Prostowanie krzywej

Pamiętacie Państwo swoją klasę z początków podstawówki? Ja swoją pamiętam dość dobrze. Zarówno miejsce, jak i ludzi. Czterdzieści kilka osób… Nie, nie to, że bardzo wyraźnie i wszystkich z imienia, ale pamiętam dużo… I jestem przekonany, że było to społeczeństwo w pigułce – przekrój przez wszystkie możliwe warstwy i klasy, typy, charaktery. Pamiętam też wyraźnie, że mniej więcej po trzeciej klasie (a dla naszej pani na pewno po pierwszej ;)) w zasadzie wszystko było wiadome: kto „się uczy”, kto nie, kto ma jakie możliwości, kto „sprawia kłopoty”, z kim muszą pracować rodzice, komu potrzebne jest większe wsparcie nauczyciela, itd, itp. Wszystko to, mniej więcej, dałoby się ułożyć wzdłuż krzywej rozkładu normalnego, gdyby komuś przyszło to do głowy. Nie sądzę, by w tej kwestii wiele się do dziś zmieniło, z wyjątkiem liczebności klas… Skłamałem. Zmieniło się wszystko.

Wiele na plus, choćby stosunek do ucznia (choć osobiście nie narzekałem), ale, według mojej subiektywnej oceny, bardzo dużo na minus. Choćby to, że dla współczesnej szkoły (a przede wszystkim dla jej wciąż przymusowych klientów), niemal niemożliwe jest już zaakceptowanie występowania różnic, wynikających z naturalnych uwarunkowań. W teorii, współczesna szkoła dąży do dywersyfikacji poziomu nauczania, wymagań i celów, a w praktyce do oceniania „za kropkę” i edukacji uporczywej. Mówiąc wprost, skala ocen (a właściwie cała gama i rozpiętość uczniowskich możliwości, bo ocenianie, jako niezbyt poprawne politycznie, jest na cenzurowanym) przestaje praktycznie mieć prawo istnieć. Oznacza to, że głównym zadaniem nauczyciela jest ująć młotek i tak długo klepać krzywą dzwonową w swoim dzienniku, aż przynajmniej jedno jej ramię wyprostuje się w poziomie. Cel ten różni ludzie osiągają na różne sposoby (znów ten Gauss) – jedni, zgodnie z oczekiwaniami społecznymi, nie kopią się z koniem i po prostu stawiają piątki za kropki, albo nawet za posiadanie długopisu przydatnego do kropki postawienia, inni, przy pomocy całej gamy narzędzi metodycznych i dydaktycznych, powstałych na zamówienie „nowej pedagogiki”, będą przez całe lata starać się z każdego Jasia zrobić studenta. Nieważne przy tym, że ów Jaś, w epoce słusznie minionej, na jakiejkolwiek uczelni, mógłby najwyżej obsługiwać punkt usług ksero. Dziś na „uczelniach” niewiele więcej się od niego wymaga.

Taka oferta „uczelni” (i poprzedzającej ją świetlicy) jest oczywiście podażą, odpowiadającą „rynkowemu” popytowi. Nawet zupełnie nierynkowa oświata publiczna uczyniła z tego trendu swój produkt flagowy już od przedszkola, w którym nie ma teraz dzieci niebędących geniuszami. Teoretycznie, współczesna pedagogika utrzymuje, że „każdy ma jakiś talent” i  że nie wszyscy powinni ścigać się w tej samej konkurencji, a nawet sugeruje, że współzawodnictwo jest niefajne i możliwe do uniknięcia. Bzdura tego chciejstwa ukazuje się w pełnej, praktycznej krasie, kiedy wszyscy zdolni inaczej spotykają się w jednej klasie, realizującej tę samą podstawę programową tego samego przedmiotu.

Dążenie do jak najlepszego wyniku i wszechstronnego rozwoju wydaje mi się zupełnie naturalne. Problem pojawia się, gdy wynik „najlepszy” okazuje się jedynym akceptowalnym. Współczesna paranoja rodzicielska wymusza taki stan rzeczy niemal od chwili narodzin potomka. Gdzieś, w głębi zakompleksionych mózgów, snuje się jednak niejasne podejrzenie, że wyobrażenie o własnej wielkości, nie mówiąc już o domniemanym geniuszu, może nie być dziedziczne. Trzeba więc, w miesiąc po urodzeniu, zapisać wyjątkowo uzdolnione niemowlę do przedszkola z odpowiednio wysokim czesnym, albo przynajmniej dostać się na listę rezerwowych. Parę lat później, brzdącem zajmą się odpowiedni specjaliści, którzy, ku uciesze jego ogłupiałych korporacyjnym mitem rodziców, będą udawać, że dzieciak przeskoczy kilka etapów swojego rozwoju i pokona przyszłych konkurentów w przedbiegach, dzięki niemal magicznym kwalifikacjom swoich opiekunów.

Nauczanie początkowe to dziś wyścig o pole position. Po etapie buziek i słoneczek, bezwarunkowo rozdawanych na prawo i lewo, po przyzwyczajeniu i uzależnieniu targetu, trudno jest przejść do urealnienia wymagań, stąd też bezpieczniej i wygodniej jest postulować docenianie za istnienie, lub odejście od oceniania w ogóle. To ostatnie chętnie bym zaakceptował, razem z likwidacją (od poziomu podstawowej alfabetyzacji) powszechnego obowiązku i egzaminów zewnętrznych. Niech o poziom przyjmowanych kandydatów martwią się szkoły zawodowe i wyższe. W innym wypadku, wszystkie nieoceniająco-doceniające, antyautorytarne wygibasy są jedynie grą pozorów dla logicznych inaczej.

Od chwili, gdy w życiu ucznia pojawiają się oceny „prawdziwe”, zaczyna się prostowanie krzywej. Nie ma takiej możliwości, żeby Józek miał trójkę z niemieckiego, skoro ma piątkę z angielskiego, lub odwrotnie. Równie kiepsko to wygląda w zestawieniu z celującym z fizyki. Coś z tym trzeba zrobić. Niemożliwe również, żeby Eulalia nie miała chociaż czwórki z chemii. Przecież to takie pozytywne dziecko! I zrobiła taką ładną prezentację na historii! O dwójkach z kartkówek i klasówek nawet nie ma co dyskutować – trzeba je poprawiać. Na poprawy zgłaszają się również ambitni – przecież ta czwórka to był wypadek przy pracy! Młotki w dłoń i dawaj prostować! – taki wniosek można wysnuć z niejednej rady pedagogicznej. Wiadomo, w tabelkach to lepiej wygląda, a poza tym, skoro Iksińska może nauczyć na piątkę, to znaczy, że Igrekowski się nie stara. Albo nie podoba mu się podstawa programowa.

W domach, indywidualna krzywa również budzi podejrzenia. Powstają domniemania (słuszne), że Bronek nie przykłada się do geografii, równie starannie, jak do biologii. To niedopuszczalne – trzeba natychmiast wysłać go na korepetycje. Akceptacja faktu, że Bronek ma geografię w tyle (bo mu potrzebna, jak dziura w skarpecie) jest fizycznie niemożliwa. Jeśli już wyjdzie na jaw, że dwója Ziuty z angielskiego nie jest przypadkiem i to wcale nie „nauczyciel się na nią uwziął”, to za problemy z odmianą to be i tabelą czasowników nieregularnych z pewnością odpowiada dysleksja, albo ADHD. Rozpoczynają się peregrynacje po przychodniach, w celu wymuszenia odpowiedniej diagnozy, a poradnie wolą nieraz wydać stosowną opinię „na zapas”, niż zaniedbać potencjalny problem. Gdyby jeszcze, w razie potwierdzenia diagnozy, ktokolwiek stosował się do wskazań specjalisty… Niestety, dysleksja i inne dysfunkcje nie są na ogół leczone (czy raczej obłaskawiane), a często służą jedynie wyreklamowaniu delikwenta od pewnych obowiązków, lub standardów. Są to działania łatwe do zrozumienia, gdzieś jednak gubi się, leżące podobno wszystkim na sercu, „dobro dziecka”. Może nie gubi się, jest jedynie różnie rozumiane. Z obu stron, jako pretekst do obejścia idiotyzmu jednej jedynej podstawy programowej dla wszystkich i dylatacji ekstremów skali ocen.

Kiedy jednak dysleksji nie da się wychodzić i trafi się na „wyjątkowo wymagającego” nauczycieal, nie sypiącego piątkami za ściągnięte prace domowe, prezentacje, których całą wartością są mniej, lub bardziej udane zdjęcia, podsunięte przez Google’a i za statystowanie w pracy grupowej, zaczyna się przykładanie sił do krzywej. Nie mówię oczywiście o naturalnej dążności Ziuty do poprawy jej sytuacji w szkolnej statystyce, o profesjonalnych wysiłkach nauczyciela, czy korepetytora, ani też o pozostałych, statutowych działaniach szkoły, chcącej trzymać pewien poziom. Chodzi o wszechobecny, kretyński trend udawania, że Ziuta musi być równie zdolna w angielskim, jak w matematyce, w ogóle nie może być niezdolna (co najwyżej zdolna inaczej), że jej talent do szydełkowania równoważy nieświadomość reakcji redoks i ogólne przekonanie, że jeśli potrafi zrobić czapkę na szydełku, to równie dobrze może (a nawet powinna) studiować pedagogikę.

W ramach klamry stylistycznej, powiem, że „kiedy byłem w waszym wieku” nikt by nie płakał nad szydełkującą Ziutą i nie kazał jej studiować, by mogła uczyć innych mądrych inaczej. Ku jej radości i korzyści. Było wtedy raczej oczywiste, że nie każdy musi studiować. No, ale to były czasy, kiedy studiowanie jeszcze coś oznaczało. Było więc jasne, że z czterdziestu kilku dzieciaków zebranych w jednej klasie podstawówki, jakieś piętnaście ukończy szkołę średnią, a studiować będzie kiedyś pięć, góra siedem.  Dziś uznano, że to niesprawiedliwe i niepoprawne politycznie proporcje i zamiast punktów za pochodzenie przyznaje się talon na balon, w postaci oceny kreatywnej w każdym Tygodniu Cudów. Jaki jest tego efekt? Taki, że nadal podobny odsetek populacji jest zdolny do uzyskania wiedzy i kwalifikacji stosownych do ukończenia studiów z dziedziny dowolnej (krzywa Gaussa zachowuje swój naturalny kształt), ale za to stosowny papier odbiorą prawie wszyscy chętni (wierzchołek krzywej stanowi niewielkie wybrzuszenie na wreszcie sprawiedliwej prawie prostej). Ziuta i tysiące jej podobnych skończy jakąś pedagogikę wstydu, kulturoznawstwo bez kultury, czy inny śmieciowy w danym roku kierunek, otwarty przez najbliższą para uczelnię i zasili grono bezrobotnych, zamiast sprzedawać czapki wydziergane własnoręcznie, lub sprowadzone z Chin. Jeśli będzie mądra, zajmie się tym mimo posiadania magisterium z pedagogiki i braku takowego z sinologii. Po co ma w takim razie marnować na to parę lat życia, stresować się jedynkami, sprawdzianami, kolokwiami i egzaminami? Żeby leczyć kompleksy rodziców, którzy na „dobrodziejstwo” edukacji uporczywej się nie załapali. I zrobić przyjemność wszystkim tym, którzy wierzą, że podmiotowość nadaje się w szkole, wraz z czerwonym paskiem na świadectwie. I tym, którzy twierdzą, że od grania na skrzypcach i wkuwania nigdy nieużywanych słówek, grubieje spoidło wielkie. A także tych, którzy przerosty zatrudnienia chcą tłumaczyć koniecznością motywowania wewnętrznie ponoć zmotywowanych i zaciekawiania podobno wiecznie ciekawych. Zapotrzebowanie na Ziuty rośnie, ale że wszyscy zainteresowani świadomi są jakości ich magisteriów, nikt się specjalnie nie spieszy, by im płacić. Czy nie lepiej sprzedawać czapki?

 

2 myśli na temat “Prostowanie krzywej

  1. Moja klasa w podstawówce miała tylko koło 30 uczniów. Nie był to przekrój wszystkich warstw i klas, ale byłem jedynym dzieckiem, którego rodzice mieli za sobą jakieś studia, a reszta to były dzieci robotników z fabryk na warszawskiej Woli albo zupełny lumpenproletariat. Matka pielęgniarka jednej z moich koleżanek oznaczała już wyższą warstwę społeczną. Rodzice przenieśli mnie po dwóch latach do sąsiedniej szkoły, tam miałem jednego kolegę z inżynierskiej rodziny i kilkoro z peerelowskiej „klasy średniej”, czyli urzędników itp.
    Na stosunek do ucznia nie narzekałem – z pewnością był bardziej zdroworozsądkowo empatyczny, niż dzisiejsza „uporczywa opieka”, demonstrowana dobroć, paternalistyczna troskliwość i różowy kisiel, lany na głowy.
    Z większością nauczycielek udawało się osiągnąć kompromis (czasem przy wsparciu ojca): ja nie robiłem afer, a one dawały mi święty spokój i moje ulubione spokojne miejsce w ostatniej ławce. Gorzej, gdy trafiła się taka, co „poprawiała” mi w zeszycie dobrze napisane teksty na nieortograficzne albo niegramatyczne, a mówiła tak, że nie sposób było tego uznać za wzór poprawności językowej. Ojca szlag trafił i przeniósł mnie do sąsiedniej szkoły.

    Na poprawianie czwórek bym specjalnie nie wybrzydzał – sam to robiłem czasami i to w czasie, gdy piątka była maksimum. Nawet czasem nie z własnej inicjatywy, ale lekko naciśnięty (raczej nie oponowałem) przez któregoś ze swoich profesorów (uniwersyteckich), który wolał mi oddać indeks bez wpisanego stopnia, bym przyszedł za dwa tygodnie na egzamin jeszcze raz, niż wpisać czwórkę.

    „Podaż czy popyt?”
    Pytanie, czy pierwsza była kura, czy jajko? Żyjemy w świecie, w którym dla 80% (jeśli nie więcej) ludzi liczy się kwitek, a nie wiedza. Kiedyś im zdobywanie kwitka nawet do głowy nie przychodziło, zresztą i takie były przepisy. Nauczycielką albo pielęgniarką zostawało się po liceum zawodowym, a nie po studiach „wyższych”, co dziś jest wymagane. I nie odstaje poziomem wiedzy od tych liceów pedagogicznych czy medycznych, ale nosi dumny tytuł „licencjatu” a nawet „magisterium”, wymaga zachodu i kilku lat dłużej. Mnóstwo posad, głównie budżetowych (strażacy, policjani, urzędniczki od wystawiania dowodów rejestracyjnych, etc.), które kiedyś wymagały najwyżej matury (albo nawet nie), dziś wymagają licencjatu. Papier z pieczątką – to jest to, co się liczy!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.