Moje drzwi

Jestem urzędnikiem państwowym bez gabinetu, więc tym bardziej nie mam drzwi, które mogłyby uchodzić za urzędniczą wizytówkę. Drzwi do klasy nie mogą za taką uchodzić, bo są częścią przestrzeni wspólnej, której nie chciałbym nadużywać. Drzwi do szkoły nie są polem dla urzędniczej samowoli i na nich swoje obwieszczenia wywieszać mogą MEN, samorząd lokalny i związki zawodowe, do których nie należę. Na szczęście, dziś istnieją możliwości, by swoje „zdanie odrębne” wyrazić, nie używając do tego ani drzwi do świętych przybytków, ani innych ważnych budynków użyteczności publicznej. Strajkujący mają zwykle postulaty, którymi chcieliby zainteresować społeczeństwo, a ponieważ w strajku biorę udział, również pozwolę sobie przedstawić własną taką listę, na wirtualnych drzwiach mi dostępnych.

Na początek, krótkie uzasadnienie podpisania listy strajkowej przez liberała, mającego wyrobione zdanie o państwowym rozdawnictwie: Tak, przystąpiłem do strajku, mającego, jak wszystko w sferze publicznej, wymiar polityczny*. Przystąpiłem do nauczycielskiego protestu ponieważ, po ponad dwudziestu latach pracy w oświacie, mam dość traktowania tej branży przez wszystkich niezainteresowanych jak wrzodu na tyłku gospodarki rynkowej, fanaberii inteligentów, skansenu PRL-u i zakładu zamkniętego dla życiowych nieudaczników. Jeśli takie postrzeganie oświatowej rzeczywistości może być usprawiedliwione, to jest to zasługa wieloletnich zaniedbań, spychotechniki i prawdziwych priorytetów całego społeczeństwa, a nie jedynie pojedynczej grupy zawodowej. Z kolei, ogromną zasługą zbieraniny dyletantów, mieniących się obecnymi wybrańcami suwerena, jest zmotywowanie tej grupy do rzeczywistego powstania z kolan. Prawdopodobnie, w przeciwieństwie do dopieszczanego na wszelkie sposoby elektoratu nieskażonego refleksją, na tę właśnie grupę zadziałało potraktowanie jej z buta. Wydaje się, że nawet dla sympatycznej pani Zdzisi z przedszkola i empatycznej pani Bożenki, dyplomowanej polonistki, wpatrzonej w „dobro i podmiotowość ucznia” jak w obrazek, porównanie z maszynką do rodzenia 500+, a ostatnio ekonomiczne zestawienie (nie sądzę, by było zupełnie przypadkowe, w końcu prezes ma swoje priorytety) ze świnią i krową, było tym, co przepełniło kielich powoli sączonych żalów w sposób nawet bardziej zdecydowany, niż medialne wyliczenia, wskazujące, że corocznie, na ich konta wpływa ponad 100 tys. złotych. W umysłach zaćmionych misją, postmodernistycznymi szkoleniami, bajaniami kołczów i skołowanych rozdźwiękiem między pedagogiczną teorią, a doświadczaną rzeczywistością, zaczyna budzić się pragnienie zarabiania na waciki renomowanej firmy. Także mężowie, którzy finansują kagankowe hobby swoich połowic, zaczynają się zastanawiać, dlaczego, z własnych pensji, nie miałyby dokupić do wacików mleczka kosmetycznego. A wszystko to dzięki twarzom populizmu, pacynkom, którym zaimponowało, że ktoś wreszcie docenił ich zaściankowość i kompleksy, i uczynił je elitą na miarę potrzeb. Gratulacje, pani premier. (Nie było bukietu od prezesa? Co za niedopatrzenie!) Gratulacje, pani minister (za długo wyczekiwaną nieobecność). Sprawiły panie (no wiem, że niesamodzielnie), że mdła, niesolidarna masa, która od trzech lat biernie przypatrywała się masakrze oświaty, wreszcie nabiera śladowej samoświadomości. Jak to w edukacji być powinno, zadbałyście panie o składową wychowawczą, uświadamiając sporej części młodego pokolenia (w tym młodym nauczycielom), że warto działać wspólnie i wyrażać swoją podmiotowość. Dałyście panie asumpt do myślenia o tym strajku, jako o wydarzeniu historycznym, przełomowym momencie dziejowym – każde pokolenie, choćby (a może zwłaszcza) odróżniające się od pozostałych generacją smartfonu, potrzebuje swojego „styropianu” i poczucia uczestnictwa w czymś ważnym, czy choćby bycia tego świadkiem. Sądząc po reakcjach wielu uczniów i ilości telefonów odbieranych przez strajkujących, skala całkiem życzliwego (choć nieco sensacją podszytego) zainteresowania, jest większa, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Liczę na to, że ten protest uświadomi populistom, że nie daje się rządzić krajem, ignorując ludzi spoza kręgu żelaznego elektoratu. Przyznaję również, że czekam, aż partyjniackie „gospodarowanie” budżetem szybko zakończy festiwal rządzenia poprzez dotacje, deputaty i inne łapówki+. Ufam, że moja kieszeń, choć słabo zasilana i pokątnie okradana, jeszcze trochę wytrzyma, a ludzie, którzy zawiadują pustoszoną kieszenią państwa będą mieli na tyle przyzwoitości, by dłużej nie być kreatywnymi księgowymi szeregowego posła.

Wróćmy jednak do „drzwi”, do których „przybiję” znacznie mniej, niż legendarnych 95 tez. Szanse na ich przyjęcie, czy choćby przemyślenie, wydają mi się tysiąc razy mniejsze, niż te dotyczące obecnego bólu głowy tych, którzy w oświacie zdołali wreszcie coś (sic!) zmienić. Ponieważ obecnie wszystkie wypowiedzi bywają opacznie rozumiane, postaram się je pokrótce omówić (choć nie dam rady ich udowodnić):

1) Nauczyciele są godni zarobków, o które są pomawiani. Zaczynam od kwestii palącej, kontrowersyjnej i podobno sztandarowej. Jeśli zobaczę na swoim i paskach swoich kolegów wartości, które propaganda wciska nieświadomym i naiwnym, uznam, że strajk jest bezpodstawny. Czym się kieruję, uznając taką właśnie kwotę za zasadną? Takim samym uznaniem, jak ci, którzy postrzegają ją jako zbyt wysoką. Przypominam wszystkim niedzielnym ekonomistom prorynkowym, że żeby komuś wyliczać stawkę nieuznaniową, trzeba być pewnym, że ów podmiot jest częścią rynku. Nauczyciele pracujący w szkołach państwowych, z definicji nie mogą być taką kalkulacją objęci. Nie ma więc najmniejszego sensu porównywanie ich zarobków z pensjami kasjerów, kierowców, czy informatyków. To właśnie państwo (tak, wiem, my wszyscy), chętnie obejmując oświatę w posiadanie, musi (to już z pewnością niechętnie) o nią zadbać. Skoro państwo (ludzie) pokazuje, że, wbrew deklaracjom, oświata jest zawsze na szarym końcu listy priorytetów, to nie jest rzeczą dziwną, że w końcu ponosi przykre konsekwencje. Jeśli kierowca ma w nosie wymianę oleju, to musi się liczyć z tym, że któregoś pięknego dnia, nigdzie nie pojedzie.

2) Pilnie potrzebna jest dyskusja nad Kartą Nauczyciela. Nie, nie jej likwidacja. Ta akurat jest nieakceptowalna, dopóki państwo nie skreśli oświaty ze stanu swego posiadania. To z kolei jest równie prawdopodobne, co przeprowadzenie wyżej postulowanej dyskusji, w sposób merytoryczny. Nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że ona może być pozbawiona polityki i ideologii. Dobrze byłoby jednak choćby przymierzyć się do określenia rozsądnie niewielkich ram owej polityki i ideologii. Wiem, gadam od rzeczy… Ktokolwiek byłby skłonny do rozsądnych zmian w tym anachronicznym, niespójnym i skomplikowanym dokumencie, musiałby się zmierzyć z mitologią, propagandą, misją, politykierstwem i demagogią, zanim byłby w stanie rozważyć opinie specjalistów i praktyków.

3) Konieczna jest redefinicja roli i zadań nauczyciela. Społeczeństwo na własne życzenie utrzymywane jest w niewiedzy, na czym ten zawód polega (taka wiedza nie jest oczywiście niczyim obowiązkiem, ale w takim razie należy wyzbyć się nieuzasadnionych pretensji do profesji tej oceniania). Do sączonego setkami lat mitu siłaczkowej misji, w ostatnich dekadach dołączyła propaganda źle pojmowanego konstruktywizmu, w postaci działającej w tle uczniowskiej świadomości aplikacji eduklauna-orkiestry. Aplikacja ta, nie mając dostępu do głównych modułów programu nadrzędnego, ma za zadanie tak go nietransmisyjnie modyfikować, by korzystając z podyktowanych algorytmów zaciekawiającej rozrywki, nauczył się i zechciał działać bez nich.  Póki co, żaden polityczno-biurokratyczny programista nie umie tego zrobić, nie przeszkadza to jednak użytkownikom kląć na aplikację. Obecnie, nauczyciel ma śpiewać, tańczyć i stepować, tak, by uczeń motywował się wewnętrznie do uczestnictwa w jego show, a tymczasem wszyscy mają do niego pretensje, że nie uczy. Trzeba chyba jednak będzie przeprosić się z aplikacją i przywrócić jej status programisty.

4) Oświacie potrzebne jest uporządkowanie i ujednolicenie drogi do zawodu nauczyciela. Tak, nauczycielem powinna zostawać osoba legitymująca się kierunkowym wykształceniem wyższym, zdobytym w wiarygodnej uczelni. Niezależnie od tego, podjęcie pracy powinny poprzedzać praktyki odbywane pod kierunkiem dodatkowo i godnie opłaconego mistrza zawodu. Przystąpienie do pracy powinno być uwarunkowane złożeniem egzaminu zawodowego. Zdaję sobie sprawę, że taka zmiana nie zostałaby przez środowisko przyjęta z entuzjazmem, ale zminimalizowałaby napływ osób przypadkowych i niekompetentnych, które obniżają autorytet zawodu. Mogłoby się okazać, że całe to mierzenie, ewaluacje, oceny dorobku (w większości przypadków, nic niewarte) straciłyby sens. Wydaje mi się również, że zmiana taka znacznie zmniejszyłaby zapotrzebowanie na pseudo szkolenia z metod aktywizujących i psychologii dla ubogich, które zabierają obecnie sporo czasu, nie przekładając się w niczym na praktykę edukacyjno-wychowawczą. Skończyłby się mit permanentnego dokształtu, sankcjonowany nic nieznaczącym pseudo awansem. Zostałby zastąpiony analizą i implementacją weryfikowalnych osiągnięć pedagogiki, przez ludzi do tego przygotowanych i do tego zdolnych. Praca trudna do zdobycia, ale (patrz teza 1) opłacalna, przyciągałaby ludzi, którzy chcieliby ją wykonywać i dbaliby, by jej nie stracić (patrz teza 5).

5) Państwo powinno zezwolić podległym szkołom na próby usamodzielnienia, zarówno programowego, jak i własnościowego. Nawet przy pozostawieniu ramowej kurateli MEN, możliwa jest rezygnacja z jednolitej podstawy programowej (która jest anachronizmem w epoce zmian zachodzących z dnia na dzień oraz mnogości celów i motywacji podmiotów edukacji), a także podjęcie prób wprowadzenia bonu edukacyjnego i przekształcenia szkół w spółki. To z kolei, pozwoliłoby na prawdziwy test różnych koncepcji pedagogicznych (oraz organizacyjnych i ekonomicznych), które w warunkach szkoły masowej są zupełnie nieweryfikowalne. W takim klimacie, z całą pewnością pojawiłyby się szkoły wyznaniowe i wręcz libertyńskie, te polegające na procentowej skali oceniania, jak i te w ogóle rezygnujące z ewaluacji, szkoły „budzone” i takie, do których przychodzą ludzie już przebudzeni. Tylko taki model jest w stanie zapewnić społeczeństwu elastyczność, kreatywność i innowacyjność, będące w bieżącej rzeczywistości szkolnej jedynie pustym sloganem. Takie uwolnienie zakończyłoby jałowy spór koperników i kołczów z pragmatykami, i przeniosłoby ich batalię z internetowego poligonu na front, gdzie nie liczą się frazesy, ale możliwości i umiejętności.

6) Szkoły publiczne powinny być bezwzględnie świeckie i neutralne światopoglądowo. Nauczanie religii (lub czegokolwiek pod tą nazwą) pozostawmy w gestii kościołów, związków wyznaniowych oraz szkół prywatnych, które zechciałyby taką rolę pełnić, klarownie określając ją w swoich statutach. Za takim rozwiązaniem przemawiają nie tylko szumnie deklarowane prawa człowieka i poszanowanie pluralizmu, ale także względy natury praktycznej i ekonomicznej. Niedopuszczalne jest, by oświata publiczna była narzędziem jakiejkolwiek indoktrynacji, czy propagandy. Tych, oraz innych narzędzi polityki historycznej i eugeniki przedmiotowej potrzebują jedynie państwa słabe, broniące się populizmem przed swoimi własnymi obywatelami.

7) Oświata publiczna powinna być pochodną poznania naukowego i jako taka opierać się trendom antyintelektualnym i wszelkiemu obskurantyzmowi. Jeśli państwo upiera się przy zawiadywaniu szkolnictwem, to powinno zadbać o mechanizmy sprzeciwiające się utożsamianiu demokracji z rzekomo powszechnym, ludowym pragnieniem pozostania ciemnym. Takie dążenie zawsze może być kwestią indywidualnego wyboru (patrz tezy 5 i 6), ale nie powinno wynikać z certyfikowanego szalbierstwa.

8) Czas skończyć z „edukacją uporczywą”. Liberalni nuworysze, którzy sami poczuli już na karku ciężką, choć niewidzialną rękę rynku, chętnie widzieliby wszystkich równo zgnojonych przez korporacje, bo liberalizm utożsamiają z własną porażką, którą chcieliby się teraz ze wszystkimi sprawiedliwie podzielić. Tacy chętnie policzą drobne w kieszeni nauczyciela i każą mu odliczać przerwy od czasu pracy, ale jakoś zupełnie nie zauważają, że pracuje on na „materiale”, którego nie zamówił. To mniej więcej tak, jakby kazać krawcowi szyć świetnie leżące smokingi, zarówno z najlepszej wełny i jedwabiu, jak i flaneli, i jednocześnie konkurować z tym, który sam może dobrać sobie odpowiednią tkaninę. Jeśli już upieramy się, że nasz krawiec ma przerobić flanelę na wyrób smokingopodobny, to musimy zdawać sobie sprawę, że efekt będzie nie tylko niezbyt opłacalny, ale także smokingu nie będzie za bardzo przypominał. Po prostu, z flaneli szyje się inne, czasem bardziej potrzebne rzeczy. Żeby skończyć z tą uprzedmiotowiającą analogią, postuluję, by zaniechać uszczęśliwiania ludzi na siłę i pogodzić się wreszcie z krzywą rozkładu normalnego, która wyraźnie wskazuje, że studiować (na poziomie na ogół z tym standardem kształcenia kojarzonym) powinno może 25% chętnych, a około 15% ogółu, niezainteresowane jakąkolwiek formą edukacji, nie musi nią wcale zawracać głowy, ani sobie, ani szkole – wystarczy im dobrze skonstruowana świetlica środowiskowa. Czas uświadomić sobie, że celem kształcenia nie jest magisterium, ani inny papier, ale realna wiedza i umiejętności, pozwalające ludziom realizować ich plany i marzenia, oczywiście pod warunkiem ich posiadania. Pedagogika współczesna nie radzi sobie z przyznaniem się do niemożliwości zaszczepiania planów i marzeń (oczywiście „właściwych”), i usilnie poszukuje cudownej metody, pozwalającej na taką, z gruntu totalitarną, socjotechnikę. W tym właśnie miejscu, spotykają się pozorny liberalizm wszystkich żądających od nauczycieli usług na miarę wymagań rynku i postmodernistyczny (a w rzeczywistości zupełnie pozbawiony treści) trend oświatowego socjalizmu, każący wszystkim, programowo i z założenia różnym podmiotom realizować ten sam, a więc chory, sen. Czy nie jest dziwne, że to spotkanie nie jest zderzeniem o katastrofalnych skutkach? Ależ jest, tyle, że nikt jakoś nie jest zainteresowany skutków tych rejestracją. Czasami jedynie, do świadomości społecznej docierają mocniejsze paroksyzmy, którym, z typową dla ignorantów dezynwolturą, przypisujemy zupełnie inne przyczyny, np. pazerność leniwych nauczycieli.

9) Rezygnacja z egzaminów zewnętrznych jest racjonalna. Czego by o nich nie powiedzieli różni, obdarzający się szacunkiem przeciwnicy konkurencji, teoretycznie, ich zadaniem ma być kwalifikacja do dalszych etapów edukacyjnych. Przy spełnieniu postulatu darowania sobie edukowania ludzi, którzy mają zupełnie inne potrzeby (patrz teza 8), ta rola mocno traci na znaczeniu. Poza tym, odejście od nieustannego pomiaru pozwoliłoby społeczeństwu zinternalizować teoretycznie oczywistą prawdę, że od samego mierzenia nic nie rośnie i dojrzeć do spełnienia podstawowego kryterium wmawianej mu podmiotowości: Uczę się dla siebie, a nie dlatego, że ktoś każe mi zdać maturę i uzyskać dyplom, tylko po to bym mógł sprzedawać gumę do żucia. Szkoły uwolnione od dyktatu podstaw programowych (patrz teza 5) i konieczności uczenia pod egzamin, mogłyby uruchomić zarówno prawdziwy potencjał uczniów, jak i nauczycieli. Szybko okazałoby się, jakie jest realne zapotrzebowanie na magisteria i doktoraty, a jakie na prawdziwe wykształcenie średnie, które odzyskałoby znaczenie, jako kwalifikacja do wykonywania 80% zawodów. Wbrew propagandzie pedagogiki ponowoczesnej, spełnienie postulatów 5, 8 i 9 nie oznacza wykluczeń, wręcz przeciwnie, pozwoliłoby na realizowanie jednostkowych celów w zakresie możliwości, a nie snów o potędze, produkujących jedynie stres i kompleksy.

10) Konieczne i pilne jest odbiurokratyzowanie szkoły i pracy nauczyciela. Nauczyciel ma uczyć, a nie bawić się w trzydziestą sekretarkę dyrektora. Dyrektor ma kierować szkołą, a nie pełnić rolę tysięcznej sekretarki ministra. Od tego są wykwalifikowane sekretarki i sekretarze. Wprowadzenie w życie tezy 5 wydatnie sprzyjałoby takiej zmianie, mimo kosztów dodatkowego etatu w sekretariacie. Ten wydatek zostałby szybko zrekompensowany wydajniejszą pracą nauczycieli na polu im przynależnym (patrz teza 3).

Uważny czytelnik z pewnością zauważył, że powyższą listę można by zredukować do jednego punktu, którego realizacja oszczędziłaby społeczeństwu mnóstwo papieru i drzwi. Strajków pewnie też. Mówię oczywiście o tezie piątej. No cóż, z tych samych przyczyn, konstytucja amerykańska jest nieporównywalnie krótsza od jakiejkolwiek europejskiej. Amerykanie, w ogromnej większości, pogodzili się z faktem, że nic nie jest doskonałe i mankamentu tego nie usunie żadna biurokracja, a tym bardziej chciejstwo.


 

 

*Jak się okazuje, np. kierowanie związkiem zawodowym i jednoczesne bycie radnym z ramienia partii politycznej żadną polityką nie jest i nie ma w tym żadnego konfliktu interesów, podobnie zresztą, jak nie ma żadnej polityki w całej działalności NSZZ „Solidarność z Rządem”.

 

24 myśli na temat “Moje drzwi

  1. „Nauczyciele są godni zarobków, o które są pomawiani”
    Są. Każdy człowiek (a nawet kot) z samej swojej natury i moralności bezwzględnej jest godny życia na satysfakcjonującym go poziomie. To nie oznacza jednak, że inni ludzie mają mu to fundować. Ani rozdawać Whiskas na ulicy.
    Leninowskie hasło „każdemu według potrzeb” jest bezdyskusyjne – ale tylko tak długo, jak nie pojawia się pytanie, kto ma płacić za spełnianie tych potrzeb.

    „To właśnie państwo (tak, wiem, my wszyscy), chętnie obejmując oświatę w posiadanie”
    Nie nadużywaj wielkiego kwantyfikatora „my wszyscy”! Ja, na ten przykład, wcale nie chcę brać systemu oświaty w swoje posiadanie, tym bardziej w posiadanie zbiorowe. Wprost przeciwnie – mając go odziedziczony po Fryderyku Wilhelmie (z PRL jako poprzednim właścicielem) chętnie się go pozbędę na rzecz kogokolwiek, kto poprowadzi go na własny rachunek.

    „Pilnie potrzebna jest dyskusja nad Kartą Nauczyciela. Nie, nie jej likwidacja. Ta akurat jest nieakceptowalna, dopóki państwo nie skreśli oświaty ze stanu swego posiadania.”
    A niby dlaczego nieakceptowalna? Żaden inny zawód, nawet całkowicie państwowy, nie ma Karty Strażaka, Karty Policjanta, Karty Urzędnika, ani Karty Strażnika Więziennego. Niektóre mają tylko pewne przywileje emyratalne – skądinąd oczywiste, trudno sobie wyobrazić 65-latka jako żołnierza. Niemniej jednak nawet w tych zawodach popierałbym nie wczesne emerytury, ale programy przekwalifikowania do innych zawodów, które można pełnić nawet w wieku powszechnej emerytury.

    „Konieczna jest redefinicja roli i zadań nauczyciela.”
    Tyle, że ten postulat jest wyłącznie pięknym hasłem tak długo, jak nie jest uzupełniony jakąś propozycją, jaka ta rola i zadania miałyby być. Hasłem w rodzaju „obudzić szkoły”.
    Mam podejrzenie, że żadna inna rola, niż przyjaznej świetliczanki nie zostanie powszechnie zaakceptowana społecznie.

    „Państwo powinno zezwolić podległym szkołom na próby usamodzielnienia, zarówno programowego, jak i własnościowego.”
    Przy całym swoim liberalizmie i sympatii do pluralizmu, uważam jednak, że tak długo, jak istnieje przymus szkolny, to muszą być dostępne ujednolicone i poddale ścisłej prawnej regulacji szkoły ostatniego wyboru – do jakich trafią ci, którzy sami wyboru nie dokonali. Podobnie więziennictwo musi być ściśle regulowane i kontrolowane centralnie, bez usamodzielniania poszczególnych więzień. Co nie znaczy, że takie szkoły mają dominować. Przykład Flandrii jest tu bardzo pouczający – państwo prowadzi wyłącznie kilkanaście procent szkół, reszta jest samodzielna i prywatna. Choć, niestety, również poddana rygorom programów szkolnych.
    Oczywiście, najbardziej by mnie cieszyło, żeby przymus został zniesiony, a ostatnim dopuszczalnym wyborem byłby wybór niechodzenia do żadnej szkoły.

    Polubienie

    1. Każde tego rodzaju wystąpienie skazane jest na hasłowość. Dlatego np. na określenie, kim właściwie ma być nauczyciel jako profesjonalista, nawet się nie siliłem. Samo odbiurokratyzowanie i rezygnacja z etosu siłaczki-orkiestry zmieniłoby wydatnie zarówno obraz jak i status profesji.
      „Mam podejrzenie, że żadna inna rola, niż przyjaznej świetliczanki nie zostanie powszechnie zaakceptowana społecznie.” – Jeśli tak jest, a jestem skłonny się z taką diagnozą zgodzić, to powiedzmy to głośno i pozamieniajmy 90% szkół w świetlice, zatrudnijmy opiekunki za 1500 zł, a jeszcze lepiej oddajmy je w opiekę zakonnicom i nie zawracajmy sobie głowy jakąś edukacją – jeśli suweren nie chce płacić za oświatę, niech wymoże jej likwidację.

      W punkcie pierwszym chodziło mi bardziej o zestawienie zarobków realnych z tymi funkcjonującymi w świadomości społecznej, a nie o samo „prawo do godziwego zarobku”. W przestrzeni publicznej trwa kontrowersja nie wobec realnej kwoty w okolicach 2500 PLN, ale fantazmatu rzędu 3500, a to jest różnica zasadnicza i dla samej dyskusji, i dla samego nauczyciela. Podkreślam, że realna wycena usług nauczyciela jest, ze względów formalnych, średnio wykonalna. W panujących realiach, argumentacja, że te zarobki są wystarczające, lub nawet za wysokie jest równie sensowna, co twierdzenie, że jest wprost przeciwnie. Cały czas nie rozumiem, dlaczego przedstawiciele jakiejś wybranej grupy zawodowej mają być zawsze na tyle głupi, by być mądrzejszymi. Kwestia „fundowania” jest też dyskusyjna – jeśli umawiamy się, że coś należy do sfery budżetowej, to do jej utrzymania się zobowiązujemy i w naszym interesie jest utrzymywanie tej sfery w dobrej kondycji. Kwestią definicji jest, co to znaczy i to powinno być przedmiotem dyskusji. Zauważ, że kwestia gospodarowania w ramach budżetówki nigdy nie jest podnoszona – jest to wygodne i dla rządzących, którym nikt nie patrzy na ręce, jak i dla suwerena, który woli wierzyć, że nauczyciele zarabiają krocie. Tym sposobem winnym jest zawsze nauczyciel, a nie ludzie, którzy poprzez swoich wybrańców, o kształcie tej fajansiarskiej oświaty decydują.

      Zawód nauczyciela jest w niesamowitym zmitologizowany. Z jednej strony masz misję, siłaczkę i kaganek, z drugiej obraz leniwego, pazernego belfra, mającego gdzieś biednego ucznia. Żaden z tych obrazów nie jest prawdziwy, ale jestem przekonany, że w obecnym klimacie, żaden przekaz pozytywny do świadomości społecznej by się nie przedarł – dlatego uważam, że KN ma jeszcze rację bytu, dopóki choćby śladowe urynkowienie nie będzie miało miejsca.

      „Przy całym swoim liberalizmie i sympatii do pluralizmu, uważam jednak, że tak długo, jak istnieje przymus szkolny, to muszą być dostępne ujednolicone i poddane ścisłej prawnej regulacji szkoły ostatniego wyboru” – Też tak uważam i nie postuluję totalnej likwidacji sektora publicznego w oświacie. Powinien on funkcjonawać, jako jeszcze jedna opcja, obok pozostania „ciemnym ludem”.

      Polubienie

  2. Ależ oczywiście, że jestem za zatrudnieniem nisko kwalifikowanych świetliczanek po 1500zł (za 40h tygodniowo), a nie za płaceniem więcej za ułudę wykształcenia. Wolałbym nie oddawać tego zakonnicom – w końcu część dzieci pochodzi z ateistycznych lub niechrześcijańskich rodzin, które wolałyby, żeby państwo im tych zakonnic nie narzucało.

    „jeśli suweren nie chce płacić za oświatę, niech wymoże jej likwidację’
    Jestem tylko pojedynczym głosem w kraju o 30 milionach wyborców. Ale tak, jestem za. I jeszcze bardziej przeciw wrzucaniu w to błoto jeszcze większych pieniędzy.

    „kontrowersja nie wobec realnej kwoty w okolicach 2500 PLN, ale fantazmatu rzędu 3500′
    Wybacz, ale wierzę GUS-owi bardziej, niż anegdotycznym relacjom. GUS mówi o przeciętnej wypłacie w zawodzie nauczyciela. Od czasów komuny nie złapalem GUS-u na kłamstwie.
    Ostatnie opublikowane dane dotyczą roku 2017 – nauczyciele zarabiali przeciętnie 4255 zł/miesiąc.
    See: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/zasady-metodyczne-rocznik-pracy/rynek-pracy-w-2017-r-,4,1.html
    strona 125.
    Fantazmat, jeśli go tak nazwać, dotyczy przeliczenia swoich zarobków z brutto na netto i uwzględnienia wyłącznie płacy podstawowej, bez mnóstwa dodatków, jakie się dostaje.
    Przez dyskrecję nie zapytam Cię, na ile przychodu opiewa Twój PIT za zeszły rok, jeśli już go wypełniłeś.

    „jeśli umawiamy się, że coś należy do sfery budżetowej, to do jej utrzymania się zobowiązujemy i w naszym interesie jest utrzymywanie tej sfery w dobrej kondycji”
    Bynajmniej nie. Zobowiązujemy się do zapewnienia usługi publicznej na akceptowalnym poziomie przy minimalnym wydatku z budżetu. A nie do utrzymywania iluś tam ludzi, których pracę może wykonać mniejsza i niżej płatna grupa. Skoro i tak nie uczą (poza niszowymi wyjątkami), to już i tak płacimy im zbyt wiele.

    Polubienie

    1. „Jestem tylko pojedynczym głosem w kraju o 30 milionach wyborców.” – I dlatego sytuacja jest jaka jest. Prawie nikt nie powie otwarcie, że oświata jest mu zbędna, ale nie chce płacić za utrzymywanie swoich mrzonek i najchętniej widziałby nauczycieli wykonujących swoją pracę charytatywnie. Od 25 lat nie widać jakoś presji społecznej na wprowadzenie bonu edukacyjnego, którego rzekomo wszyscy pragną.
      O zakonnicach wspomniałem, ponieważ świetnie sprawdziły się w komisjach egzaminacyjnych. I jakoś nikt się nie martwił o neutralność światopoglądową i zachowanie świętych procedur.

      Za swoją pracę otrzymuję ok. 2500 netto (i o kwotach netto się wypowiadam) każdego miesiąca i nie spodziewam się, bym był jakimś ewenementem. Pamiętaj, że we wszystkich oficjalnych szacunkach, do pensji wliczają ci wszystkie możliwe dodatki, jakich 90% nauczycieli nigdy na oczy nie ogląda. Na tym właśnie polega cała ściema, a na dodatek suweren nie odróżnia netto od brutto, więc łatwo mu zrobić wodę z resztek mózgu.

      „Zapewnienie usługi publicznej na akceptowalnym poziomie przy minimalnym wydatku z budżetu” jest równie wymierne, co moja praca. Wychodzi na to, że wydatek z budżetu jest zbyt minimalny, skoro poziom usługi nie jest najwyraźniej akceptowalny. Albo, co wydaje mi się bliższe prawdy, zarządzający usługą publiczną, na którą zdecydowana większość odbiorców się zgodziła, nie wie, co robi, a odbiorca usługi nawet nie chce wiedzieć. Tym sposobem, obie strony mogą sobie do woli pomstować na coś, czego nie chcą i/lub nie potrafią zmienić i czuć się komfortowo, bo żadna za nic nie czuje się odpowiedzialna.

      Polubienie

  3. Główne zamieszanie w dyskusjach płacowych jest właśnie w tym, że Ty i inni nauczyciele mówią o płacach netto, podczas, gdy wszyscy inni (poza związkowcami domagającymi się podwyżek) o płacach brutto. Od 30 lat nikt, poza związkowcami nie używa pojęcia płacy netto w żadnych dyskusjach. Popatrz więc w swój PIT, w rubrykę o przychodzie rocznym, podziel to przez 12 i to dopiero porównuj z zarobkami innych zawodów. Netto jest jeszcze trudniejsze do porównania, wręcz niemożliwe w odniesieniu do osób, mających więcej niż jedno źródło dochodu, nieregularne dochody, etc. Uczciwie mówię, że nie wiem, ile zarabiam netto… Wiem tylko ile mam na koncie i jaki mam roczny przychód brutto.

    „Pamiętaj, że we wszystkich oficjalnych szacunkach, do pensji wliczają ci wszystkie możliwe dodatki, jakich 90% nauczycieli nigdy na oczy nie ogląda.” GUS nie wlicza ich do Twojej pensji, ale do średniej wśród wszystkich nauczycieli. Jeśli dostają je tylko nieliczni, to jeśli tylko pojedynczy nauczyciele nie zarabiają kilku milionów rocznie, to nie ma to znaczenia. Większość osób zazwyczaj zarabia trochę (ale niewiele) poniżej średniej, bo we wszystkich grupach zawodowych rozkłady zarobków są lekko prawoogoniaste (o dodatnim trzecim momencie).

    „Wychodzi na to, że wydatek z budżetu jest zbyt minimalny, skoro poziom usługi nie jest najwyraźniej akceptowalny.”
    Nie – dlaczego? Idę o zakład, że zastąpienie 75% nauczycieli pełnoetatowymi świtliczankami po 1500zł miesięcznie pozwoliłoby nie tylko dać istotne podwyżki tej pozostałej w pracy 1/4, oszczędzić wydatków i nie pogorszyć jakości usług w odbiorze rodziców. Może nawet polepszyć, bo dzieci byłyby mniej zestresowane.

    Polubienie

    1. Masz oczywiście słuszność, co do sensowności rozważania zarobków brutto, zauważ jednak, że w przekazie publicznym nie jest to na ogół zaznaczane. Dla ludzi zwykle ważne są sumy przekazywane „do ręki” i tak też je postrzegają. To dlatego nauczyciele masowo pokazują paski i mówią o zarobkach netto. Pamiętaj też, że średnia dla wielu adresatów przekazu jest pojęciem mylącym. Całe mnóstwo ludzi zarabia przecież znacznie mniej. Trzeba również brać pod uwagę miejsce zamieszkania – czym innym będzie 2500 na wsi, na Polesiu, a czym innym w dużym mieście. A przekaz medialny jest taki, że nauczyciel pracujący 18h tygodniowo zarabia 5000 i jeszcze mu źle, a ja biedny 2000 – niech więc spada na drzewo ze swoim kagankiem i misją.

      Muszę wyciągnąć ten PIT, ale nie spodziewam się wielkiej różnicy w stosunku do średniej miesięcznej netto. Oczywiście dojdzie trzynastka i jakieś grosze świadczenia urlopowego. Cały czas podkreślam, że porównywanie pensji nauczyciela z innymi ma znikomy sens. Dla ludzi ważne jest subiektywne poczucie krzywdy. Argumentacja, że nie wszyscy się do roboty przykładają, też nie ma sensu, bo państwo sankcjonuje system sprzyjający zarówno równaniu w dół, jak i pauperyzacji – te także działają w sprzężeniu zwrotnym. Co ma powiedzieć nauczyciel, który uczciwie studiował i uczciwie pracuje? Oddam z pensji jeszcze 500 zł, bo wiem, że Iksiński się opieprza?

      „Idę o zakład, że zastąpienie 75% nauczycieli pełnoetatowymi świetliczankami po 1500zł…” – Ależ nie wątpię. Może trochę przesadziłeś z tymi 3/4, ale przykład z komisjami egzaminacyjnymi jasno pokazuje społeczeństwu, że połowę moich obowiązków może wykonywać pospolite ruszenie kościelno-uliczne, więc o co tyle szumu. Biurokrację niech przejmie sekretariat. Funkcje opiekuńcze zlećmy chętnym (jeszcze) Ukrainkom, bo za 1500 zł, to pełnoetatowych świetliczanek długo byś szukał (pamiętaj o odpowiedzialności za każdy ruch podopiecznych). Ochronę i ćwierć etatu klawisza niech przejmą firmy ochroniarskie, albo Straż Miejska, bo też podobno nie ma, co robić. Organizację i pełną obsługę wycieczek, rajdów, zielonych szkół, wyjść do kin i teatrów zlećmy biurom podróży i innym firmom zewnętrznym. Warsztaty poza szkołą niech sobie prowadzą domy kultury, uczelnie i inne podmioty zainteresowane swoją promocją. Uroczystości szkolne i inne imprezy opękają animatorzy samozatrudnieni. Czas już zatrudnić w szkołach psychologów (i psychiatrów) z prawdziwego zdarzenia, bo studia pedagogiczne do tych funkcji raczej nie przygotowują, a uczniów z dysfunkcjami, zaburzeniami i problemami przybywa lawinowo. Ja wtedy wpadnę do szkoły na swoje 18 godzin (przy założeniu, że to na mnie przypadłby ten zaszczyt bycia tą 1/4, co nie jest pewne, bo za mało robię dymu wokół swojej pracy) i zrobię swoje lege artis, bo całą resztę etatu będę mógł wreszcie poświęcić na rozwój oraz hodowlę bydła i trzody chlewnej. Z pewnością będzie taniej i lepiej. Ironia jest o tyle usprawiedliwiona, że ludzie naprawdę nie wiedzą, czym jest ten zawód i nie zdają sobie sprawy, że w wielu krajach nauczyciel nie jest ustawowo zobligowany do pełnienia funkcji, które u nas uznaje się za oczywiste.

      Polubienie

  4. Wcale nie przesadziłeś ironizując. Oczywiście, że od ochrony są firmy ochroniarskie, nie nauczyciele. Ochroniarzom płaci się dużo mniej, niż kasjerkom w Biedronce, czy też nauczycielom, którzy chcieliby więcej. A swoją funkcję ochroniarską spełniają co najmniej równie dobrze. Jeśli szkoła chce urządzać dla chętnych wycieczki i wakacje, to, oczywiście, że najlepiej, żeby to zrobiła firma turystyczna, wystawiając bardzo konkretny rachunek uczestnikom, a nie szkoła, przerzucając te koszty na podatników. Warsztaty w domach kultury i na uczelniach i tak są prowadzone i stokroć skuteczniejsze, niż to, co robią szkoły. I znów – jeśli nawet ma płacić za to podatnik, to z budżetu domu kultury albo uniwersytetu, a nie oświaty masowej. I bez podpinania tego pod masówkę. Opieka psychologiczna i psychiatryczna jest domeną i obowiązkiem NFZ i Min.Zdrowia, a nie MEN i szkolnictwa. I jeśli ma być prowadzona, to nie przez nauczycieli, ale przez lekarzy psychiatrów po uniwersytecie medycznym i specjalizacji klinicznej z psychiatrii. Opłacanych z budżetu NFZ albo min. zdrowia, a nie oświatowego. Jeśli bym potrzebował pomocy psychiatrycznej albo psychoterapii dla siebie albo swojego dziecka, to skorzystałbym z usługi lekarza psychiatry albo psychoterapeuty, a nie absolwenta pedagogiki po tygodniowym dokształcie, w dodatku bezkarnego, nawet w przypadku ewidentnego błędu w sztuce. Jeśli miałoby to być dla mnie bezpłatne, to rozliczane przez NFZ, a nie przez MEN, płacący nauczycielom za taką namiastkę psychiatrii.

    Jeśli w Polsce ministerstwo uznało za oczywiste, że szkoły mają zajmować się pomocą społeczną, psychiatrią, duszpasterstwem, etc., to najwyższy czas, by zdjąć takie zadania, nie mające konstytucyjnego uzasadnienia, z systemu oświatowego, zwalniając wszystkich pracowników, którzy tym się zajmują pod przykrywką „uczenia”. Niech szkolnictwo nie zajmuje się niczym, poza uczeniem, bo jest to jedyne, do czego jest powołane. Liczę na to, że efektem aktualnego strajku będzie odchudzenie szkolnictwa z całego balastu, jaki się tam znalazł przy dużym wieloletnim zaangażowaniu związków nauczycielskich w rozdęcie zadań szkoły i utrzymanie poziomu zatrudnienia.

    Polubienie

    1. „Jeśli w Polsce ministerstwo uznało za oczywiste, że szkoły mają zajmować się pomocą społeczną, psychiatrią, duszpasterstwem, etc., to najwyższy czas, by zdjąć takie zadania…” – Postuluję to od lat, ale to wołanie na puszczy, bo nasz narodowy etos szkolnego siłacza-orkiestry właśnie tym się żywi. Człowiek, który został „powołany” do „misji” ma, jak z pewnością słyszałeś, „pracować dla idei”. „Misja” jest przyprawiana ponowoczesnym paradygmatem i polską martyrologią. Skoro się jednak tego wymaga, to trzeba za to płacić, bo niektórzy zauważyli wreszcie, że misja kosztuje. Człowiek zarabiający 1800-2000 zł nie będzie się zastanawiał nad sensem paradygmatu i polityką oświatową, z całą jednak pewnością zauważy, że ciepłą rączką ekspediuje się grube miliardy na kiełbasę wyborczą, a trwają nieustanne dywagacje, czy jemu należy się podwyżka. Latami dawkowane procenty nie składają się nawet na wyrównanie inflacji, robią natomiast wrażenie na elektoracie, że nauczycielom ciągle mało.

      Polubienie

  5. Ani Ty, ani ja tego od nich nie wymagamy i przynajmniej ja nie mam zamiaru za to płacić. Jeśli masowo trzasną drzwiami i odejdą z zawodu, to nawet minister nie będzie mógł wymagać i będzie musiał wymagania ograniczyć. Niech więc idą pracować w Biedronce! Z Bogiem! Zostawiając Minister Edukacji ze zmartwieniem, co zrobić w sprawie powszechnej opieki psychiatrycznej.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Rzeczywiście, niefortunnie wyszło. Nie wiem skąd to powszechne przekonanie, że to jedyna alternatywa. Weszło to już chyba na stałe do języka. Ale jest prawdopodobnie pochodną potocznego wyobrażenia społeczeństwa o tym zawodzie – ludzie (podobno) nie oczekują od nas (od szkoły) niczego, oprócz sprawnego obsłużenia kolejki do szczęścia. Chcieliby jednak, żeby im to szczęście wskazać i ładnie zapakować. Tylko z płaceniem w kasie jakby słabiej. Tak, wiem, zapłacili już w podatkach. Ale nie przychodzi im do głowy, że dostają właśnie to, za co zapłacili. Bo mit, zwłaszcza ładnie opakowany, musi kosztować.Tak, trudno im zaakceptować, że „szkoła bezpłatna”, której mit jest im tak miły, jest jednak droga. I, że sami tak naprawdę nie bardzo wiedzą, po co do tego sklepu przyszli, mimo, że najpierw chętnie zgodzili się nie decydować o dostępnym asortymencie.

      Ale dosyć już tych metafor – oświata powszechna wszędzie na świecie funkcjonuje na podobnych zasadach i boryka się na ogół z podobnymi problemami, które w sporej części sama produkuje. Jej krytycy (a krytykować ją jest dość łatwo) zapominają jednak, że oświata nigdy chyba nie będzie „sprawnie działającym przedsiębiorstwem”, z jednego, podstawowego względu – jest po prostu zawsze (ze społecznego wyboru) uwikłana w tysiące sprzecznych interesów, a przede wszystkim, głęboko zanurzona w socjalny nurt „edukacji dla wszystkich”, ów z gruntu fałszywie rozumiany egalitaryzm, niemożliwy do osiągnięcia, ale jednocześnie nieusuwalny ze sztandaru oświaty publicznej. Ludzie szukający rozwiązania jej problemów w drodze jej prostego(?) urynkowienia, zapominają, że niemożliwe jest urynkowienie połowiczne – nie da się zachować socjalistycznych mrzonek po stronie klienta, a pięknymi, liberalnymi kosztami obciążyć usługodawcę. Do tego bowiem sprowadza się, w panującym (niemal wszędzie na świecie), edukacyjnym paradygmacie dyplomu za darmo dla każdego, wysyłanie nauczyciela „na kasę, do Biedronki”. Dopóki dominować będzie przekonanie, że co, jak co, ale (darmowa, oczywiście) edukacja „Polakom się po prostu należy”, dyskusja o jakimkolwiek urynkowieniu jest czysto retoryczna. Zachowanie wyżej wspomnianego paradygmatu skazuje społeczeństwa na stałe balansowanie między kryzysem, a akceptowalnym stopniem zadowolenia w strefie budżetowej. Problem daje się utrzymać w ryzach różnymi metodami, które sprowadzają się jednak do dwu grup środków zasadniczych: Inwestycji i zamordyzmu. Przykładem zastosowania pierwszej grupy są państwa Beneluksu i skandynawskie (np. uwielbiana Finlandia). Grupę drugą stosuje się obecnie na Węgrzech. Być może nie ma co doszukiwać się tu zbyt dużo polityki, po prostu Finlandię stać na redystrybucję, a Węgier, niedoścignionego wzoru naszych asów dyplomacji, nie. Niemniej jednak, Finom należy oddać sprawiedliwość: Potrafią na tą niezbyt liberalną redystrybucję zarobić, odejść od mitologii na rzecz merytorycznych (dla siebie) rozwiązań, zadbać o wykształcenie nauczycieli i relatywnie dobrze im płacić. My raczej podążymy drogą Węgier – do września jakaś specustawa zlikwiduje prawo do strajku w szkolnictwie i po problemie. A entuzjaści twardych, ale sprawiedliwych mechanizmów rynkowych wreszcie odetchną z ulgą.

      Polubienie

  6. „…zapominają, że niemożliwe jest urynkowienie połowiczne”
    Jest możliwe! To systemy takie jak we Flandrii, Holandii, Szwecji, czy w małym zakresie nawet w Polsce: szkoły prywatne i na samodzielnym rozrachunku finansowym, ale poddane centralnym regulacjom programowym, finansowane albo tylko bonami (subwencją) albo z dodatkiem czesnego.
    Systemy w stylu polskiej powszechnej opieki medycznej: leczy Cię prywatny i samodzielny lekarz, a NFZ mu tylko płaci. Problem w polskim szkolnictwie w tym, że „subwencja” nie starcza na normalne funkcjonowanie – w państwowych szkołach muszą dopłacać gminy, w prywatnych rodzice czesnym.

    Polubienie

    1. Jakoś nie zauważyłem powszechnej chęci uiszczania tego czesnego, a subwencje, często uznaniowe, zależne od powiewu wiatru, bywają jedynym źródłem dochodu. I skoro ten system się tak doskonale sprawdza, to dlaczego jakoś nawet nie uwiera molocha? Może ta legendarna prywatność wcale realnie nie przekłada się na nadzwyczajną jakość wykształcenia?

      Polubienie

  7. We Flandrii i Szwecji wprowadzono dość prostą zasadę, że subwence (czy też bony) są ustalane niezależnie dla każdej gminy (paradoksalnie na wsiach większe w miastach mniejsze) w wysokości równej całkowitym wydatkom gmin na utrzymanie państwowych szkół. W Szwecji prywatnym szkołom nie wolno brać dodatkowo czesnego, ale bez problemu utrzymują się z tych bonów. We Flandrii mogą brać czesne, ale robią to tylko nieliczne, większość utrzymuje się z samych bonów.
    Tam jakoś nie uwiera, ale w uznaniu rodziców, wybierających prywatne szkoły częściej, niż państwowe, raczej jakość prywatnych szkół uznawana jest za lepszą. We Flandrii 85% uczniów chodzi do takich prywatnych szkół, a tylko 15% do państwowych. W szwedzkich dużych miastach podobnie, tylko na prowincji mniej, gdzie często w oddalonym mikromiasteczku istnieje tylko jedna szkoła państwowa.

    Na nadzwyczajną jakość się nie przekłada, ale na trochę lepszą 😉 Choć w pewnym stopniu i na nadzwyczajną – w Szwedcji ogromną popularność zdobyła sić Engelska Friskolan, prowadząca lekcje po angielsku i wypuszczająca nawet najzupełniej przeciętną młodzież, wybierającą potem zawodówki, a nie licea, z perfekcyjnym angielskim.

    Polubienie

  8. Gratulując Szwedom, muszę wyciągnąć oczywisty wniosek, że nasze społeczeństwo do takiego systemu nie dojrzało (nie tylko ono) i nie ma w nim powszechnego konsensusu co do kształtu oświaty publicznej. Polacy oczywiście chcieliby mieć fajne, darmowe szkoły, z fachowymi nauczycielami, pracującymi charytatywnie. Podtrzymuję jednak swoją opinię, że gdybyśmy przeprowadzili stosowne referendum, to mogę się założyć, że pytanie o prawo do strajku w oświacie zostałoby załatwione odmownie, ale kwestia przejścia na system bonowy lub NFZ-to podobny, również. I to jest właśnie ta hipokryzja, która w pełni usprawiedliwia i bieżący strajk, i istnienie czegoś na kształt KN.

    Polubienie

  9. Na system bonowy czy NFZ-podobny nie trzeba przechodzić – to jest stopniowe zastępowanie, a nie nagła zmiana. W Szwecji Friskolan rozwijają się już od chyba 20 lat – pierwotnie będąc marginesem obok szkół państwowych i stopniowo dochodząc do obecnego poziomu. Ale państwowe nadal tam istnieją, choć się marginalizują (poza maleńkimi miejscowościami) jako „szkoły ostatniego wyboru” dla tych, którym żadna prywatna nie odpowiada, ale podlegają obowiązkowi szkolnemu.

    Dla jego upowszechnienia w Polsce (zalążek, obsługujący chyba 2% dzieci, już istnieje) potrzeba nie referendum powszechnego, tylko wypłacania jako subwencji kwot takich samych, jak realnie za szkoły płacą gminy, czyli uwzględniając w kosztach edukacyjnych nie tylko subwencję, przekazywaną przez budżet centralny gminie, ale i to co ona dokłada, często ukrywając to w innych pozycjach budżetowych albo w ogóle nie wykazując kosztu (np. dając szkole budynek w użytkowanie bezpłatnie, ale prywatna szkoła musiałaby taki sam budynek od gminy wynająć).

    A prawo do strajku bym najchętniej zlikwidował. Nie tylko w oświacie, ale wszędzie. Również w sektorze prywatnym.

    Polubienie

  10. Dłużej – w Szwecji pozwolono na prywatne szkoły w 1992 i pierwotnie były małym marginesem obok państwowych.

    Zwróć uwagę, że nikt w Polsce nie robił referendum na temat pozwolenia prywatnym lekarzom działać obok państwowych przychodni i być finansowanymi przez NFZ. To są zbyt skomplikowane tematy na referenda.

    Polubienie

    1. Referendum było figurą retoryczną. Chodziło mi o stan świadomości. Obecny klimat sprzyja jednostronnemu postrzeganiu rzeczywistości. Ludzie „dojrzeli” już do bycia konsumentami, ale w żaden sposób nie chcą zaakceptować kosztów. Z łatwością przyjęli argument o płaceniu własnymi podatkami, ale wciąż nie bardzo interesują się, za co tak naprawdę płacą. Większość bezgranicznie ufa Lewiatanowi, a ten nigdy chyba nie działał w niczyim interesie oprócz własnego.

      Polubienie

  11. Jeśli była to figura retoryczna, to zupełnie nietrafna, bo nie wiadomo, co takiego niby mieliby Polacy odrzucić. Nie sądzę, żeby ludzie w Polsce podnieśli protest przeciwko temu, żeby takie szkoły, jak Jarosława Pytlaka, stały się darmowe i nagle by zaczęli je obchodzić szerokim łukiem i domagać się zamknięcia. Raczej byłoby tak samo, jak we Flandrii czy Szwecji, czy tak samo, jak w sprawie lekarzy rodzinnych w Polsce – w ciągu 20-30 lat rynek by opanowały szkoły prywatne, a państwowe się zmarginalizowały do bardzo małych miejscowości oraz nisz marginesu społecznego.

    Polubienie

    1. A kto stoi na przeszkodzie? Związki i strajk? To chyba byłaby łatwa diagnoza, ale niezbyt na poziomie, bo jak widać, siła przebicia niemal zerowa. Niech się stanie. Szkoła+.

      Polubienie

  12. Stoi na przeszkodzie rząd/sejm i wszystkie poprzednie, które utrzymują „subwencję” nie jak we Flandrii i Szwecji w wysokości realnych wydatków, ponoszonych przez gminy na utrzymanie szkół państwowych, tylko kilkukrotnie niższej.
    Gmina dostaje z budżetu centralnego „subwencję” i dopłaca drugie albo i trzecie tyle z podatków lokalnych, tnąc wydatki, jakie powinny iść na łóatanie dziur w jezdniach i podobne.
    „Subwencja” wystarcza na styk nawet na _dzisiejsze_ płace dla wymaganej kadry, przy obecnym pensum, nie mówiąc już o marzeniach strajkujących nauczycieli. A już utrzymanie budynków, ogrzewanie, oświetlenie i papier toaletowy w kiblu, to zapewnia gmina z podatku od psów na swoim terenie.

    A niepubliczna szkoła dostaje tylko subwencję, a zamiast (obok branego przez gminę) podatku od psów musi brać zaporowe czesne. Akceptowalne tylko dla około 2% najbogatszych Polaków.

    Polubienie

  13. Zacytopwałem przestarzałe dane.
    Wg GUS, w roku szkolnym 2016/17 (ostatnie dostępne dane) w szkołach niepublicznych w Polsce uczyło się 4.7% uczniów. W podstawówkach nawet więcej – 6.4%.

    Mimo zaporowego czesnego…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.