Uwaga! Tekst zawiera lokowanie produktu

Pomyślałem, że, dla odmiany i higieny psychicznej, dobrze byłoby trochę odpocząć od poletka nieudolnie uprawianego przez MEN i jego błyskotliwych przywódców. Myślę, że wielu czytelnikom przyda się także wytchnienie od namolnej, choć nieskutecznej propagandy „szkoły wymyślanej na nowo”, oraz dylematów dotyczących mycia rąk i noszenia maseczek.

Być może nie wszyscy są tego świadomi, ale oświaty wcale nie trzeba bez końca reformować, ani na siłę wymyślać nowych jej paradygmatów i zasad jej działania. Wystarczy dać wolną rękę i nauczycielom, i uczniom oraz zapewnić im odpowiednie zaplecze. Okazuje się także, że do prawidłowego jej działania nie są wcale potrzebne zawsze niewystarczające miliardy z państwowej kasy. Skąd to przekonanie? Jeśli nie z belferskiego doświadczenia, które może być kwestionowane przez obowiązującą wykładnię i politykę, to z obserwacji prawie uczestniczącej – moja córka, zniechęcona klimatem naszej oświaty (i nie tylko), wybrała edukacyjną wolność… w Tanzanii (UWC East Africa). Jak się okazuje (z jej i jej kolegów relacją można zapoznać się tutaj), zdarza się, że z własnej edukacji można być zadowolonym.

Czy z powyższego linku (zawierającego, jakby nie było, lokowanie produktu) wynika, że UWC znalazło świętego Graala nauczania? A może jest po prostu miejscem, w którym szczęśliwie spotkali się wyselekcjonowani zmieniacze, codziennie zastanawiający się jak tu uszczęśliwić edukacyjny podmiot kolejnym metodycznym szpagatem i docenić go za każdą kropkę i każdy gest? Nic z tych rzeczy. Nauka w tym systemie to naprawdę ciężka i odpowiedzialna praca, a uczniowie nie są w nim wolni od związanego z nią stresu. Zdarzają się niepowodzenia i zawody, nikt nikomu nie wmawia, że edukacja nie jest częścią życiowej konkurencji i nie podlega regułom obowiązującym wszędzie poza nią. Materiału jest dużo, a terminy gonią. Trzeba oddawać prace i zdawać egzaminy. Wymagania są spore – kto sobie z nimi nie radzi i/lub niewłaściwie gospodaruje czasem, musi zarywać noce i godzić się z niższymi ocenami, bo nikt tam nie zamierza prostować krzywej rozkładu normalnego. Może więc wszystko to dzieje się za sprawą cudownych metod aktywizujących, twórczych projektów, zajęć z dramy i kojących okoliczności przyrody? No cóż, z pewnością fajnie jest mieć za oknem wieczną wiosnę, ale muszę Państwa rozczarować – biologii nie uczy się tam przez obserwację małp fikających po kampusie, a matematyki, licząc banany na okolicznych palmach. Poza tym, choć szkoły UWC (18 placówek) rozsiane są po całym świecie, nie wszystkie mają tak malownicze lokalizacje. Jak mogliście Państwo zauważyć, siedzi się tam w normalnych ławkach, na normalnych krzesłach, a kiedy trzeba je przestawić, to ma to swój cel i nikt nie robi z tego pedagogicznej innowacji. Czyżby więc tajemnica tkwiła w nieprzeciętnych umiejętnościach kadry wykładowców? Nikomu nie odmawiam profesjonalnych przymiotów, ale, rozmawiając z kilkoma uczniami i absolwentami, nie miałem wrażenia, że tzw. poziom nauczania tam oferowany jest znacząco odmienny od średniej europejskiej. Jak zwykle i jak wszędzie, jednych nauczycieli się lubi, innych mniej, jedni wydają się lepsi w swojej pracy, inni gorzej docierają ze swoim przekazem – jest to rzecz niemierzalna i bardzo indywidualna. O co więc chodzi i dlaczego te dzieciaki wydają się tak zadowolone i… szczęśliwe?

Prawdopodobnie sprawię teraz zawód nie mogącym się już doczekać objawienia pedagogicznej rewelacji, kiedy powiem, że nie stoi za tym żadna cudowna, nowoczesna metoda, ani dobra, lub jeszcze lepsza „zmiana”. Nie jest to kwestia ustawicznego zaciekawiania wszystkich wszystkim, agitacji wewnętrznej motywacji, ani szkoleń z miękkich kompetencji. Wszystkie te i inne, jeszcze bardziej niewykonalne i wewnętrznie sprzeczne sztandarowe założenia pedagogiki na ogół niestosowanej są tam jeśli nie zbyteczne, to z pewnością dziesięciorzędne. Całość ogranicza się do dobrej praktyki nauczycielskiej, której nie trzeba nikomu tłumaczyć, a tajemnica sukcesu tkwi w dobrowolnej interakcji ludzi, którzy chcą uczyć i tych, którzy chcą się czegoś nauczyć! Po prostu, nikt nikogo nie zmusza, by leciał przez pół świata uczyć się piętnastu przedmiotów, które go nie interesują i które z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością do niczego mu się w życiu nie przydadzą. Zamiast tego, chętni mogą wybierać z oferty skierowanej do ludzi bardzo młodych, ale nie traktowanych ustawowo jak przygłupy, z definicji niezdolne do przyswajania informacji, jeśli nie jest im podawana przez programową kroplówkę. Targetem jest młodzież nawykła do dokonywania wyborów i przyjmowania za nie odpowiedzialności (głównie przed samym sobą). A więc selekcja? Oczywiście, ale dokonywana na najprostszym możliwym poziomie: Albo chcesz się uczyć, albo nie. Albo uznajesz, że cię to kręci, albo poszukaj sobie świetlicy, która nie skala cię transmisją. Ale, jeśli naprawdę chcesz wiedzy, doświadczenia i rzeczowej współpracy, znajdą się ludzie, którzy w ciebie i twoją edukację zainwestują.

Czy jest to system idealny? Z pewnością nie, ale to kwestia preferencji, a poza tym system idealny nie istnieje i nie zaistnieje nigdy. Wiele rzeczy mi się tam nie podoba, spodziewałem się np. nieco większej „dostępności” nauczycieli, mniej atmosfery kibucu, myślałem, że na zajęciach będzie się jednak więcej działo, nie jestem zachwycony warunkami w dormach, albo opieką medyczną, ale to wszystko są utyskiwania pana w mocno średnim wieku, skażonego własnym wyobrażeniem o komforcie i nawykłego do większego dystansu społecznego, nawet bez zagrożenia epidemiologicznego. Dla ambitnej nastolatki, której żywiołem jest grupa rówieśnicza o podobnym potencjale i oglądzie świata, nie są to jednak problemy warte uwagi.  Gdyby chciała, mogłaby przecież ”zrobić” IB w szkole odległej o 17, a nie 7000 kilometrów. W każdej chwili może w ogóle zrezygnować, a nie stresować się, zdawać swoje SAT’s w przeddzień wspinaczki na Meru, czy roić o Ivy League. Może też wrócić do domu i uczyć się zdalnie. Dokonała wyboru i najwyraźniej widzi w tym wszystkim jakiś sens.

Czy nie o taki, indywidualny sens powinno chodzić w edukacji? Czy nie rozwiązuje to, jeśli nie wszystkich, to większości problemów oświaty? Jestem pewien, że tak. Pozwolą Państwo, że streszczę i sparafrazuję kilkunastominutową, amatorską reklamę, którą Państwo obejrzeli. Lokowanie produktu objęło:

  • pełną, niewymuszoną żadnym „powszechnym obowiązkiem” dobrowolność uczestnictwa,
  • prywatne finansowanie za pośrednictwem fundacji – spektrum od pełnego wkładu własnego, do 100% stypendium,
  • wewnętrzną motywację nienaciąganą ideologią,
  • rozwijanie zainteresowań, zamiast ich wmawiania,
  • nauczanie, zamiast socjotechniki i/lub grzechotki aktywizującego szamana,
  • codzienną, nieuniknioną i nieprzerwaną praktykę komunikacji w języku angielskim,
  • uzyskanie International Baccalaureate®
  • możliwość ukierunkowanego aplikowania na prestiżowe uniwersytety w USA, Wielkiej Brytanii i wiele innych w Europie.
  • prawdziwy, a nie teoretyczny internacjonalizm, praktyczną tolerancję i codzienne ćwiczenie „umiejętności ludzkich” (bez zaniedbywania tych „twardych), które, będąc człowiekiem, każdy posiada, choć w różnym (na szczęście) stopniu.
  • dobrowolny, dostosowany do możliwości rozwój fizyczny – zrównoważony, stopniowany wysiłek w terenie, sport.
  • Ocenianie osiągnięć edukacyjnych w skali 1-7 (nikt nie udaje, że nie ocenia, lecz docenia – wszyscy wiedzą, po co się tam znaleźli i po co robią to, co robią, pseudo psychologiczna ekwilibrystyka jest więc zbędna),
  • Nieprzeciętną skuteczność (i nie chodzi tu o crème de la crème absolwentów, lecz o wyniki średnie).

Niestety, niewielu jest ludzi gotowych otwarcie przyznać, że recepta na edukację dobrą, przystępną i bez psychofizycznej traumy już od dawna istnieje i można swoje wysiłki skierować na jej realizację, zamiast wyważać otwarte drzwi (i nie trzeba w tym celu koniecznie lecieć do Tanzanii). Zamiast się na tym skupić, większość podmiotów zaangażowanych w oświatę angażuje się tak naprawdę w urzeczywistnianie  niespełnianej (na szczęście), z gruntu socjalistycznej mrzonki o tym, że wszyscy chcą, muszą i powinni zostawać magistrami. Bo tak będzie „sprawiedliwiej”. Bo nie wypada, by w XXI w., sprzedawca armatury łazienkowej nie był magistrem ekonomii. Niedopuszczalne jest przecież, by trzylatkiem w przedszkolu zajmowała się lubiąca dzieci kobieta, po odpowiednim kursie – najlepiej będzie jeśli obroni doktorat z kinestetyki, cokolwiek to jest. Cała ta słynna już, wieczna wojna o nowy paradygmat w oświacie jest tak naprawdę walką o odwrócenie proporcji, którą dawno temu ustaliła ewolucja: ¼. Tak mniej więcej, z oczywistymi fluktuacjami, wygląda stosunek liczbowy ludzi dążących do permanentnego rozwoju, do tych, którym to jest w ogóle do szczęścia niepotrzebne i którym w zupełności wystarcza świetlica środowiskowa, na fińskiej licencji. Świetlica, która mogłaby spokojnie i bez zadęcia koncentrować się na łagodnej perswazji w wyrabianiu pożytecznych nawyków mycia rąk i innych części ciała, kontrolowania agresji, czytania z choćby częściowym rozumieniem, liczenia w zakresie planowania budżetu domowego, itd., itp. Niewykluczone, że tak skrojona oświata byłaby nie tylko skuteczna i wydajna, ale także stosunkowo tania. Żeby nauczyć dzieci czytać, obserwować ich postępy, inklinacje i aspiracje nie trzeba rzeszy przeszkolonych po dziurki w nosie, dyplomowanych magistrów pedagogiki.

No, a równy dostęp?! – zapyta zaniepokojony zwolennik wyższej średniej dla wszystkich. No właśnie, niektórym zdecydowanie myli się powszechny dostęp z powszechnym przymusem. Żeby mieć dostęp, trzeba mieć chęć, a nie obowiązek chęci. Gwarantuję, że np. szkoły UWC dużo lepiej wyrównują szanse dzieci z wszelkich środowisk, niż jakiekolwiek ideologiczne wygibasy belferskiej postmoderny. Niezbyt to politycznie poprawne, co? Dlatego też, kolejne zmiany „reformatorów” i metodyczno-ideologicznych  macherów mogą bić tę swoją pianę do końca świata i jeden dzień dłużej…

3 myśli na temat “Uwaga! Tekst zawiera lokowanie produktu

  1. Chyba widzę to tak samo jak Ty: UWC raczej nie znalazło świętego Graala, tylko odkryło na nowo odwiecznie działający mechanizm: dobrowolna, ponadstandardowa, elitarna edukacja może być sensowna i stanowić źródło zadowolenia. O moim niszowym liceum Gottwalda w czasach głębokiego komunizmu też nie mogę źle mówić. Nie dzieje się tak przez cudowne metody, tylko przez selekcję. Przede wszystkim pod względem chęci (wewnętrznej motywacji, której nie trzeba już „budzić”), ale też inteligencji bezprzymiotnikowej, już posiadanej wiedzy, zdolności, etc. Szczęśliwości sprzyja też egzotyka – co może nie jest pierwszoplanowe, ale jednak ważne. Campus zresztą o niebo przyjemniejszy, niż ciasny miejski budynek w stylu budynku z bielkiej płyty. Zarówno egzotyka przyrody, jak i bezpośredni codzienny kontakt z egzotycznymi ludźmi z różnych stron świata i różnych kultur.

    Zazdroszczę Twojej córce – sam miałem takie kontakty dopiero na studiach doktoranckich. W dodatku bez przyrodniczej egzotyki – Hamburg przyrodniczo nie jest zauważalnie różny od Polski. Za to miałem większą nawet różnorodność kulturowo-etniczną. Miałem koleżankę z Korei, która dzieląc się z innymi swoimi śniadaniami i kolacjami bardzo szybko stała się najpopularniejszą osobą w akademiku i wytworzyła we mnie do tej pory trwające upodobanie do kuchni dalekowschodnich. A pośrednio i dla dalekowschodniej kultury.

    Sądzę, że szkoły UWC wyrównują szanse nie tylko środowiskowo, ale przede wszyskim pod względem kraju pochodzenia czy narodowości. Idę o wielki zakład, że ta występująca w filmiku dziewczyna z Pakistanu nie zostanie szwaczką w fabryce odzieżowej, a raczej osiądzie gdzieś w bogatym świecie i nie będzie zakładać hijabu wychodząc na ulicę. Jeśli wyląduje w Londynie, to raczej nie w getcie Pakis, ale w Kensington.

    Masz różowe okulary! Geremek swojego czasu szacował liczbę chętnych na 5 do 10 procent, a nie 1/4.

    Pozostaje pytanie: na ile można mówić o „nieprzeciętnej skuteczności”? To jest dość trudny metodologicznie problem, by bez szkód dla badanych prób rozróżnić pomiędzy skutecznością edukacji, a selekcją kandydatów, którzy podobnie dobre wyniki osiągaliby nawet nie chodząc do żadnej szkoły. Narzucająca się dla fizyka metodologia eksperymentalna jest nie do przyjęcia w zastosowaniu do ludzi.

    PS. Na bananach można zrobić trochę całkiem poważnej matematyki. Zwłaszcza statystyki. Podpuść córkę. Na matematyczne wykorzystanie makaków na razie nie mam pomysłu.

    Polubienie

    1. „Szczęśliwości sprzyja też egzotyka […]” – Ona bywa też mankamentem. Jest przecież dość rozpraszająca i demotywująca – za oknem wieczna wiosna (średnia temperatura roczna to ok. 23 C, najczęściej w okolicach 26) i z wyjątkiem dni kiedy po prostu leje nieprzerwanym strumieniem, trudno oprzeć się pokusie pójścia nad rzekę, czy po prostu zalegnięcia w trawie i marzenia o niebieskich migdałach zamiast ślęczenia nad książkami, czy wlepiania się w laptop.
      „[…] bezpośredni codzienny kontakt z egzotycznymi ludźmi z różnych stron świata i różnych kultur.” – Nie wiem, jak jest teraz, ale w poprzednim roku szkolnym, poza tubylcami, w kampusie byli ludzie z 70 państw – bardzo rzadko się zdarza, by przebywał tam więcej niż jeden uczeń skądkolwiek. Po części jest to efekt egzotyki miejsca (nie wszyscy są gotowi na taką eskapadę, nawet jeśli dostaną propozycję), a po części polityki UWC.
      „Pozostaje pytanie: na ile można mówić o „nieprzeciętnej skuteczności”?” – Tak, oczywiście, sam fakt sterowanej wolną wolą selekcji wpływa przecież na uzyskiwane wyniki, a zebrani według tego klucza ludzie motywują się nawzajem. Nie mniej jednak nie jest to czynnik jedyny. Wydaje mi się, że także oddanie inicjatywy, niezabieranie czasu bzdurami „aktywizującymi” i umożliwienie koncentracji na sześciu przedmiotach też robi swoje. Nie bez znaczenia jest także fakt, że nikt nie narzuca sposobów, w jaki masz się uczyć i nie organizuje ci czasu (z wyjątkiem czasu posiłków). Tutaj zupełnie samorzutnie formują się grupy, jeśli jest to komuś potrzebne.
      „Zwłaszcza statystyki.” – chwilowo Olga ma dość statystyki. Przed momentem analizowała statystycznie dość odtwórczy eksperyment ze skażeniem gleby olejem napędowym. Jak widać, z oryginalnością zaciekawiających zagadnień UWC nie odstaje od średniej, choć z całą pewnością, w swoim dawnym liceum nawet z takim, wykonywanym setki razy eksperymentem i badaniem sensu stricte by się nie zetknęła :). Metodologia naukowa jest praktycznie nieobecna w naszej oświacie.

      Polubienie

  2. Ja jestem człowiek Północy i powyżej 25C to już dla mnie upał, by poszukiwać klimatyzowanego pomieszczenia. Tanzania byłaby nie dla mnie.
    Egzotyka demotywująca? Szczęśliwość jest ważniejsza od chwilowego rozprężenia. Najwyżej zmienia trochę ukierunkowanie motywacji. Jeśli się ma wewnętrzną motywację, to egzotyka nie szkodzi, przeciwnie. Daje endorfiny i zapał. Zalegnięcie i rozmyślanie o niebieskich migdałach albo o poważnych problemach jest czymś bardzo cennym. Najgłębsze zrozumienie różnych zjawisk osiągalem przez nocne albo na łonie przyrody rozmyślanie nad tym, co mnie interesowało i o czym coś ostatnio przeczytałem. Rozmyślanie, które komiks podsumował jako leżącego w rozwalonej pozie z zamkniętymi oczami Garfielda z dymkiem „some call it laziness, I call it deep thought” Książkę czy notatnik bierze się ze sobą nad rzekę. Znów moja introspekcja z wieku licealnego: najpoważniejsze chyba w moim czasie licealnym studia matematyczne polegały na rozwiązywaniu problemów rachunku wariacyjnego siedząc w namiocie albo pod drzewem w Bieszczadach albo Beskidach. Nie było wtedy laptopów – ale gruby notatnik, książka i długopis istniały. Ani trochę mnie to nie nie rozpraszało, poza krótkimi przerwami, gdy spotkałem rysia, który mnie oprychał i poszedł sobie. A jeśli ktoś ma choć trochę przyrodnicze, a nie czysto teoretyczne zainteresowania, to egzotyka jest tym, co stworzyło Teorię Ewolucji, gdy młody człowiek dostał okazję do wycieczki na Galapagos. Swoją drogą polecam lekturę wspomnień Darwina „The Voyage of the Beagle”
    Czasem przeniesienie się w egzotyczną naturę owocowało wielką nauką nawet w czystej teorii – choćby taki Ludwig Wittgenstein większość swoich dzieł stworzył mieszkając w norweskiej wiosce, a nie był w stanie pracować mieszkając we Wiedniu czy Londynie.

    Podpuść Olgę na sprawdzenie, czy kiście z małymi bananami mają ich więcej niż te, gdzie banany są większe. Mam taką intuicję, ale nie jestem pewien. Porównać rozkłady liczby bananów w kiści oraz ciężaru kiści patrząc na średni ciężar banana. Intuicja mi mówi, że szerokość rozkładu ciężaru będzie mniejsza, niż liczby bananów.
    Niech pobawi się CERN Root jako narzędziem do wizualizacji takich zależności, robienia wykresów itp. Wierzę, że jej się spodoba. Hasło CERN i profesjonalny „naukowy” wygląd i prestiż liczenia swoich bananów tym samym narzędziem, co bozonów Higgsa zazwyczaj działa zachęcająco – przynajmniej dla tych, którzy trochę się interesują, a nie boją najmniejszej trudności. Jakby co, to polecam się jej jako tutor takich analiz.
    Liczenie rozkładów liczby bananów jest z pewnością ciekawsze, niż szkolne politpoprawne sprawdzanie skażeń.

    „ludzie z 70 państw”
    W filmiku nie było to widoczne. Najbardziej egzotyczna była chyba dziewczyna z Pakistanu. No i kilkoro miejscowych Tanzaczyków.
    Bardzo dobrze wspominam swoje studenckie kontakty z Dalekim Wschodem – Koreańczykami i Japończykami, czy tak odlotową egzotykę, jak dziewczyna z Polinezji Francuskiej, uznana za najpiękniejszą w całym DESY, nie tylko ładna, ale mądra i mająca dużo do powiedzenia 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.