      „[…]szkolnictwo jest absolutnie dominujące w sferze budżetowej” – A na czyje życzenie? Nauczyciele to sobie przegłosowali? Tylko nie powołuj się na Kartę Nauczyciela – to wynik podążania „trzecimi drogami”.

      Polubienie

  2. „Wszystkie twoje argumenty są najzupełniej słuszne, ale miałyby zastosowanie, gdyby zawód nauczyciela był wpisany w gospodarkę rynkową.”
    Problem w tym, że nie jest. Jest wpisany w autorytaryzm i etatyzm, I dlatego – nie będąc nauczycielem – trudno go lubić i cenić. Zwłaszcza po przeżyciu doświadczenia komunizmu. I trudno życzyć mu dobrze.

    „Dopiero wtedy można byłoby liczyć, czy jego utrzymanie jest opłacalne, w ogóle potrzebne”
    Nawet przy założeniu autorytarno-etatystycznej perspektywy, Fryderyk Wilhelm, przedwojenna Polska i PRL osiągałe nie gorsze skutki, niż dziś (a pod wieloma lepsze) przy dużo niższym zatrudnieniu siły belferskiej i dużo niższym, stawianym jej wymaganiom (bo trudno porównywać płace w skali kilkudziesięciu czy dwustu lat), tudzież przy pensum wystarczającym na to, żeby jeden belfer prowadził całą wiejską szkółkę.

    Nie oponuję strajkowi – raczej opisuję, jaki skutek odniesie. Może da podwyżkę, może nie. Ale przy okazji utwierdzi resztę społeczeństwa w przekonaniu, że jego celem nie była zmiana systemu, uwierającego zarówno rodziców, jak i nauczycieli, a wyłącznie danie nauczycielom więcej pieniędzy z rodzicielskiej kieszeni w ramach tego samego systemu.

    Państwo (państwa?) zechciało z rynku wyjąć pewien aspekt. Prawda. Ta sama, która w końcu doprowodziła Scargilla gdzie jego miejsce, gdy brytyjskie społeczeństwo w końcu uznało, że dłużej walijskich górników nie ma zamiaru finansować, a górnictwo było domeną państwową w całej Europie.
    Toutes proportions gardées, Zalewskiej mila do Thatcher, ale Broniarz nad Scargilla nie wystaje ani trochę.
    To, że państwo (państwa) topią miliardy w jakiejś bzdurze nie jest powodem, żebym się godził na utopienie kolejnych.
    I, oczywiście, będę wybiarał jako przedstawicieli tych, którzy będą ciąć wydatki na oświatę, a nie rozdymać je. Między innymi dlatego nie zagłosuję więcej na PO – że z jednej strony podniosło podatki, z drugiej dorzuciło szkolnictwu. Z przerażeniem tylko zauważam, że PiS jest jedyną partią gotową do zahamowania wyrzucania pieniędzy w to błoto. Zaleta, jaka jeszcze nie wygrywa z przerażającymi wadami.

    „Niechcący” nie są jednolitą masą! Są wśród nich zarówno nastawieni liberalnie, po prostu wkurzeni podnoszeniem im podatków i cięciem wydatków na naprawę dziur w drogach, jak i ci, co chcą socjalizmu z ludzką twarzą. Gdyby byli jednolici, to już dawno szkolnictwo zostałoby przycięte kilkukrotnie, jak polskie górnictwo jest już tylko cieniem tego z czasów Gierka.

    „Albo godzimy się, że oświata ma jakąś wartość niewycenialną i do niej dokładamy (jak do każdej takiej branży, którą chcemy łatwo kontrolować), albo sprzedajemy jej akcje i czekamy na ustabilizowanie ich notowań”
    Liczę na jak najszybszą sprzedaż! I wcale się nie godzę z wartością niewycenialną.

    Zachowania nierzetelne są, oczywiście, obecne nie tylko w sferze budżetowej. Również w np. Kościele Katolickim. Natomiast są sporadyczne w działach rynkowych. Przypomnijmy sobie czasy PRL i porównajmy jakikolwiek sprywatyzowany zawód dzisiejszy z jego odpowiednikiem z lat 1970′. Szkolnictwo nadal w tym PRL tkwi na całego.

    „„Wkurzeni są groźbą, że ich dziecko nie dostanie kwitka.” – Wiesz, że jest na to jedyne lekarstwo. Nazywa się edukacja domowa i samokształcenie.”
    Nie! Od wystawiania kwitków są urzędy, a nie rodzice! I to o urzędowy kwitek tu chodzi. A Broniarz zapowiedział, że elementem strajku będzie doprowadzenia do niedokonania promocji szkolnej. Rodzice mogą sami uczyć, ale, tak długo, jak państwowy kwitek jest wymagany, to jest i rodzice go nie wystawią.

    skuteczniejsze nianie z Ghany
    intuicja mi podpowiada, że rzecz nie tyle jest w czasie spędzanym z dzieckiem, co w wolności od podstaw programowych i w nastawieniu rodziców, takie nianie wynajmujących.
    O dziwo, te znajome dzieci nie nabrały murzyńskiego akcentu, tylko lepszy, niż mój.

    11 stopni służbowych.
    Niech już minister się martwi, jak je nazwać! Z braku lepszego pomysłu zawsze zostaje carskie uszeregowanie od rejestratora kolegialnego do rzeczywistego tajnego radcy stanu. Czyn też miał kilkanaście stopni… I nauczyciele państwowi w Rosji awansowali chyba w kilku niższych stopniach czynu…

    „Wątpię również, czy ktokolwiek chciałby ten „awans” finansować.”
    Tak długo, jak sumaryczna kwota na to wydawana się nie zmieni, to mi wszystko jedno, czy pensja dla pracowników państwowych jest równa dla wszystkich, czy w 11 szczebelkach. A – jak widać – spłaszczenie jej jest dla nich frustrujące. To niech mają te 11 szczebelków, na zdrowie!

    „szkolnictwo jest absolutnie dominujące w sferze budżetowej” – A na czyje życzenie?”
    Jako zaszłość historyczna i na życzenie kolejnych ekip, które wobec ZNP były równie ugodowe, co wobec rolników, którym nikt KRUS-u nie odbierze.
    Niezależnie na czyje to życzenie, to jest to dominująca część sfery buzðetowej. I nawet drobne zwiększenie wydatków na nią doprowadzi do bankructwa biedniejsze gminy.
    Pamiętaj o Grecji i do czego w skali ogólnopaństwowej doprowadził przerost sfery budżetowej i uległosć wobec niej!

    Polubienie

    1. „„Niechcący” nie są jednolitą masą! Są wśród nich zarówno nastawieni liberalnie, po prostu wkurzeni podnoszeniem im podatków i cięciem wydatków na naprawę dziur w drogach, jak i ci, co chcą socjalizmu z ludzką twarzą.” – Nie ma znaczenia, ilu jest tych pierwszych, bo zawsze było ich za mało, by liberalne podejście miało głos decydujący. Wobec powyższego, to nie nauczycielski autorytaryzm i etatyzm ludzi uwiera, ale obawa o uszczuplenie ich własnego! I to właśnie chciałem pokazać w tekście głównym, nie wymachując liberalnym sztandarem, który obecnie można sobie w buty włożyć.

      „[…] tudzież przy pensum wystarczającym na to, żeby jeden belfer prowadził całą wiejską szkółkę.” – Od tego czasu mnóstwo się zmieniło, jeden gówniany paradygmat zastąpił inny, zmieniły się wymagania i oczekiwania, (nieważne słuszne, czy nie), zmienił się podmiot, ilość przedmiotów, doszły zajęcia pozalekcyjne, fakultatywne, dzielenie/łączenie grup – porównujesz nieporównywalne.

      „Ale przy okazji utwierdzi resztę społeczeństwa w przekonaniu, że jego celem nie była zmiana systemu, uwierającego zarówno rodziców, jak i nauczycieli, a wyłącznie danie nauczycielom więcej pieniędzy z rodzicielskiej kieszeni” – Sugerowałem, że to powinien być jedynie warunek wstępny. Jakichkolwiek rozmów nie powinny jednak prowadzić strony, z których jedna z założenia traktowana jest jak naiwny przygłup. Strona ta nie jest bez winy – wiele razy już dziwiłem się tu bierności środowiska wobec deformy. Zauważyłeś może te wszystkie „obudzone koperniki” jak bardzo walczą o lepsze jutro szkoły? Strajk powinien z całą mocą wybuchnąć co najmniej dwa lata temu: Gdzie byli wtedy wszyscy oburzeni, związki itp, itd? Nie wiedzieli, co się święci? Z kolei, rodzice bidulki, nieświadome niczego, zaskoczone są teraz swoimi własnymi wyborami. I tak było zawsze, przyczyny tego stanu rzeczy wymieniłem. Jak się tańczy z populizmem na trzecich drogach, to trzeba się liczyć ze skutkami.

      „Liczę na jak najszybszą sprzedaż! I wcale się nie godzę z wartością niewycenialną.” – Żadnej sprzedaży nie będzie. Po pierwsze nikt nie chce kupić. Po drugie sprzedać też nie, bo oświata państwowa to trzymanie ludzi za wędzidło i kontrola nad przekazem, ustępująca jedynie TVPropaganda.

      „Od wystawiania kwitków są urzędy, a nie rodzice! I to o urzędowy kwitek tu chodzi.” – Strajkują nauczyciele, a nie urzędy, a o cenzurki bym się nie martwił. Po latach 80-tych, nie pamiętam strajku, który trwałby tak długo. Poza tym, czyż idea strajku nie polega na jego upierdliwości? Wcale nie żal mi ludzi, którzy sami zafundowali sobie podwójny rocznik, dojazdy przez całe miasto i płacenie za cały ten dezoorganizacyjny burdel. I wierz mi, wśród nauczycieli nie ma wielu ludzi, którzy nie dbają o swoich uczniów.

      „To niech mają te 11 szczebelków, na zdrowie!” – Mnie bardziej chodziło o to, co będzie się kryć za tymi szczebelkami, bo nawet na trzy nie bardzo jest, co znaleźć.

      „Pamiętaj o Grecji i do czego w skali ogólnopaństwowej doprowadził przerost sfery budżetowej i uległosć wobec niej!” – Mnie tego tłumaczyć nie musisz, ja chętnie popracuję 5-6 godzin dziennie przy tablicy i parę więcej, jeśli nie będę musiał używać głosu. Wytłumacz to mojej koleżance, która wypruwając sobie flaki, nie ma za co utrzymać siebie i dziecka, bo tak się składa, że żyć musi tylko i wyłącznie ze swojego dyplomowania.

      Polubienie

  3. Nie liberalni, ale po prostu dbający o swoją kieszeń. I – w przeciwieństwie do nauczycieli – niewielka tylko część żyje w systemie autorytarno-etatystycznym, a znaczna większość jednak jest nastawiona rynkowo i do etatyzmu ma wstręt. Natomiast ludzie chcą, by:
    1. państwo naprawiało dziury w jezdniach, a nie oszczędzało na asfalcie, by zamiast za asfalt zapłacić nauczycielom;
    2. nie podnosiło podatków;
    3. nie dopuszczało do kolejnych kłopotów w rodzaju konieczności znalezienia opieki dla dziecka w czasie, gdy wkurzający nauczyciele będą strajkować w jego szkole.

    Porównuję porównywalne. Jeśli państwo zmieniło wymagania (przy wielkim wsparciu ZNP), wprowadziło takie czy inne zajęcia dodatkowe, nauczycieli na stanowiskach pedagogów itp, a nie uczących, to jego sprawa. Liczy się efekt. Kiedyś dziećmi zajmował się jeden belfer, dziś musi być kilka osób. W dodatku protestujących przeciwko temu, żeby zamiast nich zatrudnić jednego kierowcę gimbusa, bo oni mają „misję” w wiejskiej szkółce. A dziś dzieci nie umieją po czterech latach więcej, niż po czteroklasówce Fryderyka Wilhelma. Może nawet mniej.

    „Żadnej sprzedaży nie będzie.”
    Tu się zgodzę z przewidywaniami… Co nie znaczy jednak, żebym miał choć cień sympatii do tych, którzy chory system chcą utrzymywać w niezmienionej formie, a wyłącznie wyszarpać dla siebie trochę więcej pieniędzy – z mojej kieszeni.

    „czyż idea strajku nie polega na jego upierdliwości?”
    Poniekąd tak, choć zawsze trzeba dodać, dla kogo taki strajk jest (czy ma być) upierdliwy i przeciwko komu jest wymierzony. Widzę, że ZNP robi co może, żeby skonfliktować się z resztą społeczeństwa, a nie tylko z władzą. Poniekąd mnie to cieszy, bo to najlepsza droga do ograniczenia wyrzucania publicznych pieniędzy w błoto. Nauczycielstwo konfliktuje się skutecznie – jak Scargill, który szybko doprowadził do tego, że niemal nikt nie współczuł i nie lubił walijskich górników, ale większość społeczeństwa kibicowała Margaret Thatcher w ukręceniu łba ich związkom.

    „Mnie bardziej chodziło o to, co będzie się kryć za tymi szczebelkami, bo nawet na trzy nie bardzo jest, co znaleźć.”
    Nic się nie musi kryć. Jedna _, * albo V na ramieniu mniej albo więcej, kolejność, który z nauczycieli ma któremu salutować pierwszy, który będzie mianowany liderem kilkorga innych, dumnie brzmiący tytuł i groszowa różnica w pensji. Do kompletu jeszcze miejsca parkingowe bliżej drzwi do szkoły dla tych na wyższych szczebelkach. I wymóg, by do zostania dyrektorem szkoły trzeba być na co najmniej 9. szczebelku. Jeśli ten na najwyższym 11. szczebelku ma zarabiać 3 razy więcej od tego na pierwszym, to podwyżka powinna być o czynnik pierwiastek 10. stopnia z 3 – niecałe 12% za każdym awansem.

    „Wytłumacz to mojej koleżance, która wypruwając sobie flaki, nie ma za co utrzymać siebie i dziecka.”
    Niech nie wypruwa! Po co to robi? A w Biedronce, gdzie zarabia się lepiej i praca ponoć lekka i niewymagająca (nie trzeba mieć magisterium z pedagogiki ani niczego sobie wypruwać) są czekające wakaty. Pensja starczy na utrzymanie jej i dziecka. Niech sama zarobi w Biedronce, a nie domaga się, by ją utrzymywać z kieszeni kasjerek z Biedronki płacących podatki.

    Polubienie

  4. Muszę więc wrócić do aksjologii… Dlaczego ci wszyscy dbający o swoją kieszeń, niskie podatki i nienawidzący etatyzmu obywatele, od ćwierćwiecza nie zdołali uporać się z tymi tak ich podobno uwierającymi przypadłościami? Nie dlatego przypadkiem, że wszyscy chcą zmieścić się na trzeciej drodze? Jeszcze nie pogodziłeś się jak widzę (ja też nie ;)) z podejrzeniem, że należysz ze swoimi przekonaniami do bardzo niszowej mniejszości, dla której tego czasu byłoby aż nadto. Dlaczego wymagasz od 700 tys. ludzi by okazali się dojrzalsi od reszty? To mało prawdopodobne. I dlaczego akurat ta grupa zawodowa ma dostąpić zaszczytu tej wyjątkowości?

    „Kiedyś dziećmi zajmował się jeden belfer, dziś musi być kilka osób.” – I myślisz, że nauczyciele o tym decydują? Przecież to jest właśnie problem „świetlicy” i paradygmatu, nad którymi dyskutowaliśmy wielokrotnie. To modna (i urynkowiona już) histeria „twoich” świadomych obywateli do tego doprowadza.

    „dla kogo taki strajk jest (czy ma być) upierdliwy i przeciwko komu jest wymierzony.” – Czy jakiekolwiek strajkujące grupy zawodowe się nad tym zastanawiają? Nikt tu nie celuje, tylko strzela na oślep. Strajk ma być zauważony i efektywny. Cały czas traktujesz to wydarzenie jako diametralnie różne od innych tego samego typu. No cóż, jest to wynik stosunkowej potulności, rozmemłania i braku jedności kastowej belferstwa, o którą jest ono często, choć zupełnie bez sensu, posądzane.

    „dumnie brzmiący tytuł i groszowa różnica w pensji. Do kompletu jeszcze miejsca parkingowe bliżej drzwi do szkoły dla tych na wyższych szczebelkach.” – Może cię to bawi, ale ludzie trzy lata muszą wykonywać często bezsensowne czynności by uzbierać papierki, które przełożą się potem na jakieś 200 zł. I przeciw temu właśnie protestują.

    „Niech nie wypruwa! Po co to robi?” – No i to jest właśnie czysta demagogia. Czy wszyscy ludzie naprawdę w pełni świadomie wybierają sobie zawody i robią to zakładając, że będą musieli je zamienić na pracę na kasie? Dlaczego? Bo zawsze chciała? Bo to lubi? Bo jest w tym dobra? Bo podobno takich nauczycieli ludzie potrzebują? Bo wreszcie, po dwudziestu latach pracy, nie bardzo ma gdzie się zatrudnić, by korzystać ze swoich kompetencji? Wszystkie te drobiazgi mogłyby być uznane za socjalistyczną mowę trawę pod jednym warunkiem – oświata byłaby podmiotem rynkowym. Nie jest i prawdopodobnie nigdy nie będzie.

    Nie cieszy mnie ten strajk. Uważam jednak, że ma pełne usprawiedliwienie z jednego podstawowego powodu, który już przedstawiłem: Państwo, które decyduje się na trzymanie łapy na jakimkolwiek aspekcie ludzkiego życia jest za niego odpowiedzialne. To państwo nie jest oczywiście pisowskim abstraktem – ludzie je tworzący muszą rozumieć, że jest takim, jakim je stanowią. Jeśli im się nie podoba, niech je sobie zmienią (mam nadzieję, że brzmi to równie demagogicznie, jak namawianie nauczycieli do pracy w Biedronce.

    Polubienie

  5. „Dlaczego ci wszyscy dbający o swoją kieszeń, niskie podatki i nienawidzący etatyzmu obywatele, od ćwierćwiecza nie zdołali uporać się z tymi tak ich podobno uwierającymi przypadłościami?”
    Z tych samych przyczyn, dla których spowodowanie, żeby fabryki stały się prywatne i by pozbyć się absurdów gospodarki planowej, zajęło im poprzednio 45 lat. I trzeba było, żeby cukier zniknął ze sklepów, a kiełbasa podrożała, żeby przeciwko etatystycznej opresji wystąpili. Ludzie rzadko buntują się przeciwko sytuacji zła stabilnego – ich reakcję wywołuje dopiero zwiększanie im obciążeń. Albo ich złagodzenie, ale tylko częściowe.

    Nie wymagam od nauczycieli niczego! Przyglądam im się z boku okiem entomologa, który też od komarów nie wymaga niczego. Za wyjątkiem tych, które akurat gryzą go w policzek – od nich też niczego nie wymaga, ale jest pełen niechęci i morderczych chęci wobec nich.
    Stwierdzam tylko, że ta chmara ludzi zaczęłą zachowywać się jak komary, a nie jak biedronki – najczęściej budzące sympatię.

    „dziś musi być kilka osób.” – I myślisz, że nauczyciele o tym decydują?”
    Oczywiście, że nie! Nauczyciele tylko w tym sensie, że dobrowolnie pracują w chorym systemie, afirmują go, a ZNP zawsze robiło co mogło, by to władza zwiększała zatrudnienie w grupie nauczycieli, redukowała ich pensum, dokładała im najdziwniejszych obowiązków, nie związanych z dydaktyką i podnosiła im zarobki. Jest to tylko ilustracja skrajnej nieefektywności systemu, dużo niższej, niż kilkadziesiąt czy sto lat temu. Systemu, którego pracownicy domagają się jeszcze większych pieniędzy za tak niewydajną pracę. Choć (wierzę) ciężką i niewdzięczną. Temi ręcami odwalają kawał ciężkiej, solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty. To niech przestaną się przemęczać, albo przynajmniej nie domagają jeszcze więcej pieniędzy z mojej kieszeni.

    „przeciwko komu jest wymierzony. – Czy jakiekolwiek strajkujące grupy zawodowe się nad tym zastanawiają?”
    Nawet niedawno strajkująca policja uznała, że właściwą formą będzie powstrzymanie się od wypisywania mandatów za przekroczenie prędkości, coś dokładnie przeciwnego, niż bycie upierdliwym wobec kierowców. Policja zyskała sobie tym sporo sympatii społecznej.
    Gdy w 1980 roku wybuchła fala strajków, to pre-Solidarność jakoś uważała na to, żeby nie były uciążliwe dla społeczeństwa, a wyłącznie wymierzone w komunistyczny przemysł. Ale ani szkoły, ani komunikacja publiczna, ani elektrownie jednak nie strajkowały.
    Prawo do strajku jest reliktem XIX-wiecznych konfliktów między wielkoprzemysłową klasą robotniczą i pracodawcami tego przemysłu. Nigdy nie było wymierzane w resztę społeczeństwa. Strajk przeciwko społeczeństwu jest patologią resztek etatyzmu w postkomunistycznym społeczeństwie. Nawet w czasach Solidarności nawet górnikom nie przychodziło do głowy by palić opony na ulicy w Warszawie – jeśli strajkowali, to w swoich kopalniach. Nawet w największej anarchii 1976 podpalono komitet PZPR, a nie jakiś obiekt będący przydatny ludziom, a wagony przyspawano to torów nie na pasażerskiej trasie, tylko do fabryk.

    „Może cię to bawi, ale ludzie trzy lata muszą wykonywać często bezsensowne czynności by uzbierać papierki, które przełożą się potem na jakieś 200 zł. I przeciw temu właśnie protestują.”
    Z wypowiedzi Broniarza i wielu innych nie protestują przeciwko biurokracji, tylko przeciwko niskim zarokom. Nie zbieranie papierków ich drażni, tylko brak tych 200zł.
    Bawi? Raczej mam tu Schadenfreude – sami sobie z pełną świadomością i z własnej woli wybrali pracę w zbiurokratyzowanej, sformalizowanej, państwowej instytucji, no to mają, z czym się godzili od samego początku.
    Uwaga tylko jedna – nie MUSZĄ zbierać tych papierków, by dostać 200 zł, tylko MOGĄ pójść do pracy w Biedronce, dostać na start ponad 200zł więcej i papierki zbierać tylko wtedy, gdy jakiś klient rzuci je na podłogę.

    „Czy wszyscy ludzie naprawdę w pełni świadomie wybierają sobie zawody i robią to zakładając, że będą musieli je zamienić na pracę na kasie?”
    Oczywiście, że nie. Jednak przesłaniem obecnych czasów jest to, że przeciętny człowiek zmienia zawód co najmniej trzykrotnie w ciągu swojej kariery. W inteligenckich zawodach liczba diametralnych zmian treści pracy (nie tylko pracodawcy) jest jeszcze większa. Siedzenie na kasie w Biedronce nie jest jedyną alternatywą. Jest wiele opcji aktualnie otwartych. Co nie znaczy, że za 10 lat będą nadal otwarte i nie trzeba będzie rozglądać się za kolejną zmianą. Nauczyciele, kurczowo się trzymający szkoły, już w pełni świadomie opierają się trendowi, dotykającego całe niemal społeczeństwo. Wypieranie myśli o konieczności zmiany jest już – powiedzmy delikatnie – niedojrzałością i anachronizmem.
    Jeśli koleżanka robi to co chciała i lubi (wypruwanie sobie flaków) to tylko jej gratulować tak nietypowego upodobania. Czego jej współczuć? Raczej zazdrościć. Współczuć, że inni nie chcą jej płacić za jej hobby? Ona też raczej nie jest chętna do finansowania hobbies innych.

    Rzecz nie jest w usprawiedliwianiu czy potępianiu. To jak z komarami: nie potępiamy ich, nawet w pełni usprawiedliwiamy – taka jest ich najgłębsza natura i biologiczny przymus. Jednak od władz miejskich oczekujemy rozpylenia insektycydów, a nie hołubienia ich. Różnica pomiędzy komarem a górnikiem czy nauczycielem jest taka (bardziej tragiczna jest sytuacja komara), że komar nie może swoją decyzją stać się biedronką, a nauczyciel może się do Biedronki przenieść.

    Działania takie, jak ten strajk nauczycielski, prowadzą do tego, by społeczeństwo zmieniło swoje państwo. Tyle, że prowadzą do antagonizacji i przekształcenia tego państwa we wzajemne wyszarpywanie sobie ochłapów przez każdego z każdym. Dlatego życzę społeczeństwu, by zmiana w sprawie nauczycieli nastąpiła taka sama, jak w sprawie walijskich górników.

    Polubienie

    1. Zaczynamy się powtarzać. Już w pierwszej odpowiedzi zgodziłem się ze wszystkimi twoimi zastrzeżeniami, bo tak jak ty (a pewnie nawet bardziej) doświadczam systemowej bzdury. Na temat rozdawnictwa i jego „cudownej” natury sam już tu kiedyś pisałem.

      Tak, wiem, że strajk to relikt walki klasowej. I oczywiście zgodzę się, że teraz bardziej, niż kiedyś, może dotknąć osób postronnych (choć nie jest to intencjonalne). Problem w tym, że owa postronność jest pozorna. Jako zakładnik państwa, nauczyciel nie ma gdzie i jak wyrazić swojego protestu, ponieważ bezpośredni pracodawca go ignoruje (bo może – dużo łatwiej mu wykorzystać go jako kozła ofiarnego). Tak, jak ty ignorujesz fakt, że oświata jest i pozostanie w zdecydowanej większości państwowa, czy nam się to podoba, czy nie, a nauczyciele mają tu guzik do powiedzenia, choćby nawet wszyscy byli zwolennikami etatyzmu, jak nie są. Jeśli niezadowolenie społeczne jest rzeczywiście tak duże (osobiście wątpię, bo kiełbasy nie brakuje i obstawiam tu raczej resentyment innego pochodzenia), to pełnym prawem tego społeczeństwa jest odwołanie się do demokratycznie wybranej władzy, by coś z tym zrobiła. Jak widać, wybór dokonany ponad trzy lata temu nie tylko nie rozwiązał problemów starych, ale wyprodukował dziesiątki następnych. Nikt nie broni wybrać lepiej. Podkreślę jeszcze raz: Nie można być właścicielem i jednocześnie uniknąć odpowiedzialności za własność. Chcesz zbyć odpowiedzialność (np. za poronione wymagania pracowników), sprzedaj stragan, pozbądź się problemu, niech się martwi ktoś inny. Wszyscy „pokrzywdzeni” niech się dobrze zastanowią, dlaczego ten problem mają. Jak się chce otrzymywać (i utrzymywać) oświatę „darmową”, to niestety trzeba za nią płacić inaczej: korepetycjami i upierdliwością strajków nauczycieli.

      Trzeba również przyjąć do wiadomości, że nauczyciele nie są żadną wyjątkową grupą, nie są ani en mass mądrzejsi, dojrzalsi, czy mniej konsumpcyjnie nastawieni, niż pozostali wyborcy. Dlaczego to oni właśnie mają nie tylko rezygnować z niszy zawodowej wyprowadzonej „poza rynek”, porzucać zdobyte (nieważne jakie) wykształcenie, ale także gremialnie zwalniać się z pracy (byłoby to bezprecedensowe wydarzenie, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w historii jakaś grupa zawodowa uznała, że jest zbędna)? To nie są zduni. Jeśli to tylko złudzenie, to znowu odsyłam do urn wyborczych.

      Powiem więcej, choć daleko mi do komfortu entomologa obserwującego komary i zdaję sobie sprawę, że część ewentualnej podwyżki, którą złożę w prawej kieszeni, pochodzi z kieszeni lewej tych samych spodni, serdecznie kibicuję wszystkim roszczeniom wobec obecnego dysponenta. Sam ich spiralę nakręca. Liczę, że zdołam go przetrzymać. Problemem dla mnie większym, który również poruszam w tekście głównym, to niemożliwość „przetrzymania” suwerena dysponenta, którego ponad 60% nadal uważa, że wszystkie plus bonusy otrzymuje „z pieniędzy rządowych”. To te same ponad 60%, które ponoć chce, by „państwo naprawiało dziury w jezdniach, a nie oszczędzało na asfalcie, by zamiast za asfalt zapłacić nauczycielom”. Oni po prostu uważają, że nauczyciele nie są im potrzebni. Ich święte prawo, ale niech to wniosą do parlamentu, a ten niech to przegłosuje, jeśli nie chce oświaty traktować jako swojej agendy. Dopóki to nie nastąpi, obowiązkiem tego państwa jest utrzymywać nauczycieli i podobne im grupy zawodowe w stanie względnego zadowolenia (nawet jeśli chodzi o hobbies i ochłapy) i znosić cierpliwie ich protesty, jeśli nie potrafi z nimi rozmawiać. To samo dotyczy „budowania potęgi na węglu”.

      Polubienie

  6. „[strajk] bardziej, niż kiedyś, może dotknąć osób postronnych (choć nie jest to intencjonalne). Jako zakładnik państwa, nauczyciel nie ma gdzie i jak wyrazić swojego protestu, ponieważ bezpośredni pracodawca go ignoruje.”
    Primo: może trzasnąć drzwiami i przenieść się do Biedronki, zostać taksówkarzem albo kelnerem. Nie jest żadnym zakładnikiem państwa, bo żadnemu przymusowi nie podlega, tylko najwyżej jest zakładnikiem własnego lęku przed zmianą zawodu. Lęku, utrudniającego taką decyzję niemal wszystkich innym, którzy ze swojej pracy są niezadowoleni, ale nie mają pomysłu na inną.
    Secundo: jego zmartwienie, gdzie swój protest wyrażać. Po to jest „wykształconym inteligentem”, by to wiedzieć. Powinien być bardziej pomysłowy od policjanta, odmawiającego wypisywania mandatów, zamiast być wrednym wobec zwykłych ludzi. Ale cóż! Nie może! Władza go ignoruje nawet, gdy tak, jak policjant bierze fałszywe zwolnienia lekarskie. Musi więc przyłożyć komuś innemu, pierwszemu z brzegu, kto się nawinie. Oczywiście, najprościej nie zastanawiać się nad tym komu, tylko dać w mordę przechodniowi. W końcu jest się sfrustrowanym, więc usprawiedliwionym!
    Nie oceniam tego w indywidualnej Twojej ani niczyjej innej sprawie. Zauważam tylko, że nauczycielstwo przyjęło skrajnie przeciwskuteczną taktykę, antagonizującą je z resztą społeczeństwa i stawiając tę resztę na pozycji swoich wrogów, a nie życzliwych, czy choćby obojętnych obserwatorów. Komary naprawdę tłucze się bez wyrzutów sumienia.

    „oświata jest i pozostanie w zdecydowanej większości państwowa”
    Nie bądź tego taki pewien. W wielu krajach (od Szwecji i Belgii zaczynając) przechodzi powolną prywatyzację, taką jak służba zdrowia w Polsce – finansowana i nadzorowana programowo jest przez państwo, ale szkoły są równie prywatne, co prywatne są osiedlowe przychodnie, choć opłacane przez NFZ. We Flandrii to już jest 80% szkół, w dużych szwedzkich miastach znacznie powyżej połowy.

    „prawem tego społeczeństwa jest odwołanie się do demokratycznie wybranej władzy, by coś z tym zrobiła”
    – robi to. Dając jasny sygnał, że mało kto palcem kiwnie w obronie nauczycieli. Albo – tak ja ja – otwarcie mówiąc, że jeśli PiS rozpędzi ZNP i inną związkokrację na cztery wiatry, to na niego zagłosuję w następnych wyborach, choć ideologicznie mi z nim ani trochę nie po drodze.

    „Trzeba również przyjąć do wiadomości, że nauczyciele nie są żadną wyjątkową grupą, nie są ani en mass mądrzejsi, dojrzalsi, czy mniej konsumpcyjnie nastawieni, niż pozostali wyborcy.”
    Tak! są na poziomie Samoobrony Leppera! Niech więc choć przestaną się obnosić z pretensjami do inteligenckiego etosu i wyjątkowości. I niech przestaną głosić, że w ich kagankach jest więcej światła, niż w ognisku wieśniaka.

    „Dlaczego to oni właśnie mają nie tylko rezygnować z niszy zawodowej wyprowadzonej „poza rynek”, porzucać zdobyte (nieważne jakie) wykształcenie, ale także gremialnie zwalniać się z pracy” ”
    Z tych samych przyczyn, dla których oczekujemy tego samego od górników, hutników, kolejarzy i maszynistek. Pamiętasz jeszcze, czym były maszynistki? Taka już nie istniejąca nisza zawodowa – panie, przepisujące teksty na maszynie.
    Biedne maszynistki też musiały porzucić swoje wykształcenie i lata praktyki (wbrew pozorom nie takie proste).
    Pewna część zdunów się skutecznie przekwalifikowała tylko trochę – na wykonawców domowych kominków.

    Polubienie

    1. „(Nauczyciel) może trzasnąć drzwiami i przenieść się do Biedronki, zostać taksówkarzem albo kelnerem.” – Oczywiście, że może. I wielu tak czyni. Pytanie brzmi, dlaczego miałaby to zrobić jakaś znacząca ich większość, skoro (być może niemądrze) zainwestowała w swój zawód czas, wysiłek i środki? Bo tak się dzieje w gospodarce rynkowej? Dlaczego mieliby kierować się takimi zasadami, skoro państwo stawia ich poza nimi? Żeby zrobić ci przyjemność i być awangardą myśli liberalnej na nigdzie niespotykaną skalę? Powtarzam, jeśli państwo, niebędące dyktaturą, chętnie bierze w posiadanie jakąś gałąź gospodarki lub aspekt życia społecznego i ustanawia w nich zasady inne niż rynkowo-liberalne, to ponosi za nie całkowitą odpowiedzialność na zasadach przyjętych w umowie. Jeśli chce te zasady renegocjować, nie powinno to dziać się na zasadzie dekretu lub totalnego lekceważenia. Przypomnij mi, kiedy to ostatnio miał miejsce jakiś dotkliwy społecznie protest nauczycieli? No i chyba nie będziesz mnie przekonywał, że te rozwleczone na lata „podwyżki”, niebędące w praktyce niczym innym niż rewaloryzacją lub nawet nie, mają stać się dowodem roszczeniowości tej grupy? Nie, one właśnie po to są tak zaplanowane, by dać pozór, że w tej oświacie cały czas strajk i bałagan, i że ci nauczyciele ciągle czegoś chcą i stale im mało. Kwestia niegospodarności dysponenta nie jest w ogóle dyskutowana – to nauczyciele są winni, że jest ich tak dużo i że mimo opinii durnowatych, niedouczonych i ofermowatych, ośmielają się w ogóle upominać o jakieś pieniądze. Niepojęte. Jeśli naród uważa, że np. nauczycieli może być o połowę mniej, niech sobie wybierze taką obsadę MEN, która mu zagwarantuje 50-osobowe klasy i lekcje w systemie zmianowym. I niech przestanie jęczeć o braku indywidualnego podejścia. Taka obsada z pewnością nie będzie dokarmiać związków zawodowych, ani tych wrogich, ani tych oswojonych. O propozycjach sensownych nie wspomnę, bo trzeba by najpierw mieć jakiś pomysł na zmianę, oprócz tego, że ona ma być „dobra”. Istotą konfliktu jest to, że dysponent nie ma żadnej koncepcji, oprócz ogłaszania sukcesu czyimś kosztem.

      „… jego zmartwienie, gdzie swój protest wyrażać.” – Przecież strajk nie jest pierwszą formą protestu, która została zastosowana! I wcale nie od żądań płacowych się zaczęło. Musiały być bardzo dotkliwe, skoro ich nawet nie zauważyłeś. Pewnie lepiej byłoby ten strajk organizować w weekendy, albo w ogóle w wakacje.

      „… najprościej nie zastanawiać się nad tym komu, tylko dać w mordę przechodniowi. W końcu jest się sfrustrowanym, więc usprawiedliwionym!” – Grubo przesadzasz i demonizujesz. Taka atmosfera jest skutecznie podsycana przez niczego nikomu niewinnego dysponenta. A swoją drogą, ciekawy jestem twojego pomysłu na bezbolesny społecznie i efektywny protest, bo np. strajk włoski byłby w moim przekonaniu dużo bardziej uciążliwy.

      „(Społeczeństwo) robi to. Dając jasny sygnał, że mało kto palcem kiwnie w obronie nauczycieli.” – Eee tam. To jedynie efekt umiejętnie podsycanego resentymentu i kompleksów suwerena oraz skutecznie antagonizującej polityki „wybrańców”, dla których wygodne jest robienie z nauczyciela urzędasa i podkreślanie stosunku podległości wobec niego. To czysty odruch, jak zwykle zaadresowany nie tu, gdzie trzeba.

      „I niech przestaną głosić, że w ich kagankach jest więcej światła, niż w ognisku wieśniaka.” – To oczywiście rzecz względna i generalizowanie jest tu takim samym przejawem populizmu, jak całe to „wstawanie z kolan” i udawanie, że ten „wieśniak” więcej światła potrzebuje. Gdyby to odkręcić, mogłoby się okazać, że i przerost zatrudnienia jest łatwy do ogarnięcia.

      „Z tych samych przyczyn, dla których oczekujemy tego samego od górników, hutników, kolejarzy i maszynistek.” – Kto oczekuje? Przecież wcale niekoniecznie ci sami, którzy gardłują o 18-godzinnym tygodniu pracy nauczyciela! Znowu zapominasz, że nawet jeśli wymienionym zdarza się jeszcze pracować dla państwowych mamutów, to podlegają oni presji sektora rynkowego. Póki co, w oświacie nic takiego nie istnieje – choć w szkołach prywatnych sytuacja wydaje się zdrowsza, to one w zasadzie kierują się barometrem MEN, zamiast same nim być dla oświaty publicznej. Poza tym, nie bardzo widzę analogię – maszynistki „przesiadły” się na klawiatury komputerów i nie zajmują się co prawda kopiowaniem, a wprowadzaniem danych, ale charakter ich pracy niewiele się zmienił. Ja np. też mogę pracować online i zdarza mi się to robić. Narzędzia się zmieniają, zawody ewoluują i coraz częściej znikają. Jakoś nie wydaje mi się bym pracował w jednym z tych ostatnich, chyba, że mi coś umknęło. Owszem dostrzegam jego biurokratyzację i cały balast związany z jego upaństwowieniem, popyt na tę pracę może być sztucznie kreowany, ale nie sądzę, by w dużym stopniu. Problemem jest raczej zagospodarowanie dostępnych środków, mimo popytu. Ale to już osobny problem.

      Polubienie

  7. Mogę tylko powtórzyć, że nie ma żadnego znaczenia, kto za nieefektywność i niegospodarność ponosi winę. Nie w winie, zasługach, etc. rzecz, tylko w tym, że usługa, jaką obywatel dostaje jest nic nie warta, za to pracownicy systemu domagają się jeszcze więcej pieniędzy z jego kieszeni, niż w to błoto jest wrzucane dotąd, w dodatku jako taktykę przyjmując bycie upierdliwymi wobec niego. I nie o bycie awangardą liberalizmu chodzi, tylko o nie bycie ariergardą real-socu.
    Niestety doświadczenie uczy, że ze związkami nie da się renegocjować żadnych niepisanych umów. Jedyne, co można zrobić z roszczeniami związków górników, to zamknąć państwowe kopalnie. Albo je sprzedać, żeby nowy właściciel zwolnił połowę ludzi i niezależnie od efektu, żeby to on, a nie podatnicy, dokładał do ich ciężkiej i bohaterskiej pracy.
    Jeśli jakiś rząd w końcu zdobędzie się na osuszenie przynajmniej części tego błota do wrzucania w nie pieniędzy, a przynajmniej nie zgodzi się na jego powiększanie, to mu przyklasnę, choćby był tak obrzydliwy, jak PiS. Liberalne z deklaracji rządy jakoś się na to nigdy nie zdobyły, a wprost przeciwnie – systematycznie powiększały tę błotnistą dziurę.

    „Jeśli chce te zasady renegocjować, nie powinno to dziać się na zasadzie dekretu”
    Tak się to odbywa w dokładnie całej gospodarce. Jeśli ci się nie podobają zasady, wprowadzane przez pracodawcę, to droga wolna. Ciesz się, jeśli jego decyzją nie jest redukcja zatrudnienia – bo wtedy musisz iść precz, czy tego chcesz, czy nie.
    Poza zawodem księdza w Kościele Katolickim i sędziego, nigdzie indziej nie masz obietnicy dożywotniego zatrudnienia ani indeksacji zarobków.

    „A swoją drogą, ciekawy jestem twojego pomysłu na bezbolesny społecznie i efektywny protest”
    Kilka pomysłów z brzegu:
    Pierwszy, to strajk austriackich nauczycieli sprzed kilkunastu lat, polegający na zbojkotowaniu testu PISA. Rząd był wkurzony, bo od kilku wydań rozdymał swoją propagandę właśnie w oparciu o te wyniki.
    Drugi, to po prostu odmowa wypełniania jakiejkolwiek biurokratycznej papierologii – innej, niż świadectwa szkolne dla uczniów.
    Trzeci wreszcie, to odmowa prowadzenia jakichkolwiek zajęć dydaktycznych i ograniczenie się do opieki nad dziećmi. Ewentualnie prowadzenie zamiast lekcji kółek zainteresowań dla chętnych. Najlepiej na tematy bez związku z podstawą programową.
    Czwarty, rodem z 1980 – zwłaszcza dla polonistów i historyków – omawianie jako lektur pozycji wyjątkowo nie znoszonych przez władzę i systematyczne odkręcanie na lekcjach „polityki historycznej”.

    Na klawiatury przesiadło się bardzo niewiele maszynistek – ogromna większość po prostu straciła pracę i przekwalifikowała się na coś zupełnie nie związanego. Liczba osób do wprowadzania danych albo przerabiania tekstów w Wordzie na niemal identyczną wersję, jest wielokrotnie niższa, od tych, które musiały przepisywać na nowo. I niemal wszyscy, którzy kiedyś pisali ręcznie i oddawali bazgroły maszynistce do przepisania, dziś sami stukają w klawiaturę.

    Przy okazji pytanie: czy katecheci też masowo strajkują razem z innymi?

    Polubienie

  8. „nie ma żadnego znaczenia, kto za nieefektywność i niegospodarność ponosi winę.” – Ma choćby to znaczenie, że biedny, nieświadomy obywatel nie dostaje sygnału (co z nim by zrobił, jego sprawa), co powoduje jego dyskomfort. Może go to nie obchodzić, ale niech z taką łatwością nie feruje wyroków. Jako „zderzak”, cały impet tego społecznego niezadowolenia przyjmuje nauczyciel – że taki, że owaki i że na rurze nie tańczy. Dlaczego jak grzyby po deszczu wyrastają miękkokompetencyjne paradygmaty, a jak króliki rozmnażają się pomysły jakby tu szkołę zmienić w świetlicę? Bo w ramach działań decydenta i dla jego własnej wygody, na nic innego się jej zamienić nie da.

    „tylko w tym, że usługa, jaką obywatel dostaje jest nic nie warta” – Globalnie rzeczywiście niewiele, ale też zapotrzebowanie, wbrew deklaracjom, niewielkie. Uczciwiej byłoby przyznać, że w 60% płacimy za świetlicę, to i płacimy niewiele. Po co bić pianę? Znasz kogoś, kto jako minister dokonałby takiego coming-out’u? Poza tym, jest to dość wygodne uogólnienie. Równie prawdziwe jak twierdzenie, że oświata prywatna działa zupełnie inaczej i że jest to cud miód, malina.

    „Albo je sprzedać, żeby nowy właściciel zwolnił połowę ludzi i niezależnie od efektu, żeby to on, a nie podatnicy, dokładał do ich ciężkiej i bohaterskiej pracy.” – Żaden rząd, liberalny, konserwatywny, dowolnego autoramentu, tego nie zrobi. I trochę brakuje mi wyobraźni, jeśli chodzi o skutki takiego kroku dla „biednego, nieświadomego obywatela”, przekonanego, że za nic nie płaci, bo mu się za darmo należy i zawsze jego krzywda…

    „Kilka pomysłów z brzegu:” – W obecnych warunkach, niewiele by przyniosły. PiS ma takie drobiazgi jak PISA głęboko, dużo większe i poważniejsze obsuwy mu nie robią. Za obieg papierologii w szkole i wokół niej odpowiada dyrektor, a jemu strajkować nie wolno. Kuratorium przysłałoby pomoc urzędniczą i byłoby na tyle. Pomysł z „odmową prowadzenia jakichkolwiek zajęć dydaktycznych i ograniczenie się do opieki nad dziećmi”, choć mi się podoba, również nie byłby skuteczny, bo jak wskazałem wcześniej, to jedyna funkcja szkoły, na której zatroskanym stanem edukacji tak naprawdę zależy.

    W kwestii katechetów, nie interesowałem się, ale oni przecież nie podlegają MEN, choć z jego kasy są opłacani.

    Ksawery, nie rozwiążemy tej kwadratury koła – opcja liberalna nie ma narzędzi, a państwowa, chęci.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.