Karibu u stóp Kilimandżaro

Kilka słów wyjaśnienia… To prawda, że okolice słynnego wulkanu (a raczej wulkanów) roją  się od rozmaitych parzystokopytnych, ale krewnych Rudolfa raczej nie należy się tam spodziewać. Karibu to pozdrowienie w suahili, będące odpowiednikiem angielskiego welcome i jest chyba najczęściej słyszanym przez turystów słowem w tym języku.* Spieszę z zapewnieniem, że nie zmieniam profilu blogu na podróżniczy i w dalszym ciągu jego motywem przewodnim pozostaje szeroko rozumiana edukacja. Tym razem tekst będzie miał wymiar dość osobisty, dotyczy bowiem edukacji mojej córki.

Moje dziecko, wiedzione nastoletnią żądzą przygody, patriotycznie odpowiedziało na apel b. wiceministra oświaty naszego „dobrze” zmienianego kraju. Postanowiła dać dobry przykład i nie blokować niepotrzebnie miejsca w naszym wzorowo reformowanym systemie szkolnictwa. Nie należy co prawda do tzw. podwójnego rocznika, ale sztuka jest sztuka i gdyby więcej uczniów poszło w jej ślady i zechciało zsiąść ze szkolnego wozu drabiniastego, MEN-owskim chabetom od razu zrobiłoby się lżej, a pisowska legenda „wszystkiego policzonego” nabrałaby chociaż pozorów prawdopodobieństwa. Mówiąc precyzyjniej, córka została właśnie stypendystką UWC (United World Colleges), która to fundacja (a raczej jej polski oddział, czyli Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata im. prof. Pawła Czartoryskiego) nie otrzymuje choćby symbolicznego wsparcia od naszego ministerstwa. Widać uznało ono, że na promowane przez Towarzystwo multi kulti i inne nienarodowe fanaberie nie będzie marnować cennych środków, które przeznaczyć może na dalsze zawracanie kijem Wisły. Bardziej mnie to cieszy, niż martwi, bo tym samym nie muszę czuć się wdzięczny instytucji, której nie darzę ostatnio zbytnią sympatią.

Stypendium UWC umożliwia zdobycie IB w jednej z 17 szkół rozsianych po całym świecie, w raczej egzotycznych lokalizacjach. W tym roku, do tego grona, jako 18-ta, dołączyła  International School Moshi (ISM) w Tanzanii i tam właśnie moja córka zdobywać będzie dalsze wykształcenie w systemie anglosaskim, wolnym od przedmiotów „michałków”, balastu zaciekawiania niezainteresowanych i szukania motywacji u niezmotywowanych. Nie będę tu streszczał założeń i celów fundacji – zainteresowani z łatwością je sobie wyguglają. Najogólniej rzecz biorąc, chodzi o stworzenie warunków do wymiany kulturowej i intelektualnej młodym ludziom z całego świata, poprzez uświadomienie im mnogości perspektyw jego postrzegania (pozostaje mieć nadzieję, że przełamywanie stereotypów nie będzie następowało w sposób łopatologiczny). Nie muszę chyba dodawać, że oprócz kwalifikacji językowych i innych, czysto szkolnych na odpowiednim poziomie, stypendyści i inni chętni powinni charakteryzować się otwartością na odmienność – w szkole mojej córki uczą się ludzie z 65 państw i, poza gospodarzami, prawie nie zdarzają się ludzie pochodzący z jednego kraju. Muszę przyznać, że sam nie byłbym chyba dobrym kandydatem dla UWC, bo życie w boarding school, której atmosfera przypomina raczej kibuc, niż typowy kampus, to raczej nie moja bajka. Byłem, podobnie jak matka dziecka, pełen obaw (to w końcu odległy kraj tzw. Trzeciego Świata, o którym raczej niewiele wiemy) i stąd też pomysł, by szkołę obejrzeć na własne oczy, a przy okazji zrobić sobie ciekawe wakacje. Choć nie wszystkie nasze wątpliwości zostały rozwiane (dwa lata w warunkach obozu harcerskiego, to jednak pewne wyzwanie), uznaliśmy, że nie możemy stawać dziecku na drodze realizacji jej marzeń, bo nam tego nie daruje.

No, cóż, „projekt Tanzania” rozpoczęty (już 6-go sierpnia). Wiek nastoletni ma swoje prawa i lęki geriatrii nie powinny ich za bardzo krępować, jeśli tylko nie sprawiają wrażenia samobójczych. O wiedzę, możliwości i miękkie kompetencje swojego dziecka jestem raczej spokojny, jest też bardzo samodzielna. Co z tego wszystkiego wyniknie, zobaczymy – dziecko z pewnością niewiele straci w porównaniu ze stagnacją, której (z różnych przyczyn) doświadczała w swojej dotychczasowej szkole, języka jeszcze jej tatuś pozazdrości (wykładowcy w zdecydowanej większości z UK i USA, plus codzienna, nieunikniona i nienegocjowalna praktyka), no i wreszcie będzie miała czas na rozwój (także fizyczny), rozmowy z przygotowanymi tutorami, niewymuszone dyskusje z rówieśnikami (wyobraźcie sobie Państwo, że właśnie poskarżyła mi się, że zabrakło jej słownictwa przy rozmowie z Niemką i dziewczyną z Izraela o… Holokauście!).  Naturalną implikacją tego wyjazdu jest niełatwa dla rodziców świadomość, że najprawdopodobniej ta przygoda nie skończy się na dwóch latach pracowitych „wakacji” w Tanzanii – już po kilku miesiącach czekają ją pierwsze próby pisania aplikacji na uniwersytety i raczej nie będzie to UŁ, UW, ani nawet UJ…

Myślę, że do Moshi (tanzańskie „zagłębie” edukacyjne – co róg, to szkoła, państwowa, prywatna, podstawowa, średnia, przykościelna, misyjna, sponsorowana przez rozmaite organizacje, państwa, itd, itp.) będę jeszcze, przy okazji obserwacji i analizy działania ISM, wracał w swoich wpisach. Przede wszystkim żywię nadzieję, że projekt socjologiczny nie zastąpi tu, ani nie uszczupli merytorycznego. To, co wiem do tej pory od absolwentów, uczniów i wykładowców różnych szkół UWC, działa uspokajająco, ale, biorąc pod uwagę edukacyjną gorączkę w Tanzanii**, będę trzymał rękę na pulsie. W żadnym wypadku nie chciałbym, by próbowano tam malować jakiś  kolejny Portret Młodych, o co, w tych okolicznościach przyrody, byłoby niezmiernie łatwo. Tak, to przecież sami młodzi-zdolni z całego świata, przebojowi, uspołecznieni i na dodatek uzbrojeni w Internet. Na szczęście jednak, absolutnie od siebie różni i niesformatowani przez niczyje chciejstwo. Oby nikt nie zechciał propagować tam np. nowego mitu Linette, pod dowolnym imieniem (O jej odpowiednik również byłoby nietrudno, warunki w końcu bardzo podobne – do Kenii stamtąd, rzut beretem).

Równo miesiąc po rozpoczęciu roku szkolnego, mam już pewne refleksje. Pierwsza, nienowa, niezbyt dla mnie odkrywcza i w sumie dość oczywista, wciąż jest raczej nieobecna w świadomości społecznej i dlatego wydaje mi się warta propagowania (i powtarzania), tym bardziej, że mam już na jej prawdziwość niepodważalne dowody, w postaci funkcjonowania swojego własnego dziecka w nowej rzeczywistości oświatowej: Otóż, powszechnie uznana za właściwą, pseudo egalitarna edukacja uporczywa, zestawiona z modelem w pełni dobrowolnym, jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Wszelkiej logiki pozbawione są także usiłowania nakierowane na stworzenie systemu maskującego ten fakt, w którym to systemie, każdy, z założenia, jest jednakowo chętny, a jeśli nie, to winni tej niezrozumiałej przypadłości są wszyscy, oprócz samych (nie)zainteresowanych. Zrozumienie bezsensu takich dążeń i miałkości całego, pseudo filozoficznego tła, dającego im ideologiczne i pedagogiczne (sic!) uzasadnienie, nie ma nic wspólnego z akceptacją i systemowym wprowadzeniem nierówności i wykluczeń – wręcz przeciwnie, daje wszystkim możliwość rozwoju na miarę aspiracji, a nie według urojonych standardów 80-procentowego umagistrowienia na siłę. Tak rozumiane szkolnictwo (realnie wdrażane np. przez UWC i podobne przedsięwzięcia), oparte na wolnej woli i autentycznej, a nie domniemanej, lub mozolnie fałszowanej motywacji, wcale nie faworyzuje tych o największych ambicjach – daje im jedynie (i aż) możliwość ich realizacji, zdejmując im z barków balast traconego czasu i energii. Podobnie, nie jest prawdą, że beneficjentami takich inicjatyw są jedynie bogate (lub jakiekolwiek) elity. Osobiście, w wyznaczonych przez zmowę władzy i suwerena warunkach ekonomicznych, zagwarantowanych polskiemu nauczycielowi, o sfinansowaniu dziecku fanaberii uczenia się w takiej szkole mógłbym jedynie pomarzyć (jeśli myśl taka w ogóle postałaby mi w głowie, cały czas zajętej dywersyfikacją poziomu nauczania, przy niedywersyfikowalnym poziomie zdawalności). Należy wreszcie przyjąć do wiadomości,  że obdarzonych kłopotliwą skłonnością do zdobywania wiedzy nie ma aż tak wielu, by nie mógł sobie z ich liczbą poradzić dobrze skonstruowany (z założenia pluralistyczny) system stypendialny. Odmawiając dobrowolnemu, niesponsorowanemu przez polityczną wolę systemowi oświaty racji bytu, wcale nie przyczyniamy się do ograniczania zawłaszczania świata przez podłe elity i burżuazję w rodzaju Ivy League, lecz w istocie zwalczamy ich potencjalną konkurencję. Na dodatek, skazując rzesze nieopanowanych żądzą rozumienia świata na wyścig o zbędne im magisteria, deprecjonujemy szkoły średnie i wyższe poprzez nieustanne równanie w dół, a samych uczniów pozbawiamy możliwości realnego wykorzystania maksimum ich potencjału.

Drugie spostrzeżenie, również dosyć mało oryginalne, dotyczy jakości kształcenia, oferowanego przez polski, niewydolny, wciąż krytykowany i podobno prymitywnie transmisyjny system edukacyjny. Niespodziewanie, niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, jakość ta, niedostateczna dla większości różowego kisielu, okazuje się (wcale nie w odosobnionych przypadkach) zupełnie wystarczająca na forum międzynarodowym, kiedy już owoce tego ułomnego kształcenia mają szansę zaistnieć na neutralnym gruncie. Fakt ten zdaje się ignorowany, bądź deprecjonowany. Powstaje pytanie o przyczynę istnienia tej przepaści w ocenie. Czyżby zgniły Zachód rzeczywiście hodował sobie troglodytów i piał z zachwytu nad Polakami, którzy łaskawie nawiedziwszy jego szkoły, okazują się często dużo lepsi (sami z siebie?***), niż miejscowi „geniusze”? Oczywiście, że nie. Sedno problemu tkwi w oczekiwaniach – podczas gdy nasze „obudzone” towarzystwo wielbicieli Spitzerów, Kahnów i Robinsonów chce fińskiego cudu nad Wisłą (nie dysponując odpowiednimi środkami, lekceważąc odmienność kulturową i mentalną, oraz oczekując wyższej średniej dla wszystkich), mniej idealistycznie nastawione środowiska edukacyjne na świecie (tak, w relatywnie bogatej Finlandii też) już dawno zorientowały się, że cuda nie są egalitarne. Nie rezygnując z politycznie poprawnej otoczki (i z jak najbardziej sensownych założeń dobrej praktyki nauczycielskiej), już od dawna realizują one nieoficjalnie model edukacji różnych prędkości (a raczej różnych celów), dzięki któremu Tuula, która chce pracować dla szwedzkiego, lub amerykańskiego pracodawcy jako ceniony specjalista, a nie tani, łatwo wymienialny trybik w koncernie, oraz Timo, który chce zwozić drzewo z lasu mogą czuć się w szkole równie dobrze, bo nikt nie stawia im przez całe ich szkolne życie tych samych wymagań za wszelką cenę. My tymczasem nigdy nie jesteśmy zadowoleni i nie doceniamy niczego, co posiadamy; wielbimy za to umysłową franczyzę i magię prostych, koniecznie uniwersalnych rozwiązań, które gdzieś tam podobno istnieją i trzeba je na gwałt wprowadzić. I właśnie wprowadzamy. Tym razem oryginalnie, na przekór wszystkim, na złość babci i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. Na własną prośbę, przy totalnej obojętności tzw. postępowych dydaktyków, milczeniu gulgoczącego dotąd radośnie różowego kisielu i żałosnej bezradności zaangażowanych środowisk rodzicielskich, dokonujemy dekompozycji systemu jakoś działającego, by, nie zmieniając praktycznie nic prócz nazewnictwa, zafundować sobie kolejną dekadę „cyrku w budowie”. O tak, my po prostu uwielbiamy urządzać się w dupie. Taki (kolejny) sport narodowy. Powstanie, rewolucja, „dobra” zmiana, byle żyć w ciekawych czasach. Nie doceniamy rzeczy nienaznaczonych krwią, martyrologią i wstawaniem z kolan, a w gruncie rzeczy tych wypracowanych, przemyślanych i działających, bo zawsze są nie dość doskonałe i nie dość wielkie. Lepiej wciąż od nowa urządzać się w miejscu wskazanym przez klasyka. Nie będziemy przecież płakać po (niewielu, bo niewielu) dobrych szkołach i ich kadrach, a zwłaszcza po osiągnięciach młodych ludzi, którzy osiągaliby jeszcze więcej, gdyby nie kazać im uczyć się na zmiany do 19-tej, w zaadaptowanych na klasy piwnicach i na strychach (może rzeczywiście lepiej do lasu z tą matematyką?), zaliczać bzdur z piętnastu przedmiotów (tradycja), ani czytać książek jako realizacji projektu (nowoczesność). Nikt też w tym kraju nie docenia realnego wysiłku nauczycieli, którzy jeszcze pracują, a nie jedynie „zaciekawiają” – prościej jest ich ignorować, lub glanować na forach „oburzonych” chwilowym zamknięciem świetlicy. Łatwo sterowalna tłuszcza nie zauważa, że to nie ideologia stoi za sukcesami owych uczniów i nauczycieli, ale ich własna praca, w której nie należy im przeszkadzać – zmotywowanych nie zmotywuje się bardziej, a tych motywacji pozbawionych i tak nie namówi się na poznawanie trzeciego języka obcego, ani mechanizmu transkrypcji RNA. Kiedy ta prawda dotrze wreszcie do decydentów, a przede wszystkim do opiniotwórczego, „obudzonego” lobby, zarażonego jakimś socjalistycznym, a w gruncie rzeczy antyintelektualnym wirusem? Chyba nieprędko. O społeczeństwie lepiej w ogóle zmilczeć. Tymczasem, wygląda na to, że nasze szkoły opuszcza sporo zdolnych, pragnących się uczyć młodych ludzi, z otwartymi głowami**** (o dziwo, wcale nienarzekających na swoich nauczycieli, niemodne siedzenie w ławkach i archaiczne (sic!) wykłady). Ich „kariery” zwykle utykają gdzieś na etapie matury, bądź magisterium. Coś złego dzieje się u nas w mechanizmie transkrypcji wiedzy ucznia (konsekwentnie niedocenianej i deprecjonowanej) na jego umiejętności (pozostają gloryfikowane, ale zupełnie bezużyteczne). Za granicą, ten zacięty mechanizm  zostaje natychmiast odblokowany i twórczo wykorzystany (nagle okazuje się, że nikomu nie brak miękkich kompetencji), tyle że, w zdecydowanej większości przypadków, nie przynosi już korzyści ojczyźnie zainteresowanego, a jemu samemu też nie zawsze i niekoniecznie. Wszyscy nasi zmieniacze zastanawiają się nad metodycznymi i dydaktycznymi niedoskonałościami (m.in. właśnie nad owym knowing-doing gap) naszej szkoły, ale chyba żaden nie mówi głośno, że jedną z przyczyn nikłej obecności Polski (nie polskich naukowców!) na rynku naukowym jest w dużej mierze hodowanie wielokrotnie przeze mnie wymienianych  gruszek na wierzbie (motywacja z kosmosu, permanentna ciekawość, egalitarność dążeń i ambicji). W rezultacie, te wciąż rosnące na gruszach nie są albo w ogóle zbierane, albo też są nonszalancko eksportowane po cenach godnych republik bananowych. Taki intelektualny (ale łatwo przeliczalny na € i $) drenaż trwa od dziesięcioleci, ale przybiera teraz na sile, jak się zdaje, ku wielkiej uldze tych, którzy i tak nie potrafią istniejącego potencjału zagospodarować. Być może więc, słowa wiceministra Stanisławka należałoby potraktować jako dobrą, przemyślaną radę, a nie przypadkowy lapsus, czy cyniczne uzupełnienie ignorancji przełożonej.

Analiza zajęć i prac córki pozwala mi na jeszcze jedno „A nie mówiłem?”. Wspomniany potencjał uczniów uwolnić można w dość prosty sposób, nie odwołując się co rusz do „odkryć” teoretyków ręcznego zaciekawiania: Wystarczy nie traktować uczących się ludzi jak idiotów, niezdolnych do oceny sytuacji i samodzielnego myślenia. W warunkach szkoły celującej w rozwój człowieka, a nie w realizację podstawy programowej dla mądrych inaczej, szesnastolatki czytające Shakespeare’a w oryginale i piszące eseje o jego dramatach nie są traktowane jak ewenementy urwane z choinki, żywe relikty słusznie minionej epoki analogowej, albo przygłupy, wymagające podyktowania zestawu wyrażeń koniecznych. Stawia się je przed problemami, a nie rozwiązaniami, wymagającymi zakreślenia. Mogą je przedyskutować, a następnie dojść do własnych wniosków i wyrazić je na piśmie. Rzecz niewyobrażalna w MEN-owskiej szkole – własne przemyślenia, nieprzepisane z opracowań! Skąd? Jakim cudem?! Bez NaCoBeZu, dramy, klucza, podyktowanej notatki i Shakespeare wielkim poetą był? Nie da się! Jednak się daje. Mimo, że piszące nastolatki są bez wyjątku cyfrowymi tubylcami i nigdy wcześniej dzieł wielkiego dramaturga nie czytały. Po prostu, nauczyciel w takiej szkole nie musi stosować się do założenia, że uczeń jest programowo niezdolny do używania swojej inteligencji. A przede wszystkim wie, że grupa, z którą właśnie ma do czynienia, jest w klasie z własnej woli.

Na koniec, obserwacja niezwiązana bezpośrednio z procesem edukacyjnym, której nie mogę sobie jednoznacznie wytłumaczyć, bo mam za mało danych – gros stypendystów UWC stanowią dziewczyny. Przyczyn tego faktu mogę się jedynie domyślać, ale obstawiam dwie. Pierwsza to nabór faworyzujący płeć żeńską, a właściwie słynne miękkie kompetencje, które, niezależnie od faktycznego ich posiadania, są zdecydowanie lepiej, a raczej dobitniej uzewnętrzniane przez kobiety. Niestety, jeśli ta hipoteza jest słuszna, mechanizm ten wcale nie działa, jakby się mogło zdawać, w interesie dziewczyn – konkurencja między nimi zaostrza się, podczas gdy, w pewnych okolicznościach, wystarczy być męskim rodzynkiem, by się przez sito przedostać. Drugą jest obserwowana i postępująca, mentalna demaskulinizacja i swoiste odwrócenie ról – okazuje się, że zdecydowanie mniej chłopców, niż dziewczyn gotowych jest na  puszczenie spódnicy mamusi, eksplorację nowego środowiska i związanych z nim możliwości. Zdumiewające.


 

*Suahili to środkowoafrykańska lingua franca, powstała na bazie języków Bantu, wzbogacona wtrętami z arabskiego, portugalskiego, niemieckiego i angielskiego.

**Mimo znikomej efektywności, oświata cieszy się w Tanzanii ogromną estymą. Samo posiadanie szkolnego mundurka daje „awans” społeczny, a zdobycie jakiegokolwiek zawodu obwarowane jest wykazaniem się stosownym wykształceniem. Wśród Tanzańczyków powszechne jest przekonanie, że edukacja, to jedyna droga do lepszej przyszłości. Nie chciałbym, by na fali tego narodowego entuzjazmu, szkoły międzynarodowe (funkcjonujące tam niejako na marginesie systemu) stały się polem do uprawiania propagandy sukcesu i taniego internacjonalizmu.

***Nie wątpię, że jest wielu tzw. dobrych uczniów, którzy, być może nieświadomie, stanowią „dobro wspólne” swoich szkół i są przez nie wykorzystywani jako wizytówki i dostarczyciele „trofeów”, eksponowanych na ścianie lub stronie internetowej. Znam jednak sporo przykładów sukcesów, będących efektem współpracy uczniów posiadających potencjał i nauczycieli, potrafiących ten potencjał dostrzec i rozwijać.

****O miejscu, które stanowi dla takich uczniów niejako naturalny habitat, wspominałem już tutaj, pod koniec wpisu i mogę jedynie dodać, że wcale nie chodzi o żadnych geniuszy, kujonów, ani odrealnionych geeków.

 

 

28 myśli na temat “Karibu u stóp Kilimandżaro

  1. Toż tylko z całego serca gratulować córce! Na ile wiem, to jakość edukacji w UWC jest o niebo wyższa, niż w systemie polskiej szkoły masowej. Jeśli dostała na to stypendium, a nie musisz sam za edukację na poziomie płacić, to gratulacje tym większe!
    Gratulacje tym większe, że jak sam piszesz o dalszej karierze „raczej nie będzie to UŁ, UW, ani nawet UJ”. Mogę tylko wyżalać się, że za moich czasów studia za granicą były niemożliwością, ale niech ją przynajmniej spotka coś lepszego, na co ją tylko intelektualnie stać!

    „Nie będziemy przecież płakać po (niewielu, bo niewielu) dobrych szkołach i ich kadrach, a zwłaszcza po osiągnięciach młodych ludzi, którzy osiągaliby jeszcze więcej, gdyby nie kazać im uczyć się na zmiany do 19-tej”
    A Ty płaczesz po tym, że Twoja córka uczyć się będzie w szkole UWC w Tanzanii (a nie w jednej z niewielu dobrych szkół w Polsce), a potem pewnie w Oxfordzie, a nie w Łodzi?
    Swoją drogą – „dobra zmiana” nie prowadzi do dalszego deformowania tych nielicznych dobrych szkół (znam trochę tylko Staszica), a raczej wprost przeciwnie – daje im z powrotem cztery, a nie tylko trzy lata, właśnie na prowadzenie elitarnej edukacji dla chętnych na nią.
    Płaczesz nad tym, że jakaś (z tych niewielu) dobra szkoła straciła okazję, by taka uczennica podbiła jej miejsce w rankingach, a jej kadra straciła okazję obcowania z inteligentną dziewczyną?
    Płaczesz po tych, utraconych przez córkę osiągnięciach, jakie miałaby w jednej z tych (nielicznych) szkół, które nie mają zajęć do 19 mimo podwójnego rocznika, ale jakich to osiągnięć w Tanzanii z pewnością nie osiągnie?

    Nie przeginaj z propagandą i rzucaniem błotem w PiS przy każdej okazji!
    Polski oddział UWC istnieje od 1991 i nie otrzymywał wsparcia od MEN nigdy dotąd. Albo więc (co podejrzewam, bo deklaruje całkowitą niezależność) nie chciał ani grosza od państwa, albo ideologicznie jest równie wstrętny wszystkim kolejnym partiom rządzącym od niemal 30 lat.

    Zmiana podejścia do aksjologii systemu szkolnego, o jakiej piszesz (w czym się z Tobą w 100% zgadzam, więc nie mam co się rozwodzić) będzie w Polsce długotrwała i niezwykle trudna, bo nie jest sprawą mentalności i arogancji PiS-u, tylko mentalności i ideologii nie tylko wszelkich ośrodków władzy, ale przede wszystkim środowiska nauczycielskiego, pedagogiki akademickiej i utrwalonej (co najmniej od pokolenia powojennego) tradycji egalitaryzmu w stylu „grrrówno, grrrówno, każdemu po równo”.

    Zaciekawia mnie ta znacząca większość dziewcząt wśród stypendystów UWC. Muszę przemyśleć, a może poczytać coś… Nie podejrzewam prostego mechanizmu promowania ich, raczej płeć jest tylko źródłem, działającym przez jakieś czynniki pośrednie.

    Polubienie

  2. Dzięki :). Po prawdzie, to ja częściej zbieram gratulacje, niż sprawczyni zamieszania, ale wszystkie skrupulatnie przekazuję. To oczywiście nie tylko edukacja, ale także przygoda, o której nasze pokolenie mogło jedynie pomarzyć, śledząc losy Tomka na Czarnym Lądzie – szkoła dba o to, by wizyta w Tanzanii nie kończyła się na granicach kampusu. Oczywiście, to w dalszym ciągu wąski margines edukacyjnych możliwości, ale jak najbardziej realny, dla, uwaga, zmotywowanych. Mówiąc szczerze, poza edukacją językową, nie ruszyłem nawet palcem, by o taką szkołę dla dziecka zabiegać – w końcu maturę międzynarodową można zdobyć w wielu miejscach w kraju, nie ruszając się z własnego miasta i nie narażając na kontakt z Plasmodium malariae. Sama sobie wymyśliła, że można uczyć się nie tylko w szkole za rogiem, kontaktowała się z ludźmi o podobnych zapatrywaniach, wyszukała sobie źródło finansowania, sama pisała eseje. Kiedy nie powiodło się za pierwszym razem, próbowała dalej. Po prostu szukała wyzwań, których jej własna szkoła (w tym uczęszczający do niej ludzie) jej nie stawiała. Nie mogę zaprzeczyć, pękam z dumy. I oczywiście nie żal mi, że się z demotywującego środowiska wyrwała.

    Jeśli coś mnie wkurza, to także na pewno nie to, że liceum ma znów do dyspozycji cztery lata. Trudno mnie też raczej posądzić o socjalistyczne ciągoty, ale zawsze mi się wydawało, że przy całym przywiązaniu dla wartości liberalnych i poszanowaniu dla indywidualizmu, nie może cieszyć mnie fakt, że jedyną perspektywą dla myślących 20% ludzi jest wyjazd z kraju. Dlatego właśnie żal mi szkół i nauczycieli, którym przerwano pracę. W Staszicu (i podobnych), którego często wspominasz, ludzie nie biorą się z Księżyca. Kończyli jakieś gimnazja – nie byli jedynie produktem edukacji domowej (choć z pewnością dom ukształtował ich charaktery i wspierał w dążeniach). Z pewnością nie wszyscy są też genialnymi samoukami. Mówię o znikomym procencie szkolnej populacji, ale fizycznie istniejącym. Poza tym, dobra szkoła to nie tylko ta adresowana do intelektualnej śmietanki. Oxford nie jest celem dla 99.99% populacji i nie mogę mówić, że żałuję, że pozostały promil ma na studiowanie tam jakąkolwiek szansę. Oczywiście, że się cieszę, że moje dziecko może o tym myśleć. Uderzę jednak w styl sentymentalny, i powiem, że żal mi „mojego” gimnazjum. Nie dlatego, że przepracowałem tam niemal 20 lat. Dlatego, że w warunkach mu danych, wykonało kawał dobrej roboty w niełatwym środowisku (zapewne dlatego, że miało na to odpowiednie warunki i niezłą kadrę, a nie wiązaną sznurkiem prowizorkę „wszystkiego policzonego”). Nie idealizuję go. Nie ze wszystkim i nie ze wszystkimi było mi po drodze, ale uważam, że jego „wygaszenie” było błędem. Oczywiście, naprawialnym. W sensie biurokratycznym – po prostu, ktoś inny, gdzie indziej, inaczej wykona tę pracę. Będę robił to samo, w innym miejscu. Po drodze jednak zmarnowano markę, potencjał i odebrano wielu wartościowym ludziom chęć do wykonywania zawodu. Na dodatek zrobiono to wyłącznie z pobudek ideologiczno – politycznych. Jeśli w skali kraju to samo stało się w choćby dziesięciu przypadkach, to jest to już granda i społeczne szkodnictwo. Wielokrotnie słyszałem, że taką samą grandą była reforma poprzednia. Niewątpliwie, to również było trzęsienie ziemi, z tym że łączyło się raczej z budowaniem czegoś nowego, niż z niszczeniem starego i było wyrazem optymistycznej dążności do kompatybilności z systemami w reszcie Europy, które, wydawały się lepiej sobie radzić „z wyzwaniami przyszłości”. To, że w żaden sposób nie było to posunięcie doskonałe i niekoniecznie przyniosło spodziewane efekty, nie oznacza jeszcze, że system „przywracany” był lepszy, a zwłaszcza, że efekt Wow! da się uzyskać wstecznym przemianowaniem, jak utrzymuje prawdziwie działająca propaganda. Pominę tu koszmarną stratę czasu i styl dokonania tych zmian, bo jest to błoto, przy którym kilka moich garści (i setek ludzi mi podobnych) to musze bździny.

    Co do finansowania UWC, wyraziłem jedynie zadowolenie z faktu, że nie jest wspierane przez MEN (brak możliwości wywierania nacisków) i przekonanie, że takie wsparcie byłoby niemożliwe w pisowskiej wersji rzeczywistości. Co do wsparcia wcześniejszego, nie jestem wcale pewien, czy go nie było – muszę sprawdzić, bo coś obiło mi się o uszy, a nie chcę publikować domysłów. I doskonale zdaję sobie sprawę, że PiS nie ma monopolu na szkolną głupotę, choć świetnie sobie radzi w roli jej chorążego.

    W kwestii dysproporcji płci, to obserwacja ta dotyczy także (nielicznych) turystów i (licznych) przedstawicieli przeróżnych misji i projektów realizowanych w Tanzanii. Oczywiście, moje spostrzeżenia nie są statystycznym dokumentem, ale coś jest na rzeczy.

    Polubienie

  3. Sądząc po tym, że do Staszica nie trafiały dzieci z pewnej wąskiej, powtarzającej się grupy gimnazjów, tylko po najróżniejszych (nadreprezentowane było tylko równie matematyczno-informatyczne gimnazjum przy Staszicu), to raczej szkoły niższego szczebla nie mialy na to żadnego wpływu, a trafiało się tam dzięki własnym talentom, rozwijanym od szkół zupełnie niezależnie – właśnie z Księżyca. W czasach Gottwalda trafiali tam uczniowie po najróżniejszych podstawówkach. W całym swoim libertynizmie muszę przyznać, że w kilku znanych mi przypadkach pomocny okazał się proboszcz i Caritas fundujący stypendium na liceum poza domem i utrzymanie się w Warszawie. Jednym pomogli (motywacyjnie, intelektualnie, organizacyjnie, finansowo) rodzice, innym ciocia, jeszcze innym proboszcz, sąsiad, bibliotekarka z domu kultury, czy ktoś z Olimpiady Matematycznej Gimnazjalistów, ale wśród takich pomocnych ludzi z otoczenia społecznego dzieciaka nauczyciele nie byli zauważalnie liczniejsi od innych ludzi.

    Polubienie

    1. Nigdy i nigdzie nie utrzymywałem, że wpływ nauczycieli jest przemożny. Przy analizie rzeczywistości szkolnej, nie można pominąć faktu, że celem gimnazjów nie było intelektualne wysublimowanie (czego oczywiście żałuję). Będę jednak twierdził, że „moja” szkoła znacząco zawyżała średnią, nie koncentrując się jedynie na olimpijczykach i nie mogąc dokonywać selekcji targetu. Populistycznie indukowana chęć ponownego wejścia do rzeki, która już dawno zmieniła bieg nie może przynieść dobrych efektów – przyniesie nijakie i obojętne, okupione latami zamieszania. No cóż, nie takie „zmiany” widziałem, ale obiecałem sobie, że odpuszczę sobie szkołę publiczną, jeśli ktoś zacznie skłaniać mnie do pracy przy „akademiach ku czci”, lub w jakikolwiek sposób zechce ingerować w treść moich zajęć.

      Polubienie

  4. Znowu odkręcasz kota ogonem. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy Twoje gimnazjum zawyżało, czy zaniżało średnią, realizując cele inne (by nie powiedzić, że często sprzeczne) z edukacją dobrowolną, na jaką właśnie załapała się Twoja córka, czy jaką można dostać w niszowych liceach typu Staszica. Uznając sensowność _wyłącznie_ dobrowolnej edukacji dla chętnych i zdolnych, nie ma co płakać po gimnazjach i posadach ich nauczycieli, bo one (poza znów bardzo nielicznymi, organizacyjnie powiązanymi z niszowymi liceami) nie przyczyniały się do tej edukacji dla mniejszości ani trochę, a często przeciwnie – demotywowały i przeszkadzały, przeciążając bzdurami.

    Polubienie

    1. Niczego nie odkręcam. To, o czym piszesz dotyczy systemu dość abstrakcyjnego dla przeciętnego obywatela, a ja poruszam się w rzeczywistości mi danej. Mogę sobie tęsknić do edukacji dowolnej, a pracuję w systemowej (oczywiście, nie muszę i stosowną deklarację odnośnie momentu krytycznego złożyłem poprzednio :)). Uważam, że niezależnie od platońskiego ideału, rzeczywistość doświadczana ma znaczenie, nawet jeśli nam się nie podoba i nie bardzo możemy ją zmienić (może nawet tym bardziej). Mniejsze zło istnieje realnie! Nie ośmielam się dyktować jego granic nikomu, mam swoje. Uważam, że władza nadużyła mandatu, czego by nie powiedzieć o tym, jaka szkoła nam się podoba i jaka powinna być i jakie realnie były gimnazja. Deforma nie stanowi żadnej alternatywy – jest zmianą dla zmiany, a raczej dla politycznej korzyści. Saldo pewnie wyjdzie na zero, a o ludziach nikt nie pomyślał – norma.

      Polubienie

  5. Odkręcasz, popadając w dublethinking i uzasadniając jednocześnie dwie rzeczy ze sobą sprzeczne. Jeśli tęsknisz do edukacji dowolnej, to ciesz się, jeśli systemowa się rozsypuje, a nie tęskniąc do jednego domagaj się utrwalania czegoś z tą tęsknotą sprzecznego. Przyjmij, że bez rozpirzenia systemowej, żadnej innej nie będzie, wręcz gorzej, bo nasilać się będą wszystkie wady i padologie tej systemowej, a rozpirzenie nie wyrządza szkody uczniom, a jedynie belfrom. Nie ma znaczenia, czy rozpirzenie będzie skutkiem niskich pobudek PiS, wysokich kogoś innego, czy powrotem bezosobowego naprawdę złośliwego wirusa belferskiej grypy, jaki przeniesie 95 belfrów na renty inwalidzkie.

    „edukacji danej” nie akceptuję i cieszę się, gdy się rozpada. Nie widzę w tym rozpadzie żadnych zagrożeń, poza osobistymi frustracjami pracowników systemu. A być może te frustracje przyniosą wręcz pożytek, czyli część odejdzie i nie trzeba będzie im płacić. Świetlicę da się zorganizować dużo niższymi nakładami i liczbą pracowników.
    Ci nieliczni, którzy chcą się uczyć sensownie i tak dostaną stypendia od UWC i podobnych insytucji, rozpad organizacyjny państwowego szkolnictwa im w tym nie przeszkodzi, a może nawet pomóc.

    Władza nie nadużyła mandatu, tylko zachowała się niezgodnie z oczekiwaniami środowiska nauczycielskiego. Mandatu, to nadużyła w stokroć większym i groźniejszym wymiarze w stosunku do sądownictwa. W stosunku do nauczycieli się po prostu zachowała arogancko, ale to, co zrobiła, jest pożyteczne.

    „Deforma nie stanowi żadnej alternatywy – jest zmianą dla zmiany, a raczej dla politycznej korzyści. Saldo pewnie wyjdzie na zero.”
    Ja o skutkach, a Ty w kółko o motywacji tej „deformy”… I jakoś nie widzisz tego, że nastawienie sobie na noże ponad pół miliona wyborców (plus ich rodzin) nazywasz „polityczną korzyścią”.
    W takim rozumieniu „polityczna korzyść” nie znaczy nic innego poza przyklejeniem pejoratywnej łatki, bo jak wiadomo, politycy nie powinni się kierować „politycznymi korzyściami”, te ex defitione sa czymś złym, bo polityka jest zła, więc przymiotnik „polityczny” oznacza „zły”.

    Działań publicznych nie ocenia się przez przypisywane im dobre czy złe chęci, tylko przez ich skutki. Jeśli już przez chęci, to przez deklarowane uzasadnienia, a nie przez swoją egzegezę ukrytych chęci oponentów.
    Sam już przyznałeś, że cztery lata dla nielicznych w równie nielicznych niszowych liceach to lepiej, niż trzy. Mam też nadzieję, że wydatki budżetowe MEN zostaną zmniejszone, w najgorszym razie niezmienione, zamiast istotnego ich zwiększenia, czego ZNP się domagał. Ale jakoś nie widać, by wznowił strajk we wrześniu, co zapowiadał.

    Na marginesie: używanie w kółko słowa „deforma” zamiast oryginalnej nazwy jej autorki, jest równie ohydnym nadużyciem propagandowym, co nazywanie zawsze Żydów „parchami”, albo homoseksualistów „pedałami”. Nie tyle nawet chodzi o obrzydliwość słowa, ale o erystykę: sztuczne i celowe stworzenie tego pojarytywnego wydźwięku, przeniesienie krytyki z płaszczyzny merytorycznej na estetyczną i przyklejanie pejoratywnej łatki. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach, gdy lewactwu wypada nazywać ONR „naziolami”, ustawę Zalewskiej „deformą”, ale użycie (obiektywnie dużo mniej pejoratywnego) słowa „murzyn” jest zbrodnią hejtu i „mowy nienawiści”.

    Polubienie

    1. Zacznę od marginesu, by przejść do sedna.
      Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego wyrażając swą, jakby nie było, subiektywną opinię, miałbym nazywać oborę salonem. Uważam, że deforma jest określeniem jak najbardziej adekwatnym, ponieważ deformując zastaną rzeczywistość, zgraja ignorantów (dość podobnych zresztą do wielu poprzedników) nie zrobiła nic, by zaproponować jakąkolwiek alternatywę, poza zmianą nazewnictwa i kształtu, co akurat bliskie jest źródłosłowowi. Niestety, oryginał łaciński obrósł w zdecydowanie pozytywne konotacje, które, będąc zdania przeciwnego, należy skontrować innym przedrostkiem. Oczywiście, że używam tego określenia jako pejoratywu, ale nie widzę w tym niczego bardziej krzywdzącego, czy obraźliwego, niż np. korzystanie z dualizmu dobra proza/knot, w stosunku do przeczytanej książki. Jego popularność tłumaczę raczej trafnością i zgrabnym (choć dość oczywistym) copywritingiem, niż jego sugerowaną obraźliwością, czy odejściem od dyskusji merytorycznej. A propos, przypomnij mi jaką to merytoryczną dyskusję przeprowadziła nasza eurodeputowana reformatorka z zainteresowanym środowiskiem? Wszystko w teczce, wszystko policzone i zero odniesienia do argumentów?

      Na podobny problem semantyczny napotykamy mówiąc o polityczności problemu. Miałem tu na myśli nie potoczny dziś epitet, ale znaczenie oryginalne, w sensie sztuki rządzenia, a konkretnie ułatwienia sobie rządzenia. Temu przecież służy wspomniana przez ciebie deforma sądownictwa, zawłaszczenie mediów publicznych, przekazu kulturowego i, w nieco mniej odczuwalnym (póki co) stopniu, oświaty. Dla pełnej jasności, uważam, że wszystko, co dzieje się w społeczeństwie (z naszą rozmową włącznie) ma wymiar polityczny; problem w tym, że, być może idealistycznie, wciąż chciałbym rozumieć politykę, jako zarządzanie państwem swobód obywatelskich, a nie populistycznym folwarkiem.

      Wielokrotnie podkreślałeś, że cieszy cię demolowanie systemu, który nie bardzo nam odpowiada. Przyklasnąłbym, gdyby za demolką szły propozycje, jakikolwiek program pozytywny, poza brutalnym pokazem siły (w sensie braku konieczności liczenia się z oponentem), propagandą i szczuciem. Powtarzasz, że naruszono jedynie interesy nauczycieli, co nie jest prawdą nawet w połowie. Rykoszetem dostali sami zainteresowani, których losy nie powinny ci być obojętne, chyba, że przyjmiemy zasadę, że „gdzie drwa rąbią tam wióry lecą”. Tymczasem, nikt nie będzie likwidował „świetlicy”, która nas uwiera, tylko uczyni ją bardziej „patriotyczną” – poczytaj sobie propozycje na „po wyborach”, ktoś, kto doświadczył PRL-u, nie powinien mieć trudności z czytaniem między wierszami tego „manifestu”. Żadnego „rozpadu organizacyjnego państwowego szkolnictwa” nie będzie. Wprost przeciwnie, szykuje się jego wzmocnienie, po utrąceniu niepewnego elementu i przekupieniu miernych, ale wiernych. Przejrzyj nowe podstawy programowe – wszędzie ten sam ideologiczny bełkot i atmosfera jak z Bradbury’ego. Po następnych dwóch dekadach, nikt już nie będzie tego dostrzegał. Tak, przypadkowo, w całym tym zakalcu odnajdzie się jakieś rodzynki, jak np. wydłużenie czasu dla liceum, ale jeśli te efekty uboczne mają rekompensować i jakość, i styl, to ja na tym przystanku wysiadam – nie akceptuję leczenia kiłą cholery. To nie jest droga budowania wolnej oświaty. Przy okazji, uściślę, że nie widzę możliwości naprawienia systemu, ani przez jego zburzenie, ani przez ewolucję. Zaprzepaszczono właśnie okazję na zbudowanie alternatywy, konkurencji – danie ludziom realnego wyboru: Wolicie MEN-owską świetlicę, proszę bardzo; chcecie się uczyć na zasadzie dobrowolności i odpowiedzialności, nie ma przeszkód. Żeby było śmieszniej, najmniej zainteresowana taką zmianą jest zdecydowana większość rodziców – oni chcieliby oddawać dzieci do permisywnej świetlicy, która bezboleśnie dla nich, wyplułaby ukształtowaną po ich myśli latorośl.

      Moje zaś doublethinking polega na odnotowaniu faktu, że niemal nikomu na takiej alternatywie nie zależy, a tymczasem, oprócz zdziczałej hałastry i znikomego odsetka myślących samodzielnie, wciąż istnieje niezbyt zagospodarowana większość, która gdzieś, czegoś może się nauczyć, a czekać na liberalne zbawienie nie może.

      Polubienie

  6. „Przyklasnąłbym, gdyby za demolką szły propozycje”
    Demolowanie szkodliwego systemu jest dobre nawet, jeśli propozycji budowy czegoś nie ma. Brak systemu (a raczej jego redukcja, bo całkowita likwidacja nie wydaje się realna) jest dobre, w porównaniu z utrzymywaniem, a tym bardziej rozbudową, systemu dysfunkcjonalnego i szkodliwego. Wyburzenie paskudnej rudery jest dobre nawet, jeśli pozostanie pusty plac, a nikt nie ma pomysłu co tam wybudować.

    „jeśli te efekty uboczne mają rekompensować i jakość, i styl, to ja na tym przystanku wysiadam – nie akceptuję leczenia kiłą cholery”
    Akceptowałbym taką zamianę – z kiłą można życ przez wiele lat, a cholera jest śmiertelna w bolesny sposób w krótkim czasie. Jakości pogorszyć się nie da, bo i tak system szkolny nie robi tego, co byśmy chcieli, więc jakość nie może dotyczyć tego, na czym nam zależy. Styl instytucji, którą najchętniej bym widział zlikwidowaną, też mnie obchodzi tyle, co wystrój estetyczny wind zwożących górników do kopalni. A nawet, jeśli styl jest paskudny, to tym lepiej, bo część pracowników chorego systemu tak będzie tym zniesmaczona, że sama odejdzie z pracy, rozwiązując częściowo problem propozycji, w jaki sposób zredukować zatrudnienie w branży.

    „To nie jest droga budowania wolnej oświaty.”
    W bezpośrednim sensie – oczywi scie, że nie. Ale przez zmniejszenie (a przynajmnie niezwiększanie) kosztów publicznych, dająca pożytek społeczny, a przez demolowanie zbędnego systemu, dająca plac pod taką budowę. Przez ewolucję systemu naprawić się z pewnością nie da. Zburzenie daje jednak oszczędności, a jednocześnie zostawia pole do indywidualnej działalności. Bez likwidacji („zburzenia”) pegeerów, nieliczni farmerzy chętni do prowadzenia zaawansowanego rolnictwa nie mieliby gdzie uprawiać swoich efektywnych plantacji.

    „Zaprzepaszczono właśnie okazję na zbudowanie alternatywy, konkurencji – danie ludziom realnego wyboru: Wolicie MEN-owską świetlicę, proszę bardzo; chcecie się uczyć na zasadzie dobrowolności i odpowiedzialności, nie ma przeszkód.”
    Nie _właśnie_ zaprzepaszczono, tylko zaprzepaszczono 20 lat temu – w rok czy kilka po reformie Handkego, otwierającej pewne możliwości dla edukacji pozasystemowej, w następnych latach jednak zamykane i blokowane, z chyba największą „zasługą” min.Hall. A nawet jeszcze przed wdrożeniem reformy Handkego – przypomnę, że gimnazja w jego zamyśle nie miały być jednolite dla wszystkich, ale będące bardziej intelektualną alternatywą dla szkół zawodowych. Jednak jeszcze przed ich wdrożeniem, zmieniono to na ich powszechność i jednolitość, czyniąc z nich przedłużenie szkoły powszechnej.
    Nie spodziewałeś się chyba zresztą, że PiS przeprowadzi reformy bardziej liberalne, niż kiedykolwiek nawet o nich mówił Tusk w czasach, gdy jego partia nazywała się jeszcze Kongresem Liberalno-Demokratycznym, albo deklarujący się jako liberał Petru. Cieszę się więc, że przynajmniej robią destrukcję etatystycznego molocha. Naprawdę, o wiele rzeczy można mieć do PiS pretensje, ale nie o to, że nie jest w działaniu bardziej liberalny od partii jako liberalne się deklarujących.

    Polubienie

    1. Cały czas usiłujesz coś udowodnić, ale coraz trudniej mi zrozumieć, co. Że system oświatowy jest niefajny? Owszem, nic nowego, znam niefajniejsze. Że jego fundamenty nie zgrywają się z dachem? To chyba obaj udowadnialiśmy jeszcze na Osi. Że PiS nie jest bardziej szkodliwy w MEN, niż poprzednie ekipy? Pod względem założeń podstawowych systemu, pewnie nie, jeśli chodzi o przekaz, to bym już polemizował. A już przyjęcie tezy, że szeregowy poseł wspomniane fundamenty podkopuje, wymaga swoistej ekwilibrystyki pojęciowej i moralnego znieczulenia. On by te fundamenty chętnie wkopał głębiej i oblał dodatkową warstwą betonu świętoszkowatej ignorancji, dającej mu poparcie tych, którym rojący ci się kształt oświaty jest mentalnie obcy i fizycznie wrogi.

      „Demolowanie szkodliwego systemu jest dobre nawet, jeśli propozycji budowy czegoś nie ma.” – Gdzie ty widzisz to demolowanie?! Co zostało zdemolowane oprócz energii tysięcy ludzi, planów tysięcy uczniów, budżetów samorządów (mimo zastopowania podwyżek dla nauczycieli) i organizacji pracy wielu szkół? Ja nigdzie nie widzę tego „placu pod budowę”. Czyżbyś nie wiedział, że „system zawsze się wyżywi”, a płacą za to zawsze ludzie?

      „Akceptowałbym taką zamianę […] zredukować zatrudnienie w branży.” – Pokazujesz tu, jak bardzo abstrakcyjnie traktujesz problem. Ta „jakość”, którą lekceważysz, jest ważna dla wszystkich, którzy nie mogą czekać, aż jakaś zupełnie abstrakcyjna, liberalna wróżka zrobi im dobrze. I wyobrażasz sobie, że jak ci dobrzy i doświadczeni odejdą, to MEN zadrży w posadach? Zatrudnią więcej miernot, gotowych podpisać każdą lojalkę, wzmocnią „rolę i znaczenie wychowania obywatelskiego”, podkreślą „niezbywalne prawo polskiego ucznia do życia duchowego” i wszystko zostanie po staremu. „Destrukcja etatystycznego molocha” – fantasta z ciebie…

      „[…] tylko zaprzepaszczono 20 lat temu” – powinienem był napisać „zaprzepaszczono kolejny raz”, co to zmienia? Znowu wydano mnóstwo kasy na wymianę szyldów, pieczątek i sztandarów (kosztów poniesionych przez ludzi, oczywiście nie liczymy). Nie wstydzę się napisać, że lepiej było je wydać na podwyżki – choć efekt merytoryczny rozdawnictwa jest z reguły mizerny, i tak byłby większy, niż rezultaty tej chorej denominacji.

      Polubienie

  7. Usiłuję udowodnić, że wszelka obrona zastanego systemu oświatowego tudzież jego pracowników jest sprzeczna z interesem społecznym. Dobrze, jeśli nawet tak obrzydliwa partia jak PiS w tak paskudnym stylu kopie związki zawodowe, broniące status quo, a raczej domagające się jeszcze większych przywilejów i pieniędzy. Nikt inny, tak uparcie jak ZNP nie stoi na straży niewzruszalności paradygmatu uporczywej edukacji dla wszystkich.
    Usiłuję też udowodnić, że działania PiS wobec systemu oświaty nie są bardziej szkodliwe, niż działania którejkolwiek innej partii – tylko nadepnęły na odcisk pracownikom tego systemu, bo już nie ludziom, którym ten system w teorii ma służyć.

    Jestem behawiorystą. Nie oceniam więc „szeregowego posła” po tym, co „by zrobił” w Twoim czy moim wyobrażeniu, ani po intencjach, tylko po tym, jakie są realne skutki tego, co robi partia jako całość.
    Czasem (dotyczy to głównie PO) oceniam też zgodność realnych działań z wcześniejszymi obietnicami i deklarowanymi intencjami. Nie dotyczy to jednak PiS – nie głosowałem i nie będę gosował nań, oceniam wyłącznie skutki działań.

    „Co zostało zdemolowane oprócz energii tysięcy ludzi”
    To, czemu ta energia miała służyć. Zostało zdemolowane też poczucie wyjątkowości i potęgi komunistycznego związku zawodowego, któremu nikt dotąd nie ośmielił się sprzeciwić, a który był gwarantem systemu w jego obecnym stylu. Niezwykle cenię Morawieckiego za jego zmianę prawa, że nie trzeba rad pedagogicznych, a wystarczy urzędnik wójta i pokazanie w ten sposób, że praca wielu nauczycieli była pozorna i zbędna.

    „Ta „jakość”, którą lekceważysz, jest ważna dla wszystkich, którzy nie mogą czekać.”
    Bynajmniej nie jest ważna obiektywnie mierzona wynikami testów „jakość”, tylko pozycja, jaką się osiąga w porównaniu z innymi. Spróbuj zresztą zdefiniować, czym ta „jakość” jest, poza przeciętnym wynikiem testów CKE w danej szkole. Ty zresztą wyraźnie możesz czekać, bo dumny jesteś (i jak najsłuszniej) ze stypendium swojej córki w UWC, a nie posyłasz jej do szkoły o wysokiej „jakości”. Umiejętność sprowadzania ułamków do wspólnego mianownika obchodzi tylko o tyle, że od porównania wyników tej umiejętności z umiejętnością kogoś z innej szkoły można się dostać na darmowy Uniwersytet, albo trzeba iść do płatnej szkółki. Ci, którzy na żadne studia się nie wybierają, „jakością” się nie przejmują ani trochę, wprost przeciwnie, są już przemęczeni. Jeśli jednak „jakość” spada albo podnosi się dla wszystkich szkół, to nikogo to nie obchodzi, nawet przeciwnie, bo poza dostaniem się dziecka na darmową uczelnię, zależy im także na tym, by się nie przepracowywało.

    „podkreślą „niezbywalne prawo polskiego ucznia do życia duchowego” ”
    To już zrobił dawno temu rząd Mazowieckiego, z H.Samsonowiczem jako ministrem edukacji, wprowadzając katechezę do szkół. Nie PiS to uczynił. A inne rządy (też nie PiS) podnosiły rangę tego „niezbywalnego prawa” przez różne wliczanie do średniej, kreski na świadectwie, itp. Żaden z dotychczasowych rządów nie rozwiązał też problemu „etyki”, katechezy małych wyznań, uznania Kościoła Latającego Potwora Spaghetti za równoprawnego, obiecanego umiejscowienia lekcji religii przed albo po, a nie w środku, obowiązkowych, ani narzucania w szkołach katolickiej obrzędowości nawet ateistom. Wydaje mi się, że Giertych w tej chwili jest członkiem PO, a nie PiS…

    „Znowu wydano mnóstwo kasy na wymianę szyldów, pieczątek i sztandarów”
    Zwróci się to dość szybko, choćby przez utrzymywanie dwóch dyrekcji i sekretariatów zamiast trzech. Szyldów zresztą nie trzeba zmieniać. Wystarczy odkręcić jeden albo dwa i oddać na złom, jak obok mnie: kiedyś wisiały trzy, jeden pod drugim „gminny zespół szkół publicznych”, „szkoła podstawowa” i „gimnazjum”, a teraz wisi tylko „szkoła podstawowa”.
    Dziwię się Twojej dbałości o takie wydatki publiczne, bo jednak koszty pieczątek są nieporównywalnie mniejsze, niż koszty podwyżek, o jakie strajkowałeś przed wakacjami.

    „powinienem był napisać „zaprzepaszczono kolejny raz” ”
    Tak, oczywiście! Tylko nie słyszałem od ciebie tak ostrego potępienia i wrogości wobec kogokolwiek z poprzedników. I powtórzę: od partii, deklarującej się jako konserwatywna, nie można wymagać, by prowadziła liberalne reformy na poziomie liberalizmu Jeffersona, a nie jakiejkolwiek w świecie partii liberalnej.

    Polubienie

    1. Chyba mnie na podobny behawioryzm nie stać. I wcale nie dlatego, że miałby dotyczyć mnie bezpośrednio. Dlatego, że na horyzoncie nie widać nawet zamglonej szansy na interesującą nas zmianę (i systemu, i myślenia). W mojej ocenie, działania chorej zmiany w niczym nie przybliżają nas do tego celu (wręcz przeciwnie, w kwestii myślenia, cofają nas o ćwierćwiecze). Jeśli uważasz, że gnojenie środowiska i robienie wody z mózgów kolejnych roczników przyspieszy jego realizację, to gratuluję ci optymizmu, nawet jeśli zupełnie ignorujesz te mózgi.

      Oczywiście, alternatywa jest dostępna dla ludzi bardzo zdeterminowanych, których zawsze podziwiałem i starałem się doceniać i wspierać, jak tylko mogłem, nie przypisując przy tym sobie zbytniej sprawczości (przykładem moje własne dziecko, które wybrało taką, a nie inną drogę, bez żadnych nacisków, czy choćby sugestii z mojej strony). Niestety, nie widzę w tym realnej konkurencji dla oświaty publicznej i dlatego też uważam, że jej demolowanie nie przynosi niczego dobrego. Daleko mi do troski o ludzi, którzy uczyć się, czy raczej rozwijać, nie chcą – niech idą swoją drogą. Jednak poza kilkunastoma procentami niereformowalnego marginesu i garstką wolnomyślicieli mamy ogromną liczbę w miarę ogarniętych ludzi, którzy mimo wszystko gdzieś chcieliby zdobywać (idealistycznie) wiedzę, lub (cynicznie) papiery. Mają się cieszyć, z tego że „im gorzej, tym lepiej”? Co masz im do zaproponowania? Wykład o Jeffersonie?

      W sposób dla mnie niezrozumiały potrafisz odizolować system oświatowy (który w czambuł identyfikujesz z pracującymi w w jego ramach ludźmi) od całej reszty społeczeństwa. Czyżby już zakłócony przepływ rzetelnej informacji sprawił, że nie widzisz jak oberwało się uczniom i rodzicom? Oczywiście, że lekcje do 20-tej, to skrajne i pewnie pojedyncze przypadki, ale podam ci przykład z własnego podwórka, który powinien pomóc ci zwizualizować sobie skalę zjawiska. Jako przedstawiciel kasty nierobów, zwykle kończących pracę przed godzinami szczytu (sic!), mam przywilej oddawania się zawodowej pasji także po godzinach, by zasłużyć na średnią pensję. Otóż, jeszcze w zeszłym roku zdarzało mi się zaczynać zajęcia o 15-tej, obecnie godzina 17-ta jest uznawana za całkiem wczesną, przy czym normą jest jednoczesne spożywanie przez dzieciaka posiłku. To chyba w ten sposób twoi pogromcy systemu chcą zlikwidować potrzebę korepetycji – po prostu nie zostawi się na nie czasu. Kolejny plus.

      Sama obecność religii w szkole, choć kłóci się z moim widzeniem świata, jest mniej szkodliwa, niż jej nadużywanie i instrumentalne, indoktrynujące użycie – była akademia ku czci wielkiej rewolucji, będzie msza za wyklętych na sali gimnastycznej, co za różnica? Tak będzie fajniej? Więcej ludzi wybierze szkoły prywatne? A czym one oprócz pobierania czesnego się wyróżniają? Chyba tym, że za granicą, do prywatnej edukacji aspirują najambitniejsi, a u nas ci, których wypluła zniesmaczona publiczna?

      Koszty pieczątek, to oczywiście kolokwializm; jakie są rzeczywiste koszty tego eksperymentu, nie wiem i się nie dowiem. Ty też nie. A po partii konserwatywnej spodziewam się konserwatyzmu, a nie populizmu i socjalizmu z ludzką twarzą. Efekty uboczne, w postaci utarcia nosa jakiemuś związkowi zawodowemu, są zupełnie bez znaczenia.

      Polubienie

  8. „na horyzoncie nie widać nawet zamglonej szansy na interesującą nas zmianę”
    W pelni podzielam ten pogląd! Dlatego właśnie cieszę się z tak drobniutkich zmian, jak skrócenie bezwzględnego przymusu z 10 lat (1+6+3) do 9 (1+8), czy wydłużenia okresu licealnego o rok, gdzie jest mikroskopijna szansa na sensowną edukację.
    I również cieszę się z faktu, że ukręcono łeb zapędom (jakim poddawali się poprzednicy) wysysania od podatników na bzdet jeszcze więcej, niż dodąd.

    „W mojej ocenie, działania chorej zmiany w niczym nie przybliżają nas do tego celu (wręcz przeciwnie, w kwestii myślenia, cofają nas o ćwierćwiecze)”
    A na czym to cofnięcie polega? Czy my jesteśmy choć o grubość włosa bliżej celu, w porównaniu ze Średniowieczem? Napisz to jasno, bo widzę tylko, że (może i o ćwierćwiecze) cofane są przywileje pracowników systemu i potęga obrońców jego struktury.

    Na czym polega to robienie wody z mózgów kolejnych roczników? Na zaprzestaniu im wmawiania, że matura i kupiony za pieniądze albo wyłudzony licencjat zapewnią im życie jak w bajce na posadzie kelnera, bo i tak na wyższą nie mają co liczyć?

    „nie przypisując przy tym sobie zbytniej sprawczości (przykładem moje własne dziecko, które wybrało taką, a nie inną drogę, bez żadnych nacisków, czy choćby sugestii z mojej strony)”
    Kropla drąży skałę. Zapewne uzyskała to dzięki temu, że przez kilkanaście lat żyła w intelektualnym środowisku rodzinnym i czegoś innego dla siebie nawet nie umiała sobie wyobrazić. A jeśli nawet wyobrażała sobie, to z dużą potrzebą i uznaniem wyższości kariery intelektualnej nad jej odrzuceniem. Tym razem gratulacje dla Ciebie, nie tylko dla niej.

    „poza kilkunastoma procentami niereformowalnego marginesu i garstką wolnomyślicieli mamy ogromną liczbę w miarę ogarniętych ludzi, którzy mimo wszystko gdzieś chcieliby zdobywać (idealistycznie) wiedzę, lub (cynicznie) papiery. Co masz im do zaproponowania”
    Nie mam nic – przecież nie wkuwanie sposobu sprowadzania ułamków do wspólnego mianownika albo charakterystycznych cech protistów! Nie mam im nic do zaproponowania, ale szkoła publiczna też im niczego nie proponuje (poza papierem z pieczątkami, ale Morawiecki bardzo zgrabnie pokazał, że może go wystawić urzędnik w gminie, nie trzeba do tego pół miliona nauczycieli)
    W gimnazjach i tak nie zdobywali żadnej, potrzebnej im później wiedzy, jak i nadal nie będą jej zdobywać w dłuższych o dwa lata podstawówkach.

    „Czyżby już zakłócony przepływ rzetelnej informacji sprawił, że nie widzisz jak oberwało się uczniom i rodzicom?”
    Nie, nie widzę. Wręcz przeciwnie widzę, że im ulżyło – zamiast dwukrotnego stresu egzaminów i przenosin pomiędzy podstawówką/gimnazjum i gimnazjum/liceum mają tylko jeden. Widzę też, że Jasie, którzy zdawali test gimnazjalny na 30% przestali być kolanami wpychani do liceów, a poszli do zawodówek, gdzie im znacznie lepiej i sensowniej.

    „była akademia ku czci wielkiej rewolucji, będzie msza za wyklętych na sali gimnastycznej, co za różnica? Tak będzie fajniej?”
    Już jest fajnie! Tuż po upadku komunizmu w moim ulubionym liceum Gottwalda/Staszica zniknął portret i popiersie Gottwalda, a pojawiły się portrety JP-2. To było gorzej, niż te akademi z okazji Rewolucji Październikowej, bo ich robienie na pokaz było oczywiste dla wszystkich, a cześć dla JP-2 niektórzy z nauczycieli mieli w sobie silniejszą, niż komsomolcy z lat 1950 dla Stalina. Jeśli władza odgórnie narzuci akademie dla żołnierzy wyklętych, to nic się nie stanie w porównaniu ze stanem obecnym. Najwyżej część uczniów zrozumie i polubi Monty Pythona, bo dziś na szkolnej mszy nie śmie zaśpiewać „always look at the bright side of life”, a robienie sobie jaj z „wyklętych” i ich kultu jest pewne.

    „po partii konserwatywnej spodziewam się konserwatyzmu, a nie populizmu i socjalizmu z ludzką twarzą. Efekty uboczne, w postaci utarcia nosa jakiemuś związkowi zawodowemu, są zupełnie bez znaczenia.”
    Tak bym powiedział tylko, będąc uprzednio wyborcą tej partii i czując się zawiedziony i oszukany niespełnieniem obietnic wyborczych – jak czuję się wobec PO. Od partii na które ani nie głosowałem, ani nie zamierzam głosować, nie spodziewam się niczego, a jeśli robią coś, co uznaję za dobre, to zyskują plusik u mnie.

    Polubienie

    1. Z tym Średniowieczem, to już odleciałeś. Oczywiście, można twierdzić, że generalnie sposób przekazu niewiele się od tego czasu zmienił (wciąż jesteśmy tylko ludźmi) i razem z całym różowym kisielem narzekać na niedostatki dramy i innego bicia piany, unikałbym jednak traktowania edukacji jedynie jako procesu zdobywania wiedzy. Myślę, że mimo fizycznej niemożliwości, nieskuteczności (na szczęście) i ohydy zaszczepiania jakiejś idei całemu społeczeństwu, ogólny klimat po transformacji sprzyjał pewnej otwartości, oswojeniu lęków i trzymaniu na wodzy najniższych instynktów. To jasne, że to też był rodzaj socjotechniki, ale jeśli taką sobie odpuszczamy, proponując i promując postawy przeciwne, na efekty nie trzeba będzie długo czekać i nie każ mi tu przytaczać przykładów. Mogę się zgodzić, że dodawanie ułamków w pisowskiej szkole nie ucierpi, ale redukowanie szkoły do tego właśnie, to jednak gruba przesada, albo uogólnienie, i w kwestii tu poruszanej, nieadekwatne. Nie rozumiem, skąd u ciebie przekonanie, że ktokolwiek „zaprzestaje wmawiania, że matura i kupiony za pieniądze albo wyłudzony licencjat zapewnią im życie jak w bajce” – gdzie ty dostrzegasz tą szczerość intencji?

      Zgadzamy się nie od dziś w kwestii „wkuwania sposobu sprowadzania ułamków do wspólnego mianownika albo charakterystycznych cech protistów”, ale myślę, że od dawna już bierzesz to zbyt literalnie i traktujesz nie jako częstą i przykrą przypadłość (immanentną dla tego autoramentu instytucji), ale jakąś regułę. To bardzo bliskie zapiekłości zmieniaczy, którzy z kolei nie przyjmują do wiadomości, że szkoła „nieobudzona” od dawna już nie uczy jedynie przy pomocy trzcinki i skandowania po sylabie. Gwarantuję ci, że żadną regułą to nie jest i naprawdę w wielu szkołach dzieją się rzeczy sensowne nie dla wizytatora, ale dla ucznia i cofanie „przywilejów” ludzi, którzy za tym stoją, to żadna reforma, ani oszczędzanie podatników, a strzał w stopę. Oni w większości nie będą czekać na powstanie szkoły marzeń, a w ich miejsce przyjdą (już przychodzą) magistrzy z łapanki i inni, dyspozycyjni. Kiedy mówisz, że „W gimnazjach i tak nie zdobywali żadnej, potrzebnej im później wiedzy, jak i nadal nie będą jej zdobywać w dłuższych o dwa lata podstawówkach.”, to raz, że generalizujesz, a dwa, że znów wpadasz w pułapkę definicji „wiedzy potrzebnej”. Niech sobie będzie niepotrzebna, ale niektórzy mogli się nauczyć ją zdobywać i wykorzystywać – to jest coś, co trzeba im proponować, nawet jeśli jest ich niewielu i jest na to „mikroskopijna szansa”. Tak działa oświata publiczna na całym świecie i nie da się tego obejść, jeśli nie zaproponuje się modelu liberalnego, działającego równolegle. Nie może być tak, że nie oferuje się nic. Wiem, że interesują cię „skutki” rzekomych działań reformatorskich, a nie motywy reformatorów, ale nawet te pozytywne, wszystkie bez wyjątku, są zupełnie przypadkowe i mogłyby zostać osiągnięte w prostszy i przyzwoitszy sposób. One nie prowadzą do żadnej naprawy systemu – zostały wprowadzone, bo nie dotyczyły targetu wyborczego i można je było wykorzystać jako paliwo resentymentu wobec grupy społecznie niepopularnej. Nie zostały wprowadzone, by odciążyć budżet – gdyby szkoła publiczna była agendą kościelną, wpompowano by w nią miliardy. To, co się stało, nawet na jotę nie przybliża upadku tego systemu – wręcz przeciwnie, należy się spodziewać jego utwardzania, ściślejszej centralizacji, podporządkowania władzy urzędasa z nadania i postępującej dogmatyzacji.

      Skoro nie dostrzegasz skutków deformy dla ucznia, przejdź się do jakiegoś liceum, które nie dysponuje gmachem wielkości dworca kolejowego i pogadaj z tymi, których dotknęła. Na przerwie możesz mieć problemy…

      Polubienie

  9. „Z tym Średniowieczem, to już odleciałeś”
    W kwestii dobrowolności edukacji dla chętnych? Wydaje mi się, że po reformie pruskiej jesteśmy mocno cofnięci wobec kwestii „edukacja dla chętnych” w porównaniu z czasami szkół przyklasztornych, pierwszych uniwersytetów, albo niemal powszechnej umiejętności czytania i pisania przy jednoczesnej prywatności edukacji w Atenach sprzed 2500 lat. A Sokratesa słuchał kto chciał i miał to szczęście mieszkać w Atenach w jego czasach. Dziś masz łatwiej – Twoja córka może polecieć do Tanzanii, a nie tylko słuchać w promieniu dojścia na piechotę.

    „unikałbym jednak traktowania edukacji jedynie jako procesu zdobywania wiedzy”
    Będę więc używał (jeśli nie zapomnę) terminu „dydaktyka”. Chciałbym jednak przypomnieć, ze podstawą dla systemu szkolnictwa jest konstytucyjny zapis o prawie i obowięzku nauki, a nie o jakichkolwiek działaniach wychowawczych państwa wobec obywateli. Podstawy programowe i podobne przepisy prawne też mówią o tym, że uczeń umie dodawać ułamki, a nie o tym, że czci Lenina albo żołnierzy wyklętych.

    „dodawanie ułamków w pisowskiej szkole nie ucierpi, ale redukowanie szkoły do tego właśnie, to jednak gruba przesada”
    Jest jeszcze wykucie charakterystycznych cech protistów, mechanizmu Krebsa i podobnych.
    Przesadą było zredukowanie arytmetyki Euklidesa do dodawania ułamków, biologii do cyklu Krebsa. a praw Keplera do orbit kołowych, bo pojęcie elipsy jest zbyt trudne dla maturzysty. Nie ja dokonałem tej redukcji.

    „skąd u ciebie przekonanie, że ktokolwiek „zaprzestaje wmawiania, że matura i kupiony za pieniądze albo wyłudzony licencjat zapewnią im życie jak w bajce” – gdzie ty dostrzegasz tą szczerość intencji?”
    O szczerości intencji nie chcę się wypowiadać, bo nie mam wglądu w umysł Prezesa Jarosława, ale wyłącznie behawioralnie o obserwowalnych skutkach – tym, że część spośród najbardziej gamoniowatych, jacy dotąd szli do liceów, a później na najgorsze pseudostudia, została odesłana do szkół zawodowych.

    „(sprowadzanie ułamków do wspólnego mianownika) myślę, że od dawna już bierzesz to zbyt literalnie i traktujesz nie jako częstą i przykrą przypadłość (immanentną dla tego autoramentu instytucji), ale jakąś regułę”
    Raz jeszcze – jestem behawiorystą, więc nie spekuluję o intencjach i zamysłach, tylko czytam zeszyty moich tutees, podręczniki i testy maturalne. I owszem, widzę to jako regułę i rzecz absolutnie dominującą w systemie szkolnym.

    „Nie może być tak, że nie oferuje się nic.”
    A dlaczego nie może być? Było tak od początku świata do roku 1800, kiedy dopiero wprowadzono przymus szkolny, alfabetyzujący dzieci pańszczyźnianych chłopów z Pomorza i Prus Wschodnich. Dziś już nie trzeba alfabetyzować (ani na siłę ani po dobrawoli) nikogo.

    „interesują cię „skutki” rzekomych działań reformatorskich, a nie motywy reformatorów, ale nawet te pozytywne, wszystkie bez wyjątku, są zupełnie przypadkowe i mogłyby zostać osiągnięte w prostszy i przyzwoitszy sposób”
    Przez 30 lat nie zostały osiągnięte ani w prostszy, ani w przyzwoitszy, ani w żademn inny sposób. Po raz kolejny przeciwstawiasz to co zrobił (w formie dokonanej) PiS temu, co mógłby zrobić (w koniunktywie) ktoś inny i lepszy. Znów spekulujesz (być może prawdziwie) o ukrytych intencjach PiS, a nie o realnych skutkach realnie dokonanych działań.

    „gdyby szkoła publiczna była agendą kościelną, wpompowano by w nią miliardy”
    Wydaje mi się, że szkoła o.o.Pijarów nie dostaje wyższej dotacji, niż lewicowe liceum im. Kuronia. Nie zapominaj też, że to nie PiS zafundował płacenie katechetom z państwowej kiesy i nie PiS ich wprowadził do szkół państwowych, a teraz ukręcił łeb strajkom, które walczyły i o podwyżki dla zakonnic-katechetek.
    Wbrew takiemu domysłowi to nie PiS jest odpowiedzialne za najróżniejsze przywileje finansowe Kościoła.

    „To, co się stało, nawet na jotę nie przybliża upadku tego systemu”
    Wygłaszasz zdanie dokładnie przeciwne temu, co sam pisałeś kilka miesięcy temu i pisali publicyści, popierający strajk nauczycielski: że to co się dzieje, prowadzi do tego, że nie będzie kto miał w szolnictwie pracować i przez to będzie musiało upaść. PiS więc prowadzi do braku nauczycieli, czy nie? „ściślejsza centralizacja, podporządkowanie władzy urzędasa i postępująca dogmatyzacja” nie mają specjalnego znaczenia, bo sysstem jest już scentralizowany i zdogmatyzowany od 200 lat, a niezależną edukację pozasystemową poddała silniejszej władzy urzędasów „liberalna” min.Hall, a nie Zalewska.

    Polubienie

  10. Znów zacznę od końca, bo zarzucasz mi już nie doulethinking, ale koniunkturalizm. Kilka miesięcy temu nie pisałem o rychłym „upadku systemu”, ale o jego dalszej prymitywizacji. Pracy zabraknie dla ludzi, którzy inaczej widzą swoją rolę jako nauczyciela, a nie dla „realizatorów podstawy programowej” – tych zawsze będzie pod dostatkiem (a jeśli chwilowo będzie ich za mało, to się ich szybko doprodukuje. Zapominasz, że praca zawodowa to nie tylko wykonywanie obowiązków, ale funkcjonowanie w pewnym środowisku i atmosferze. Dla mnie to było ważne (mimo że do towarzyskich nie należę) i byłem o krok od rezygnacji, w momencie, gdy miałem obsługiwać trzy szkoły na raz. Miałem trochę szczęścia, bo na dwóch się skończyło, ale motywujące to nie było. Nie sądzę, żeby nie odbiło się to na jakości mojej pracy. Traktujesz szkołę zerojedynkowo (trzeba to odróżniać od nonkonformizmu) i jest to typowe dla kogoś z zewnątrz – jest nieuniknione, nie ze względu na pryncypia, ale perspektywę. System nadal będzie miał się świetnie, ale zapłacą podatnicy, o których tak się martwisz, jakby się ochoczo i z całą świadomością na ten system nie godzili. Zapłacą, nie martw się, może jeszcze bardziej pośrednio, ale zapłacą. Z nawiązką. Nie doczytali w „umowie”, że ktoś musi zapłacić i nie będzie to system. On nie ma póki co realnej alternatywy (na życzenie zainteresowanych), nie zamierza się zdematerializować (nie było chyba precedensu w historii), więc nic, co zmierza do pogorszenia losu ludzi w niego uwikłanych (niekoniecznie nauczycieli, skoro już wszystkich uznajesz za funkcjonariuszy i trudno z tym dyskutować, przyjmując za punkt wyjścia logiczną zerojedynkowość), nie może być uznawane za szczęśliwe zrządzenie losu.

    Nikogo nie przekonuję, że PiS jest odpowiedzialny za cały syf; jest odpowiedzialny za jego pochwałę, promowanie i nie mającą żadnych granic, cyniczną eksploatację. Jeżeli to leży, w jak to nazywasz, w „interesie społecznym”, to ja nie mam już nic do dodania, by przekonywać, że nie.

    Polubienie

  11. „nie przekonuję, że PiS jest odpowiedzialny za cały syf; jest odpowiedzialny za jego pochwałę, promowanie i nie mającą żadnych granic, cyniczną eksploatację”
    Trzeba tylko uczciwie dodać, że inne partie, w szczególności SLD i PO są odpowiedzialne za dokładnie to samo. Różnica tylko w tym, że SLD kłaniało się ZNP (zakonnicom-katechetkom również) i je hołubiło, a PiS dla niego przyjazny nie jest.

    Polubienie

    1. Powoli odchodzimy od edukacji, ale uściślając dalej, trzeba dodać, że nie jest to żadna programowa krucjata antyzwiązkowa, podyktowana konserwatywną troską o stan państwa, a zwykłe ośmieszanie przeciwnika politycznego w oczach swojego elektoratu. Solidarność z Rządem ma się świetnie. W innych branżach również.

      Polubienie

  12. Ja o obserwablach, a Ty znów o swojej interpretacji intencji… Nawet, jeśli rzeczywiście chodziło o ośmieszanie przeciwnika, to efekt okazał się realny: ZNP wystartowało z walką przeciw społeczeństwu, by mu płaciło za bzdet więcej z publicznej kasy, nie dostało, czego się domagało, a wprost przeciwnie – Broniarz oblizał się i przestał mówić o kontynuacji strajków we wrześniu. I z pewnością likwidacja Karty Nauczyciela dziś jest dużo bardziej prawdopodobna, niż pół roku temu. Czego mogę więcej chcieć? (Oczywiście – zniesienia przymusu szkolnego i podporządkowania szkolnictwa karcie ucznia, a nie karcie nauczyciela i paru innych rzeczy o których można tylko marzyć). Wydaje mi się, że nauczyciele, zrzeszeni w Solidarności nie dostali podwyżek, choć z PiS-em żyją równie blisko, co ZNP żył z SLD. Gdyby ZNP było usatysfakcjonowane, to miałoby się zapewne równie świetnie, bo nie nadepnęłoby na odcisk ani społeczeństwu, ani władzy. Ale ZNP nadepnęło – choć nie chciałeś słuchać, że nadeptuje nie tylko władzy, ale i mnie i dużej części społeczeństwa. Samo sobie strzeliło w stopę.

    Polubienie

    1. Ocenianie prawdopodobieństwa likwidacji Karty Nauczyciela jest takim samym obserwablem jak interpretacja intencji PiS wobec oświaty (wobec której PiS nie ma żadnych planów, oprócz uczynienia z niej jeszcze jednego narzędzia manipulacji społecznej). Jeśli uznają, że uda się tym sposobem poprawić sobie słupki wśród tych, którzy mieli pod górkę w gimnazjum, to np. przed 14 X (czyli tiuż przed wyborami), Wiadomości od Prezesa przypomną ludowi o kolejnych „podwyżkach” dla nauczycieli, pokażą, co na ten temat sądzi pani Wiesia, nagłośnią kilka rażących nauczycielskich grzechów głównych i poinformują, że zaniepokojeni posłowie wnieśli właśnie interpelację w wiadomej sprawie. I pozamiatane. Jeśli nie, wszystko pozostanie bez zmian.

      W kwestii związków zawodowych, nie chodziło mi o to, że któryś wywalczył podwyżki, ale o to, że tylko jeden stał się przeciwnikiem politycznym, co wskazuje na czysty koniunkturalizm, a nie walkę ze związkowymi fanaberiami.

      Jeśli chodzi o fanaberie i deptanie po odciskach, to nie chcę już powtarzać całej argumentacji z wątków poprzednich i ograniczę się do wniosku ogólnego: To, czy jakimś pracownikom sfery budżetowej należy się podwyżka (bo nieuchronnie do tego zawężasz problem), czy nie, jest kwestią czysto uznaniową i jest niemal zupełnie oderwane od realiów ekonomicznych z wyjątkiem takiego, czy innego stanu budżetu państwa i czynnika… woli politycznej. Pracownik budżetówki nie ma żadnego innego sposobu na dochodzenie swoich (według niego pogwałconych) praw (wynikających z samego istnienia sfery budżetowej, a więc z umowy społecznej), niż strajk (który może być strzałem w stopę, ale nie musi), ponieważ nikt nie jest w stanie przekonująco uzasadnić, dlaczego jego pensja powinna wynosić akurat tyle (zajmujemy szóste miejsce od końca w Europie jeśli chodzi o uposażenie nauczycieli), a nie dwa razy więcej, lub mniej (porównania z zatrudnionymi poza strefą budżetową nie mają żadnego sensu). Jeśli chorym na odciski to nie w smak, to oczywiście mogą w drodze do tego przewidzianej dążyć do zmiany prawa. Konflikt polega jednak nie na tym, że cierpiący nie chcą z usług (z reguły kiepskich) budżetówki korzystać, ale z tego, że nie chcą za nie płacić (zwłaszcza, gdy się im o tym interesownie przypomni). Poza tym, takie społeczne wypowiedzenie umowy (a raczej wygodnego dla aparatu władzy mitu) o konieczności istnienia sfery budżetowej, oznaczać by chyba musiało nieco więcej, niż doraźne spacyfikowanie ZNP. Najwyraźniej, szerokie rzesze chorych na odciski wcale tego nie pragną (chcą mieć „darmową” służbę zdrowia, edukację, itp). Że powinni, jest już zupełnie inną kwestią… Oczywiście, niektórym marzą się rozwiązania radykalne, ale, narzucające się w pierwszej chwili, porównanie Morawieckiego, który postawił się ZNP, do Iron Lady po prostu jej uwłacza – stosując tę analogię, trzeba by uznać, że nasz kłamczuszek powinien był zamknąć najpierw szkoły i nierentowne szpitale zaraz potem. Powodzenia.

      A przecież nie chodziło jedynie o kasę i nie tylko ZNP i Solidarność strajkowały. Gdzie byli wtedy ci cierpiący obywatele? Gdzie byli rodzice, różowy kisiel, środowisko uniwersyteckie? Dalej biją pianę w Internecie? Przecież podobno tyle mają do powiedzenia i tyle rzeczy im nie odpowiada. Sporo było można załatwić, gdyby rządowi nie udało się zawęzić narracji. Trzeba było manifestować za albo przeciw, a nie czekać na inicjatywę Pinokia, czy kogoś innego, kto wszystko załatwi za darmo. Czy nie mówimy przypadkiem o tych 50% z odciskami, które 13 X zostaną obolałe w domu?

      Polubienie

  13. „Jeśli chorym na odciski to nie w smak, to oczywiście mogą w drodze do tego przewidzianej dążyć do zmiany prawa. ”
    Nie trzeba żadnej zmiany prawa! Trzeba ukrócić zapędy pazernych związków, usiłujących siłowo wymusić więcej, niż prawo im przyznawało. Przecież, jeśli prawo zostało naruszone, to droga sądowa stoi przed ZNP otworem – aż po trybunały europejskie, na które PiS raczej nie ma wpływu i nie jest w nich kochany. Po co był strajk?

    „społeczne wypowiedzenie umowy o konieczności istnienia sfery budżetowej. Najwyraźniej, szerokie rzesze chorych na odciski wcale tego nie pragną (chcą mieć „darmową” służbę zdrowia, edukację, itp)”
    Oczywiście, nie cała strefa budżetowa jest zbędna. Sądy, wojsko, policja, straż pożarna, urzędnicy gmin itp. muszą w niej pozostać. Służba zdrowia w znacznej części nie jest sferą budżetową, tylko są to prywatni medycy. Czasem opłacani przez NFZ, ale Twojemu dentyście albo optykowi chyba państwo Ci nie zapłaciło od bardzo dawna, płacisz im z własnej kieszeni za plombę w żębie albo okulary. W odniesieniu do nauczycielstwa przerost zatrudnienia jednak jest ogromny. Mało komu zależy na tym, by państwo zapewniało „edukację”. Zależy mu na tym, by wystawiło kwitki i by zapewniło świetlicę. Do tego wystarczy 20% obecnego stanu zatrudnienia, opłacanego niżej nawet, niż obecnie. Jeśli ktoś chce prawdziwej edukacji, to wysyła dziecko do Tanzanii albo posyła do prywatnych instytucji, a nie liczy, że gimnazjum je czegoś nauczy.
    Nie lubię Twojego używania terminu „umowa” czy „umowa społeczna” Żadnej umowy nie ma, poza indywidualnymi umowami o pracę. Indywidualne decyzje o odejściu z pracy i sądy pracy, a nie strajki, są do rozstrzygania sporów z nich wynikających.

    „Czy nie mówimy przypadkiem o tych 50% z odciskami, które 13 X zostaną obolałe w domu?”
    Ja mówię o sobie. Jeśli Ty mówisz o nich, to nie dziw się, że rządzi PiS.
    Zostanie w domu nie jest zresztą zupełnym wstrzymaniem się od głosu – jest raczej uznaniem, że PO, SLD i PSL skompromitowały się na tyle i oszukały wyborców tak wiele razy, że głosów nie dostaną. Nawet, jeśli ceną za to miałyby być dalsze rządy PiS. Bo przecież nie będę głosować na Zielonych ani Biedronia.

    „porównanie Morawieckiego, który postawił się ZNP, do Iron Lady po prostu jej uwłacza”
    Oczywiście, ale przecież nie Morawieckiego z Thatcher porównuję, tylko Broniarza ze Scargillem! Obaj zasłużyli na dokopanie im, niezależnie od tego, kto i z jakich pobudek kopał. Morawieckiego można porównywać raczej z Borisem Johnsonem 😉

    Polubienie

    1. Zbyteczne paste usunąłem 🙂

      Przecież wiesz, że zasadniczo się w tych kwestiach zgadzamy :). Sednem sporu jest właśnie owa „umowa”. Zdaję sobie sprawę, że jej nie podpisywałeś. Ja też nie. Ale skoro budżetówka istnieje, to znaczy, że państwo (czyli przede wszystkim ci, którzy z wiadomego mitu czerpią korzyści) uznaje ją za potrzebną. A państwo jest umową, choć przecież żaden z nas się do niego nie zapisywał i wiele rzeczy mu się w nim nie podoba. Jeśli więc w ramach państwa funkcjonuje budżetówka (nie jako występek, lecz byt legalny) to wszyscy będący częścią tej umowy, muszą uznać jej istnienie i prawa ludzi w niej zatrudnionych. Te z kolei są oczywiście negocjowalne, ale zwykle istnieje zupełnie subiektywny próg bólu, przy którym owa negocjowalność się załamuje – podkreślę raz jeszcze, że w tym wypadku nie istnieje żaden miarodajny wskaźnik, ani mechanizm regulacyjny, oprócz subiektywnych odczuć pracodawcy i pracownika.

      Cały numer polega na tym, że ani ZNP (czy jakikolwiek związek zawodowy, jeśli już niefrasobliwe społeczeństwo, pragnące podobno liberalnej demokracji, zgodziło się na ich istnienie i samo z tego istnienia chętnie korzysta), ani indywidualny, niezrzeszony i bezpartyjny pracownik budżetówki nie jest w stanie dowieźć w sądzie, że jego uposażenie jest za niskie (podobnie jak jakiekolwiek ministerstwo nie udowodni, że jest za wysokie, lub w sam raz). A nawet gdyby jakiś prokurator, dla sławy (ha, ha, ha), chciał państwo oskarżyć, to nie bardzo sobie wyobrażam pracownika, dla którego zawód byłby tak cenny, że chciałby przez taki proces przechodzić i za niego zapłacić. Z kim miałby się porównywać? Nauczyciel z lekarzem? Z kasjerką z Biedronki nie może. A po podniesieniu płacy minimalnej, jego zawód zostanie praktycznie zrównany z pracownikiem fizycznym. Po to był strajk.

      Podobnie w przypadku związków zawodowych, jeśli są legalne (o co zdaje się społeczeństwo walczyło z komuną) i działają zgodnie ze swoim statutem, to trudno je za to potępiać, mimo że same muszą się przy tym wyżywić. Powstaje elementarna sprzeczność logiczna, kiedy premier rządu (nie pierwszy i nie ostatni), który legitymizuje i budżetówkę, i związki, jednocześnie z nimi walczy. Jego rolą jest zachowanie równowagi (czyli dobre gospodarowanie, niepozwalające związkom się utuczyć). Jeśli w mądrości swojej dostrzega, że budżetówka kosztuje skarb państwa zbyt wiele, może zrobić mnóstwo rzeczy, zanim będzie musiał radzić sobie ze strajkami. Na przykład mógłby otwarcie przyznać, że „Mało komu zależy na tym, by państwo zapewniało „edukację”. Zależy mu na tym, by wystawiło kwitki i by zapewniło świetlicę.” i poddać kwestię pod ocenę społeczną. Chciałbym zobaczyć jak długo utrzymałby się po tym na urzędzie, w kraju słynącym z miłości do racjonalizmu. Rozsądek podpowiada także, że nauczycieli jest zbyt dużo. Jeśli tak jest rzeczywiście (choć obecna praktyka szkolna na to nie wskazuje – dyrektorzy muszą się nieźle uwijać, żeby skompletować obsady), to w gestii państwa jest prowadzić odpowiednią politykę, prowadzącą do zmniejszenia zatrudnienia (także poprzez redukcję bzdurnych, nikomu niesłużących przepisów i obowiązków). W przypadku budżetówki jest to o tyle utrudnione, że za kryterium nie bardzo może być stosowana wydajność, bo ni cholery nie da się jej określić. Polityka taka powinna więc polegać raczej na niezatrudnianiu byle kogo, niż zwalnianiu, czy morzeniu głodem. Wielokrotnie pisałem, że w Polsce zdecydowanie zbyt łatwo zostaje się nauczycielem (i dostaje za to żenującą pensję). Jeśli kreuje się sztuczne zapotrzebowanie, to nieuczciwie jest domagać się od ludzi, by tej sytuacji nie wykorzystywali.

      Zakładam, że zdanie „Jeśli ktoś chce prawdziwej edukacji, to wysyła dziecko do Tanzanii albo posyła do prywatnych instytucji, a nie liczy, że gimnazjum je czegoś nauczy.” jest raczej smutną konstatacją stanu państwowej oświaty (za którą jednak bardziej odpowiada pracodawca, a nie pracownik), niż rozwiązaniem problemu. Po pierwsze masowe wysyłanie swoich obywateli z granicę w celu pobierania wykształcenia nie bardzo przystoi państwu europejskiemu o pewnych ambicjach (vide casus Stanisławka), po drugie, edukacja prywatna jest tutaj wciąż w dużym stopniu ersatzem dla wszystkich tych, których stać na niespełnianie niezbyt wyszukanych wymagań oświaty publicznej, a nie usługą dla ambitnych.

      Polubienie

  14. „skoro budżetówka istnieje, to znaczy, że państwo uznaje ją za potrzebną”
    Co nie oznacza, że nie może zmienić zdania i przestać uważać ją za potrzebną, zlikwidować ją lub zredukować. Nie jest to żadna „umowa” tylko zespół indywidualnych umów o pracę, które można rozwiązać i nie trzeba oferować podwyżek. Druga strona (a raczej pół miliona indywidualnych ludzi po drugiej stronie), jeśli im się warunki nie podobają, może złożyć wymówienia z dużo mniejszymi restrykcjami, niż zwalnianie przez pracodawcę.
    ZNP (zwłaszcza w czasach, gdy Łybacka/SLD było u władzy) skutecznie lobbowało za zwiększeniem zatrudnienia, gwarancjami zatrudnienia i podwyżkami. Między innymi dlatego, że nie poddaje się takim lobbingom z dwojga złego wolę już PiS od SLD. Ale to nie znaczy, że jakaś „umowa” gwarantuje komuś kolejne podwyżki, ani nawet nie gwarantuje im utrzymania przywilejów po wieczność.

    „Jeśli więc w ramach państwa funkcjonuje budżetówka (nie jako występek, lecz byt legalny) to wszyscy będący częścią tej umowy, muszą uznać jej istnienie i prawa ludzi w niej zatrudnionych.”
    Dokładnie. Sądy pracy są od rozstrzygania, czy coś jest częścią umowy, łamaną przez drugą stronę, czy nadinterpretacją sfrustrowanego związkowca. Przecież strajk poszedł nie o to, że PiS postanowiło z dnia na dzień wyrzucić połowę nauczycieli, bez wypowiedzenia, a pozostałym obniżyć pensje, tylko o to, że to ZNP zakwestionowało status quo.

    „nie istnieje żaden miarodajny wskaźnik, ani mechanizm regulacyjny, oprócz subiektywnych odczuć pracodawcy i pracownika”
    Ależ oczywiście, że istnieje! Albo ludzie odchodzą z pracy i zadania publiczne, jakim służy dany kawałek sfery budżetowej nie są spełniane z braku rąk do pracy, albo pracują nadal i społeczeństwo nie widzi, że państwo nie zapewniło ich funkcjonowania.
    Istnieje też ochrona prawna wypełniania umów o pracę, pełniona przez sądy pracy. Przed sądem nie dowodzi się, czy uposażenie jest „za niskie” bądź „za wysokie”, tylko czy jest zgodne z umową o pracę i z powszechnym prawem (np. płacą minimalną). Rozstrzygnięcie sądu zawsze zapada na rzecz którejś ze stron – mającej rację prawną, choć niekoniecznie moralną w socjalistycznej moralności.

    „A nawet gdyby jakiś prokurator, dla sławy (ha, ha, ha), chciał państwo oskarżyć, to nie bardzo sobie wyobrażam pracownika, dla którego zawód byłby tak cenny, że chciałby przez taki proces przechodzić i za niego zapłacić.”
    Nie prokurator tylko adwokat i gwarantuję Ci, że Fundacja Helsińska i kilka innych fundacji, zapłaci nie tylko za tego adwokata, ale ufunduje Ci nawet bilety, diety i hotel w Strasburgu, gdybyś to Ty chciał w swojej sprawie prowadzić spór prawny, a w bardzo wstępnej ocenie ich prawników przyznaliby Ci rację, czyli widzieliby choć cień szansy na wygranie. Wyraźnie wśród pół miliona nauczycieli nie znalazł się ani jeden z chęcią procesową (co, w przeciwieństwie do przegranego strajku, nie kosztowałoby go nic, a wręcz przeciwnie – dełoby mu sławę).

    „Zakładam, że zdanie „Jeśli ktoś chce prawdziwej edukacji, to wysyła dziecko do Tanzanii albo posyła do prywatnych instytucji, a nie liczy, że gimnazjum je czegoś nauczy.” jest raczej smutną konstatacją stanu państwowej oświaty (za którą jednak bardziej odpowiada pracodawca, a nie pracownik), niż rozwiązaniem problemu.”
    Nie całkiem. Jest raczej powtórzeniem myśli Twojej głównej tezy, że jedyny sens ma dobrowolna edukacja. Ta państwowa masówka (od kiedy istnieje, stworzona do alfabetyzacji pańszczyżnianych wieśniaków) dobrowolna nie jest, więc nie ma czego w niej szukać, ani w Polsce ani gdzie indziej. I od tysiąca lat najlepszą edukację zdobywało się za granicami – nie tylko dlatego, że Uniwersytet w Paryżu albo Bolonii miał wyższy poziom, niż Jagielloński, ale przez głęboki kontakt z innymi kulturami. Podróże kształcą. Nikt nie mówi o masowym wysyłaniu. Chyba popadasz znów w doublthinking, żeby elitarność była powszechna. Spośród miliarda Hindusów w UK studiuje tylko kilkananaście tysięcy. Pewnie ze 100,000 (około 1/1000 spośród ludzi w wieku studenckim) uzbiera się w USA i innych krajach. Wystarczy, by tworzyć elity Indii. Zresztą niech będzie, że była to konstatacja status quo. Podwyżki dla nauczycieli i tak by nie poprawiły dostępności głębokiej wiedzy w gimnazjach. Najpierw trzeba by było zlikwidować ich powszechność, jednolitość i obowiązkowość. To, że Polonez był gorszym samochodem od Mercedesa też nie było winą robotników FSO. Ale fabrykę lepiej było sprywatyzować czy wręcz zlikwidować, a na pewno nie liczyć na to, że bez zmiany właściciela i organizacji danie robotnikom podwyżek wpłynie na jakość Polonezów.
    Zdecyduj się: jeśli chodzi Ci o elitarność, to bez dziesięciokrotnej (lekko licząc) redukcji zatrudnienia się nie obejdzie, a zapewne bez szukania zupełnie innych ludzi. A jeśli zależy Ci na masowości, to nie ma co ubolewać nad koniecznością szukania prawdziwej edukacji gdzie indziej i szkoda topić w tym bagnie nawet tyle pieniędzy, ile topione jest dziś.
    Edukacja prywatna jest w dużej częśći ersatzem wszędzie – jest po prostu świetlicą o sympatyczniejszych świetliczankach i z większą ilością lepszych zabawek.
    Trudno: chcesz liceum w rodzaju Schloss Salem, to masz ich tylko kilka w całej Europie, głównie w Wielkiej Brytanii. Ale jeśli Twoja córka zapała potrzebą dyskusji o implikacjach fizyki kwantowej albo nauczenia się rozwiązywania równań wariacyjnych, to polecam się, nie będzie zbyt drogo. Takie podejście jest mikroskopijną niszą, ale każda edukacja na poziomie jest i musi być niszą. Ty masz chyba najszersze pole: jeśli ktoś chce nauczyć się mówić po angielsku, to wynajmuje prywatnego lektora, a nie liczy na to, że znajdzie to w państwowym szkolnictwie. A w nauce języków popyt na umiejętności jest chyba największy.

    Polubienie

    1. „Co nie oznacza, że nie może zmienić zdania i przestać uważać ją za potrzebną, zlikwidować ją lub zredukować.” – Ależ oczywiście, że może. Nie o tym mówię (zdaje się, że starasz się trzymać perspektywy idealistycznej – jak powinno być, ubranej w liberalny pragmatyzm) – dla mnie sednem problemu jest systemowa hipokryzja, w której ramach społeczeństwo (państwo) chętnie korzysta z pewnych „gwarantowanych” usług, ale jest przekonane (dzięki działaniu stada pinokiów), że nie trzeba za nie płacić. To dlatego kojarzę to z mechanizmem kozła ofiarnego (mimo, że do bycia np. nauczycielem nikt nikogo nie zmusza, a jedynie dość skutecznie nagania). Nie chodzi o żadne przywileje, ale poczucie elementarnej sprawiedliwości, które jest parametrem zupełnie subiektywnym, niewymiernym i niestosowalnym. Jeśli świadomie i z premedytacją utrzymuje się ułudę usług „darmowych”, nic dziwnego, że ludzie oczekują od innych pracy bez wynagrodzenia, a raczej są przekonani, że istnieją zajęcia, za które wynagrodzenie się nie należy, a jeżeli już, to minimalne. Jest również naturalne, że w takich realiach, jakość świadczonych usług się degeneruje, a roszczenia pracownicze rosną. Tłumaczenie sobie szkodliwości istnienia sfery wyjętej z rynku, możemy sobie darować.

      Dla mnie osią konfliktu jest to, że nikt oficjalnie nie chce „przestać uważać ją za potrzebną, zlikwidować ją lub zredukować”! Chce ją za to (zupełnie rynkowo) wykorzystać (w celach różnych, niekoniecznie bezpośrednio związanych z teoretycznym przeznaczeniem). Jest to konflikt nierozwiązywalny, nie dlatego, że rozwiązanie nie istnieje, ale dlatego, że nikt (po obydwu stronach) nie chce go użyć. Nie twierdzę, że bycie nauczycielem w szkole państwowej nie ma plusów; one jedynie, od czasu do czasu (jak w każdej innej działalności i nie tylko w budżetówce), przestają równoważyć minusy. Ponieważ nie ma woli społecznej, żeby z budżetówki zrezygnować (wręcz przeciwnie, tego rodzaju szkolnictwo prężnie się „rozwija” na całym świecie) konflikt interesów musi wcześniej, czy później powstać. Rozwiązanie jest niby proste, ale zupełnie nieadekwatne logicznie – ni stąd, ni zowąd, ludzie, którzy bezpośrednio czerpią korzyści ze status quo, chcą korzystać z rynkowego mechanizmu do regulacji nierynkowej części gospodarki – to jest właśnie ten aspekt, którego, na zupełnie „matematycznym” poziomie nie rozumiem. Podobnie, jakikolwiek adwokat chcący bronić interesu pracownika budżetówki i używający argumentów z dziedziny rynkowej, automatycznie pogrążyłby swego klienta. Jedyną logiczną linią takiej obrony jest uznanie, że jeśli pracuje on na warunkach nierynkowych, również takowe (zupełnie subiektywne i uznaniowe) muszą być stosowane przy jego wynagradzaniu. Jeśli godzimy się na istnienie sfery budżetowej, to musimy pogodzić się z założeniem, że jedynym sposobem utrzymania jej w miarę gładkiego funkcjonowania jest zachowanie kruchej równowagi między wydajnością systemu, a satysfakcją pracownika w nim zatrudnionego (dobre zarządzanie resztą gospodarki i minimalizacja strat, do czego nasz rząd nie jest zdolny i to nie od dzisiaj).

      To, że na dłuższą metę jest to niewykonalne jest oczywistą, socjalistyczną bolączką, którą muszą rozwiązywać kryzysy i przesilenia. Nie można zjeść ciastka i nadal je mieć. Sposobem na wyjście z pata, bez rewolucji, niszczenia ludzi i robienia bałaganu jest konsekwentne budowanie konkurencyjnego modelu liberalnego, a nie podgryzanie systemu, w który tak, czy inaczej pompuje się miliardy z publicznych pieniędzy. To bardzo kosztowna sprzeczność. Niszczenie pozarynkowej sfery, którą na poziomie państwa oficjalnie uznaje się za niezbędną, intelektualnym aparatem, przynależnym do zupełnie innej rzeczywistości ekonomicznej, wydaje mi się nie tylko niesprawiedliwe, ale przede wszystkim nielogiczne. To nie jest przekształcana własnościowo fabryka. Gdyby jakiemuś rządowi naprawdę zależało na oszczędzaniu, konsekwentnie promowałby konkurencyjny model liberalny, do którego chcący zarabiać więcej szybko by odeszli, bo wreszcie mieliby dokąd (dzisiejsza oświata niepubliczna, to w większości parodia chodząca na sznurku publicznej i w pełni od niej zależna), a ich klienci poszliby za nimi. Po dekadzie, okazałoby się, że budżetówka nie jest już żadnym problemem, bo stanowi margines. Bez strajków i burdelu w życiu tysięcy ludzi. Niedobitki, godzące się na oświatowe półśrodki i waloryzowany zasiłek zamiast pensji, nadal tkwiliby „na posterunku”, bo konkurencja nie oznacza przecież eksterminacji dziedzin „społecznie wrażliwych”.

      Polubienie

  15. „nikt oficjalnie nie chce „przestać uważać ją za potrzebną, zlikwidować ją lub zredukować” ”
    Nadużywasz wielkiego kwantyfikatora. Wystarczyłoby, żebym był jedyną osobą w Świecie, która tak uważa i się z tym nie kryje.

    Hipokryzji w życiu publicznym jest mnóstwo. Choćby „nikt” też nie powie oficjalnie, że bezpieczeństwo i ludzkie życie ma wymierną cenę, a nie jest bezcenne, a mimo to wydatki na służby ratownicze, wojsko i policję są dość ograniczone. Przez tę hipokryzję nieracjonalne, bo często płaci się mnóstwo za marginalną poprawę, nie płącąc znacznie mniej za mierzalną poprawę.

    „Chce ją [budżetówkę szkolną] za to (zupełnie rynkowo) wykorzystać (w celach różnych)”
    A do czego konkretnie ja ją chce wykorzystać? Wyłącznie jako świetlicę. Ale świetliczanki mogą pracować 40h/tydzień przez 11 miesięcy w roku, zarabiając płacę minimalną i nie mając dyplomów z pedagogiki.

    „ni stąd, ni zowąd, ludzie, którzy bezpośrednio czerpią korzyści ze status quo, chcą korzystać z rynkowego mechanizmu”
    O jakich „ludziach” mówisz? O nauczycielach z ZNP? Wydaje mi się, że robią, co tylko mogą, by utrwalić najdalszy rynkowości system.
    A ludzie, tacy jak ja, raczej nie czerpią bezpośrednio żadnych korzyści ze status quo.

    „adwokat chcący bronić interesu pracownika budżetówki i używający argumentów z dziedziny rynkowej, automatycznie pogrążyłby swego klienta”
    Oczywiście! Podobnie pogrążyłby taką argumentacją pracownika zupełnie prywatnej strefy. Adwokat jest do używania przed sądem argumentów natury prawnej, a nie rynkowej, nierynkowej, czy jakiejkolwiek innej. Jeśli prawo zostało złamane, to życzę wygranej w sądzie! Powtórzę to, co już raz napisałem: sądy nie są od rozstrzygania, czy czyjeś wynagrodzenie jest słuszne, za niskie, czy za wysokie, ale wyłącznie, czy jest zgodne z umową o pracę i przepisami ogólnymi.

    „Jedyną logiczną linią takiej obrony jest uznanie, że jeśli pracuje on na warunkach nierynkowych, również takowe (zupełnie subiektywne i uznaniowe) muszą być stosowane przy jego wynagradzaniu.”
    Ależ skąd! Jedyną logiczną linią sporu sądowego jest to, czy zapisy umowy o pracę oraz prawa pracy są przez pracodawcę łamane czy przestrzegane. „Rynkowość” nie ma nic do rzeczy. Nauczyciel nie pracuje na niejasnych warunkach „nierynkowych”, tylko jak każdy inny najemny pracownik na warunkach swojej umowy o pracę, Karty Nauczyciela, Kodeksu Pracy i kilku innych ustaw, mających do pracy również zastosowanie. „Rynkowość”/”nierynkowość” jest wyłącznie publicystycznym skrótem myślowym, podsumowującym kilka cech charakterystycznych przedsiębiorstwa, w szczególności jego poddanie walce konkurencyjnej bądź posiadanie monopolistycznej pozycji, oraz większe, mniejsze, bądź nawet żadne uzależnienie dalszego istnienia przedsiębiorstwa od satysfakcji swoich klientów. Z płacami pracowników nie ma wiele wspólnego, poza tym, że państwowa instytucja ma nieskończone konto i jeśli ją związki nacisną, to może płacić pensje nawet przy długotrwałym ponoszeniu strat, a mniejsza i nie posiadająca wielkich zapasów finansowych nie może sobie na straty pozwolić i bankructwo jest dla niej większym straszakiem, niż wkurzeni związkowcy.

    „Jeśli godzimy się na istnienie sfery budżetowej, to musimy pogodzić się z założeniem, że jedynym sposobem utrzymania jej w miarę gładkiego funkcjonowania jest zachowanie kruchej równowagi między wydajnością systemu, a satysfakcją pracownika w nim zatrudnionego.
    Używasz formy „godzimy się”. JA się nie godzę. Nie uogólniając na całą sferę budżetową, bo widzę głęboki sens i potrzebę istnienia sądów, policji, wojska, części urzędów. Natomiast nie godzę się na istnienie państwowego masowego szkolnictwa w obecnej formie, a zwłaszcza rozdymanej jeszcze bardziej. Wydajność systemu jest praktycznie zerowa, więc na „kruchą równowagę”, polegającą na daniu podwyżek, nie sposób mi się zgodzić.
    Niezależnie od „budżetowości” warto by było też, żeby nawet nauczyciele pamiętali, że warunkiem w miarę gładkiego funkcjonowania społeczeństw jest, by jedna grupa prowadząc spór z drugą, nie biła w trzecią. A potem się dziwiła, że ta trzecia grupa ich nie lubi i woli poprzeć raczej tę drugą, choćby jej z innych przyczyn nie znosiła.

    „socjalistyczna bolączka, którą muszą rozwiązywać kryzysy i przesilenia”
    Dokładnie. Właśnie nadarzającą się okazją takiego kryzysu jest odejście z tego chorego systemu znacznej części pracowników.

    „Po dekadzie, okazałoby się, że budżetówka nie jest już żadnym problemem, bo stanowi margines. Bez strajków i burdelu w życiu tysięcy ludzi.”
    Snujesz piękną i słuszną wizję, jak pięknie, bezboleśnie i wspaniale możnaby było zreformować świat (edukację). Oczywiście. Tylko w okolicy nie ma ani jednej partii do tego chętnej. Więc ja się cieszę nawet z tego, że aktualna władza dokonuje bardziej bolesnej dla pracowników destrukcji. Raz jeszcze – niezależnie od intencji jakie głosi lub ktoś im przypisuje. I niezależnie od marzeń, by rządzili liberałowie w stylu Jeffersona.
    Różnica, że Ty za ważniejsze uważasz „bez burdelu w życiu tysięcy ludzi (nauczycieli)” i się o ten burdel oburzasz, a ja za ważniejsze widzę „bez strajków (uderzających w pozostałą część społeczeństwa)”, a ja się cieszę, że strajkowym zapędom ukręcono łeb.

    Polubienie

    1. Użyty kwantyfikator jest usprawiedliwiony w sensie politycznej woli zmiany. Zmiany w kierunku zmniejszenia hipokryzji (choćby tylko tej oczywistej) i ograniczenia populizmu dowolnego autoramentu. Żaden minister oświaty nie przyzna przecież, że chce, by szkołę obsługiwały świetliczanki bez wykształcenia, za płacę minimalną (notabene, nie ma takich świetliczanek – zdziwiłbyś się, jakie wymagania mają niektórzy wobec nich).

      Budżetówka bywa wykorzystywana jako wygodny chłopiec do bicia przez wszystkie opcje polityczne – jej problemów nie rozwiązuje się na bieżąco, lub nie rozwiązuje się w ogóle, czekając na nieunikniony kryzys, zażegnywany następnie w sposób doraźny. Powstaje przy tym wrażenie, że to zatrudnieni w niej ludzie winni są całemu złu dotykającemu społeczeństwo – powszechnie wiadomo, że za bałagan i koszmarne warunki na SOR-ach, oraz kolejki w przychodniach odpowiadają przekupni lekarze, za przewlekłe procesy kastowi sędziowie, a za lenistwo i niewyuczalność Grzesia jego jeszcze bardziej leniwi nauczyciele. Biedne państwo radzi sobie z tymi bolączkami jak może (podpowiadając wzburzonemu narodowi rynkowe rozwiązania, nierynkowego problemu) i rozwiązałoby je już dawno, gdyby nie ci roszczeniowi pracownicy, non-stop żądający podwyżek i, co gorsze, stale je otrzymujący. Przy tym, przez cały czas, oficjalna propaganda głosi, że pracownicy sfery budżetowej to sól tej ziemi.

      Budżetówkę wykorzystują wszyscy, którzy uważają ją za sferę bezpłatną, niepodlegającą przepływowi środków. Wszyscy, którzy oczekują cudów za darmo – to dzięki nim i dla nich państwo ten mit utrzymuje, gwarantując sobie wygodny bufor dla strefy „wrażliwej społecznie”. Tylko dzięki budżetówce można „za darmo” zagwarantować „szerokiemu ogółowi” usługi, które „mu się należą” – w przeciwnym razie trzeba by temu ogółowi wytłumaczyć wreszcie, że nie ma nic za darmo, a to, co ogół płaci w podatkach, z jakichś przyczyn na wysoką jakość usług nie wystarcza. Ba, nigdy nie wystarczy. I że są sposoby, by te podatki lepiej zagospodarować. Pamiętam oczywiście, że, w przypadku oświaty, jest to usługa przymusowa. Paradoksalnie, to również jest narzędzie wykorzystywania pracownika, nie jedynie klienta – z wygodnego narzędzia łatwo się nie rezygnuje. Z drugiej strony, nawet gdyby ten przymus znikł, z „darmowej” szkoły zrezygnowałby może promil zainteresowanych i nie wpłynęłoby to znacząco na finansowanie oświaty publicznej. To, że wszystko to wykorzystują i pasożytnicze związki, i niesolidni pracownicy jest nieuniknionym efektem ubocznym, który państwo ma wkalkulowane w koszty (oczywiście nie swoje, jako abstrakcyjnego aparatu, ale obywateli). Doskonale zdajesz sobie sprawę, że koszty ponoszą nie tylko ci wredni, nic z siebie niedający nauczyciele, ale także ich „klienci” – nie ma znaczenia, kto jest sprawcą bezpośrednim.

      Wydaje mi się, że dostrzegasz, że obie strony konfliktu są jednakowo w to uwikłane i mówiąc kolokwialnie, umoczone. Bardzo ładnie podsumowałeś różnice w naszym rozumowaniu. To prawda, że: „w okolicy nie ma ani jednej partii do tego chętnej”. Tak samo jak takiej, która, zgodnie z liberalnym credo, zbędny balast budżetowy chciałaby zlikwidować w sposób bezpośredni. Ja, owszem, oburzam się o burdel w życiu setek tysięcy ludzi, ale nie dlatego, że w budżetówce pracuję, ale dlatego, że ten burdel na nic sensownego się nie przełoży – jest absolutnie pusty i bezużyteczny społecznie: Na miejsce zwolnionych i zwalniających się, przyjdą następni, nowy strajk wybuchnie wcześniej, czy później, a idiotyzmy w szkole będą rosły z pełną akceptacją suwerena, który za to płaci, a podobno płacić nie chce. Z tej samej przyczyny, twoja satysfakcja jest również złudna, nawet jeśli światopoglądowo usprawiedliwiona.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.