Strefa wolna od myślenia

Tytuł tego wpisu pierwotnie wyglądał inaczej. Europejska stolica ignorancji brzmiało w sumie nieźle. Pomyślałem jednak, że Kraśnik nie jest żadną metropolią, ani też Rada tego miasta (a przynajmniej jej większość) nie zasługuje na miano organu stołecznego czegokolwiek. Nie można też stygmatyzować ogółu mieszkańców za tępotę i ideologiczną służalczość grupy, wybranej, jak zakładam, demokratycznie, ale przez ludzi uwiedzionych dobrą zmianą, lub jeszcze głupszych od siebie (z mocnych słów będę się tłumaczył niżej). Uznałem, że gremium to osiągnęło pewien trudno przekraczalny (jestem przekonany, że do czasu) szczyt urzędniczej buty i zwykłej ignorancji, wobec czego tytuł obecny lepiej będzie opisywał ten stan.

Sądząc po pokaźnej już „bibliografii”, zawierającej studium przypadku, Kraśnik zajął poczesne miejsce w niepisanej Historii memów polskich. Dla wszystkich poza jego mieszkańcami, mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie było tak tragiczne. Nie chcę używać wielkich słów, ale przeraża mnie fakt, że praktycznie jedyną reakcją społeczną na ekscesy ludzi, mających czelność nazywać siebie radnymi oraz posiadającymi ambicje zarządzania prawie 35 tys. innych, jest internetowa drwina. Przecież takich Kraśników mamy w kraju wiele.

Satyra to stary i skuteczny sposób dawania odporu opresji, z którą nie można poradzić sobie w otwartym starciu. Czy jednak rzeczywiście nasze społeczeństwo musi dziś chować się za internetowym żartem, żeby bronić się przed zalewem bzdury, chamstwa i nietolerancji? Czy sensowne jest stawianie ich w jednym rzędzie np. z potęgą (i głupotą) jakiegoś reżimu, przed którym trzeba było się kryć ze swym istnieniem i poglądami, i jedynie pod osłoną nocy wypełzać, by naskrobać coś na murze? Mówiąc wprost, czy nie ma w Kraśniku obywateli, którzy nie chcą być bohaterami memów, albo do ich tworzenia się ograniczać? Czy nie ma takich, którzy otwartym tekstem powiedzą, co o swoich radnych myślą? Uzmysłowią im (cha, cha), że nie są godni takiego urzędu sprawować? Najwyraźniej nie. Ktoś tych, a nie innych radnych przecież wybrał i to najprawdopodobniej sporą większością głosów.

Ponieważ z racji skrzywienia zawodowego wszystko kojarzy mi się z oświatą, kiedy Kraśnik w nowozmianowym kontekście pojawił się w mojej świadomości, w pierwszej chwili, zadałem sobie, przyznaję, naiwne pytanie, czy ludzie, którzy nie wiedzą, czym jest homoseksualizm, ideologią nazywają niezgodność płci ciała i mózgu, nie odróżniają 5G od 5g i Wi-Fi od kuchenki mikrofalowej w ogóle chodzili do jakiejś szkoły? Przez myśl mi oczywiście nie przeszło, że jakieś 30 lat temu (sądząc po zdjęciach prasowych, moglibyśmy znaleźć się w tej samej klasie) radni Kraśnika byli epatowani wiedzą o dzisiejszych technologiach i problemach społecznych, ale przecież szkoła jest miejscem, które „ma kształtować zdolności poznawcze, zachęcać do rozwoju oraz wzbudzać szacunek dla wiedzy i jej zdobywania”! Natychmiast zbeształem się za to chciejstwo, bo doskonale wiem, że są to założenia papierowe i szkoła z tej części swojej misji wywiązuje się akurat najsłabiej. Paradoksalnie, ta współczesna jeszcze gorzej, niż ta, którą pamiętam z własnych doświadczeń i nie sądzę, by w ogóle mogło się to zmienić.

Niestety, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, szkoła nie jest, z rozmaitych, także obiektywnych względów, zdolna do tępienia ignorancji, co zresztą widać dookoła – przecież wszyscy mądrzy inaczej, antyszczepionkowcy, homofobi, rasiści, ideowi populiści różnej maści, zdrowi zwolennicy diet bezglutenowych (i większości innych), ci faszerujący się mega dawkami lewoskrętnej (sic!) witaminy C i ci „wykorzystujący 10% swojego mózgu”, a nawet ci, którzy potrafią uczyć i uczyć się „języków obcych metodą naturalną”, chodzili kiedyś do szkoły, a spora ich część ukończyła nawet studia wyższe!

To prawda, ignorantami bywają nieźle wykształceni prawnicy, nauczyciele, lekarze; czy jest się czemu dziwić, jeśli ignorantem okazuje się radny, albo wybierający go Kowalski? Szkoła nie ma tu nic do gadania, a i sama często krzewi ignorancję – pomyślałem sobie i westchnąłem z rezygnacją, bo od lat się łudzę, że sam do tego nie przykładam ręki.

Już miałem zakończyć wewnętrzny dialog tą przykrą konstatacją, kiedy uzmysłowiłem sobie, że zgodnie ze swoimi ustawowymi zadaniami (i nie jest to wcale wynalazek post transformacyjny), szkoła, oprócz dydaktycznej, pełni także funkcje wychowawcze. Być może nie da się w nich zmieścić rozumienia zasady działania technologii transmisji sygnału elektromagnetycznego, ale cień zrozumienia dla drugiej istoty ludzkiej, jakkolwiek pojęty humanizm, poszanowanie nietykalności osobistej i wyrzeczenie się przemocy (także psychicznej) chyba tak. Są więc trzy możliwości: Albo radni głosujący za przyjęciem uchwały o utworzeniu w Kraśniku tzw. strefy wolnej od LGBT okazali się zupełnie odporni na tego rodzaju działania wychowawcze, albo szkoły, do której uczęszczali, były zupełnie inne, niż moja i nawet w teorii podobnych funkcji nie pełniły, albo też, co najbardziej prawdopodobne, obie powyższe okoliczności zaistniały jednocześnie i w połączeniu ze środowiskową ignorancją, fałszywą moralnością i kołtuństwem, złożyły się na katastrofę humanitarną i społeczny skandal, którego jesteśmy (jakże biernymi) świadkami. Mocne słowa? Za mocne?

To może inne… Nur für Deutche! Jude raus! Judefrei zone. Kojarzy ktoś? Wiadomi „radni” powinni. Chodzili wprawdzie do szkoły w niesłusznej PRL, ale to właśnie w niej, choćby z powodów polityczno-ideologicznych, dokładnie tłumaczono ledwo piśmiennym, co one oznaczały, jeśli przez jakiś nieprawdopodobny przypadek, nie dowiedzieli się tego w domu. Urodziłem się dwadzieścia lat po wojnie, ale dla mnie ich kontekst jest zupełnie jasny. Co trzeba mieć w głowie, żeby nie widzieć podobieństwa? Jak trzeba być głupim, żeby nie rozumieć, że słowa (jednych) zwykle wyprzedzają czyny (innych)? W Kraśniku nie pobito jeszcze nikogo na śmierć? Nie podpalono domu? A może miejscowa policja do tej pory „nie wie”, dlaczego, lub szuka „nieznanych sprawców”?

Mówiąc szczerze, niewiele interesuje mnie wykształcenie ludzi, głosujących za przerobieniem swojego miejsca zamieszkania w technologiczny skansen. Ot, miasto straci jakieś fundusze (chyba, że prawy i sprawiedliwy minister wynagrodzi myślenie „po linii” i przeleje kasę ze źródeł dowolnych, akurat kontrolowanych przez resort, vide casus nowego, kraśnikowego twin city, Tuchowa), a na wyborcach włodarzy bystrych inaczej zarobią firmy instalujące mocniejsze routery, przekaźniki sygnału, kable i światłowody – edukacja i postęp nigdy nie były miarą człowieczeństwa. Jednak kolejną, znamienną odsłoną skandalu jest fakt, że choć realna groźba utrwalenia wizerunku radnych Kraśnika, jako totalnych dzbanów i technologicznych ćwoków poskutkowała wycofywaniem się rakiem z elektromagnetycznych fobii (oficjalnie, przekonała ich prelekcja), to w stosunku do dużo ważniejszych kwestii, są oni na jakiekolwiek argumenty zupełnie impregnowani. Wychodzi na to, że pogodzą się z sąsiedztwem masztu 5G, ale z sąsiadem gejem już nie, jeśli otwarcie powie, że gejem jest, albo, nie daj Boże, chciałby na ulicy potrzymać za rękę partnera. No cóż, jeśli mieszkańcy, utożsamiający konserwatyzm z zapóźnieniem cywilizacyjnym, demokratycznie wyrażają taką wolę, mogą przerobić swoje miasto na kształt wioski Amiszów i nikt nie może mieć o to do nich pretensji. Kiedy jednak zatroskani o własną, niepokalaną, zaściankową tożsamość, konserwatyści z żoliborskiej łaski chcą stygmatyzować, marginalizować i wykluczać kogokolwiek z granic autorytarnie zawłaszczonych „terytoriów”, każdemu obdarzonemu śladową przyzwoitością powinna zapalić się w głowie ostrzegawcza lampka.

Sadząc po odzewie, jaki ta sprawa (i szereg podobnych) wywołała, przyzwoitość jest w tym kraju towarem deficytowym. Co więcej, najwyraźniej jest to deficyt dziedziczny, bo, pomijając nowoczesny, XXI-wieczny sztafaż i postępowe dekoracje, atmosfera szczucia niewygodnego elementu jako żywo przypomina antyżydowskie nastroje sprzed 1939 roku, które bogoojczyźniana polityka historyczna tak bardzo chce wyprzeć ze społecznej pamięci i wymazać ze świadomości wraz z widocznymi konsekwencjami. Jeśli nawet otwarty antysemityzm jest już passé, jego miejsce w mózgach zamienionych miejscami z prostującymi się kolanami zastąpił strach przed zmieniającym płeć na życzenie zboczeńcem w tęczowych skarpetkach, dybiącym na święte, „katolickie” prawo do bicia dzieci i żon. Choć taki właśnie, karykaturalny obraz dominuje w przekazie ogólnym, to w nos dostanie czyjś syn, chłopak o nieco dłuższych włosach, to czyjś nieheteronormatywny wnuk będzie musiał wynieść się z kraju i to czyjaś córka odkręci gaz, kiedy zrozumie, że bardziej lubi koleżanki, niż kolegów. I jest prawdopodobne, że będą to krewni założycieli stref.

Dziś chłopcem do bicia, a raczej kozłem ofiarnym, leczącym kompleksy kulturowych i intelektualnych peryferiów jest środowisko LGTB, jutro mogą być nim wszyscy i każdy z osobna; rudzi, bo to fałszywce nie wiadomo skąd, grubi, bo jak się kasa na zasiłki+ skończy, zaczną być podejrzani, ekolodzy, bo mogą zawadzać odradzającemu się za 30 lat górnictwu, którego głosy znów będą komuś potrzebne, nauczyciele, bo to zawsze element niepewny, którego głosy nie są potrzebne nikomu, imigranci, bo ci to zawsze winni są wszystkiemu, lekarze, bo to wyniosła elita jest, prawnicy, bo zawracają głowę jakimś imposybilnym legalizmem, itd., itp. Można tak jeszcze długo, ale każdy zdolny do refleksji rozumie, że ironia jest bezsilna wobec groźby, że za kilka, kilkanaście lat, rozmaite strefy wolne rozrosną się tak, że poza nimi pozostanie już jedynie miejsce na rezerwaty, a potem obozy. Oczywiście one nie będą polskie. Swoją drogą, ciekawe, jak ten wylew awersji do wszystkiego, co inne odbierają ci, którzy niedawno byli gotowi pozywać przed wszelkie trybunały każdego, komu zdarzyło się celowo lub niefortunnie i idiotycznie nazwać obozy hitlerowskie polskimi. Te pozastrefowe będą nowoczesne i humanitarne, z meblami z IKEA i z dużymi ekranami OLED, z jednym programem włączonym na stałe. Nikt już nie będzie pamiętał, że analogiczne rozwiązania nazywano kiedyś szczekaczkami – postęp zobowiązuje.

O ile jestem przekonany, że umysłowo i moralnie skarlałym populistom, którzy właśnie wykroili sobie znaczną część terytorium naszego kraju, żadna edukacja już nie pomoże, o tyle, będąc nauczycielem, muszę z równym przekonaniem głosić, że szkole nie wolno pozostawać obojętną wobec otaczającej ją rzeczywistości. Wielokrotnie powtarzałem, że, będąc jej wytworem, nie jest zdolna tego otoczenia aktywnie i gruntownie zmieniać, ale jej psim obowiązkiem, jako instytucji w tym celu powołanej, jest próbować wypełniać swoje zadania opiekuńcze i wychowawcze wobec wszystkich podmiotów, które od niej tego oczekują, tym bardziej, że formalnie nie mają one innego wyjścia.

Pisząc te słowa, zdaję sobie sprawę z fundamentalnej sprzeczności w nich tkwiącej, spowodowanej podległością szkolnictwa powszechnego państwu, które, osobą właśnie powołanego ministra, w najmniejszym stopniu nie gwarantuje przestrzegania zapisów prawnych o zadaniach szkoły, nawet w tak rozmydlonej postaci, jak ta w ustawie, z 1991r. Uważam jednak, że, podobnie jak na władzy sądowniczej, mimo przeprowadzanego na nią zamachu, spoczywa obecnie odpowiedzialność za utrzymanie resztek praworządności, tak na szkole powinien ciążyć obowiązek zapewnienia wychowankom wyważonego, w miarę możliwości obiektywnego komentarza do obserwowanej sytuacji, bezpieczeństwa od propagandy i agresji światopoglądowej w każdej postaci, tolerancji dla rozmaitych postaw i poglądów, pełni praw do bycia sobą kimkolwiek są i realizacji planów tam, gdzie chcą je realizować. Przede wszystkim jednak, oświata powinna być świadoma, że osoby niespełniające rządowych kryteriów czystości moralno-światopoglądowej i normy płciowości narodowej nie spadają na manify z Księżyca. Na przekór staraniom różnych radnych, przenikają do polskich przedszkoli, szkół i uczelni. Nauczyciele tam zatrudnieni, niezależnie od urzędniczenia na rzecz MEN, powinni mieć świadomość, że również za nich muszą czuć się odpowiedzialni. Póki co, nie słyszałem jednak, by szkoły w Kraśniku zamierzały odciąć się od lokalnej normy homofobii i pogardy dla drugiego człowieka, zanim jeszcze zostaną odcięte od WI-Fi.

Na co dzień, jak chyba większość nauczycieli, skupiam się na kwestiach merytorycznych, dotyczących nauczanego przedmiotu, ale są takie chwile, kiedy właśnie pozostałe funkcje szkoły wymagają szczególnej uwagi. Chyba znów nadchodzi taki moment. Wiem, że jest to tylko i wyłącznie kwestia sumienia i przyzwoitości ludzi funkcje te realizujących, bo, jak widać wokół, nawet słowa zapisane w konstytucjach mają tylko tyle mocy i znaczenia, co ludzie je odczytujący. W jaki sposób odczytuje je nowy minister edukacji, przepraszam naród, narodowej, wszyscy mieliśmy okazję usłyszeć. Z obecnym „rzecznikiem” praw dziecka będą z pewnością mówić jednym głosem, bez względu na fakty. Ponieważ nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z edukacją, mam prawo przypuszczać, że żaden z realnych, palących problemów szkoły nie będzie jego priorytetem. Jest politrukiem, oddelegowanym przez partię do dopilnowania realizacji drugiego etapu deformacji oświaty. Fundamentalista, mizogin i homofob, który bez żadnego uzasadnienia sam mieni się konserwatystą (chyba uwierzył łaskawym mediom), w polityce krajów cywilizowanych nie miałby czego szukać, poza jej skrajnym marginesem. Niestety, na wschód od Odry będzie miał okazję się sprawdzić, niezależnie od tego, ilu ludzi obraził, upodlił i wykluczył w publicznych wystąpieniach. Po bezczelnie, od ucha do ucha uśmiechniętej twarzy oportunistki i pozbawionej emocji fizjonomii ministra-widmo, MEN zyskuje nowe oblicze… konserwatysty. Konserwatysty, który chyba zapomniał, że zgodnie z doktryną konserwatyzmu, wszystko, także konserwatyzm, zmienia się w czasie, za sprawą ewolucji. Pan Czarnek mentalnie tkwi w wieku XIX i nie zauważył, że zmiany, którym się ideowo przeciwstawia i którymi straszy elektorat swojej partii, już dawno zaszły i żałosne próby stawiania się w kontrze do wojującego feminizmu z lat siedemdziesiątych ub. w. lub nieestetycznym ekscesom mniejszości seksualnych, sprowokowanym permanentnym uciskiem są mydleniem oczu, trafiającym do przekonania jedynie umysłom zamykającym się w strefach wolnych od… myślenia. I przyzwoitości.

Trudno się spodziewać, żeby jedynym polem działania p. ministra „konserwatysty” nie było tworzenie, nie tylko na intelektualnej prowincji, szkolnej strefy wolnej od niepoprawnych idei i wątków w poszczególnych przedmiotach, wolności myśli i słowa, „pedagogiki wstydu”, edukacji seksualnej, opieki psychologicznej i psychiatrycznej, a w docelowej przyszłości, od ludzi niepasujących do „konserwatywnego” wzorca – fałszywego, bogoojczyźnianego kołtuństwa. Chyba jedynie ze względów wizerunkowych i z potrzeby rozmnażania stołków, MEN nie zostało podporządkowane ministrowi ds. światopoglądu. Nic straconego, przy następnej rekonstrukcji rządu, kiedy trzeba będzie pokazać wyborcom, jakim jest się oszczędnym, można ten błąd naprawić: MEiPN – Ministerstwo Edukacji i Propagandy Narodowej… Już kiedyś, gdzieś coś takiego istniało… A, tak. Wszystkim zwolennikom różnych stref wolnych od czegokolwiek chętnie przypomnę: Reichsministerium für Volksaufklärung und Propaganda. Radni Kraśnika i innych stref wyzwolonych niech sobie to wyguglają, póki jeszcze mają jak.

W obliczu koncentracji władzy w rękach ludzi o poglądach antyliberalnych oraz zapędach antydemokratycznych i dyktatorskich, a także nasilenia prób indoktrynacji, narzucania jedynie słusznego światopoglądu i sposobu bycia, nie wydaje się, by internetowa satyra była wystarczającym środkiem zabezpieczenia podstawowych praw obywatelskich. W pewnych przypadkach może zatrzymać zapędy ludzi, którzy oportunistycznie dbają o swój wizerunek lub też zachowali jeszcze zdolność odczuwania wstydu i chcieliby móc spojrzeć w lustro za kilka lat. Poczucie humoru z pewnością pomaga także znieść codzienność ludziom niebędącym bezpośrednim celem ataku, żyjącym w komforcie psychicznym, pozwalającym zachować jeszcze dystans do otaczającej ich estetyki politycznej. Nie można jednak tego samego oczekiwać od tych, którym „demokratyczne” państwo odmawia prawa do obecności w przestrzeni publicznej, określania i ujawniania swojej tożsamości, zakładania rodzin ze skutkami prawnymi, decydowania o poczęciu dzieci i karierze zawodowej, wolności religijnej lub wolności od religii. W chwili, gdy aparat państwa został niemal w całości zawłaszczony przez programowo wdrażaną, społeczną korupcję, obyczajową dulszczyznę i bezwzględną hipokryzję, wszyscy zdolni jeszcze do osądu sytuacji, powinni zdać sobie sprawę, że stali się powoli gotowaną żabą. Tuż po 2015 roku, niektóre posunięcia politycznych troglodytów budziły jeszcze szczery niesmak i skutkowały głośnymi protestami, i manifestacjami. Dziś nie słychać już larum, kiedy RPD opowiada bzdury i szkaluje dzieci, które nie urodziły się w zgodzie z jego wyobrażeniem o biologii, organizacje kobiece nie organizują już marszów pod Sejmem, ani pod KUL, gdzie kolejny, dumny z własnej ignorancji, kieszonkowy macho wykłada model Die drei K, jako jedyny właściwy kobiecie, a prezes ZNP, na spokojnie i pragmatycznie zastanawia się, „ile we wcześniejszych wypowiedziach ministra było spektaklu politycznego odgrywanego na potrzeby twardego elektoratu, a ile własnych opinii[…]”, jakby to w ogóle miało znaczenie dla ofiar otwarcie propagowanej mowy nienawiści!

Ponieważ nie widać obecnie jakichkolwiek zorganizowanych sił zdolnych otwarcie przeciwstawiać się oportunistom, wykorzystującym najniższe instynkty, ignorancję i wiadome opium dla utrzymania władzy, pozostaje mieć nadzieję, że w społeczeństwie jest wystarczająco dużo ludzi, dostrzegających pełzającą, brunatną istotę niebezpieczeństwa. Od tej liczby zależeć będzie, jak długo, jako społeczeństwo, będziemy wychodzić z bagna uprzedzeń, fobii i populizmu. Jak zawsze w takich sytuacjach, liczba ta może również wpłynąć na zmniejszenie skali nieszczęść indywidualnych, załamań, zaburzeń psychicznych i samobójstw. Ufam, że w tej grupie są również nauczyciele szkolni i akademiccy, że niezależnie od swoich poglądów politycznych oraz jawnie artykułowanych lub zaledwie sugerowanych wytycznych „wiodącej siły narodu”, pomogą przetrwać młodym ludziom wystawianym poza nawias społeczeństwa, którego stanowią procent większy, niż się niektórym wydaje. Chcę wierzyć, że tacy nauczyciele w swoich szkołach nie będą tworzyć, ani rozbudowywać stref wolnych od człowieczeństwa. Także tych niezadekretowanych uchwałą żadnej rady miasta.

69 myśli na temat “Strefa wolna od myślenia

  1. Nie rozdwojenie jaźni Ci zarzucam, tylko mentalność Kalego i hipokryzję.

    Boże! „płynne” i „zależne od okoliczności” to diametralnie różne rzeczy. Jersteś liberałem (jako taki się deklarujesz), ale „okoliczności” (w żadnym razie nie „płynność”) każą Ci deklarować wobvec liuberalizmu sprzeciw. Liberalna wolność to fundament, ale wyłącznie wyłącznie wobec gejów chcących się ożenić, ale nie kupić sobie karabin. Takie są okoliczności!

    Okoliczności (faktyczne) mogą mieć pewien wpływ na postępowanie. Np. bojąc się rewizji policyjnej po zgłoszeniu kupna pistoletu przeze mnie polskim władzom (Schengen takiego zgłoszenia wymaga), tego pistoletu nie kupiłem będąc w Szwajcarii. Ale faktyczne okoliczności nie mają i nie mogą mieć absolutnie żadnego wpływu na przekonania etyczne, moralne itp. ani na postępowanie, którego faktycznie nie uniemożliwiają, utrudniają, albo stawiają w stanie poważnego zagrożenia.

    Jeśli uważasz, że obrzucanie ludzi błotem i odmawianie im praw ze względu na przekonania jest złem, to nie odmawiaj tych praw Czarnkowi, nazywając go „nieodpowiedzialnym i niegodnym”
    Jeśli uważasz, że za zbrodnię odpowiada zbrodniarz, a nie narzędzie, to nie opowiadaj się przeciw prawu do kupienia sobie karabinu.

    „Problem w tym, że zachowanie tego rozsądku całkiem często wymaga ustawiania się w roli zewnętrznego, wszechwiedzącego sędziego”
    Niestety, niektórzy postępują nieracjonalnie. To oni zapełniają więzienia. Co nie znaczy, żeby przed dorosłymi ludźmi chować zapałki. A podpalaczy w więzieniach jest dużo więcej, niż morderców. Jednym z kompromisów liberalizmu jest kompromis pomiędzy bezpieczeństwem przed psychopatami, dziećmi, upośledzonymi, etc., a wolnością normalnych obywateli. Za normalnych uważa się wszystkich tych, którzy posiadają prawa publiczne, w szczególności prawo wyborcze. Tak: kupno pistoletu od 18 roku życia (a nie od 16 jak w wielu stanach USA), prawo jazdy też od 18 czy ograniczone od 17, jak w wielu krajach, ale również piwa od 18 roku, a nie od 21, jak w USA czy Norwegii. I aborcja na życzenie nawet dla nastolatli wbrew jej rodzicom – jak w wielu krajach, choćby Szwecji, gdie Rzecznicy Praw Dziecka nie są od bicia piany medialnej na ogólnopaństwowym poziomie, tylko od udzielenia pomocy (faktycznej i prawnej) takiej nastolatce, w razie jej konfliktu z rodzicami. Ale również nastolatkowi, który chce zostać drwalem, a rodzice usiłują go zmusić do pójścia do liceum.

    „Na taki obiektywizm stać naprawdę niewielu.”
    Ciebie uważam za osobę, którą na to stać. Zdecyduj się więc, czy prawa publiczne dla ogółu dorosłych ludzi (poza kryminalnymi i psychiatrycznymi wyjątkami) są słuszne i demokracja jest ok, czy jesteś przeciwny demokracji, a Ty i inni „mądrzy” powinniście i czujecie się uprawnieni, by o nich dbać jak o małe dzieci, wyłącznie z przyczyny humanitaryzmu i ochrony ich dobra, które wy rozumiecie lepiej od nich.

    „A, w pełni uznaję prawo każdego do decydowania o własnym życiu i śmierci, na poziomie A’, nie potrafiłbym stać spokojnie i patrzeć, jak np. jeden z moich uczniów wyciąga broń podebraną ojcu i przykłada ją sobie do skroni.”
    Nie potrafię stać i patrzeć spokojnie z róznych przyczyn. Np. widząc jeszcze żywego psa przypadkiem przejechanego na szosie. Niestety, nawet w Szwajcarii noszenie pistoletu ze sobą, za wyjątkiem drogi na strzelnicę czy do rusznikarza, jest zakazane, więc nawet tam nie miałbym mu jak skrócić cierpień. Co nie znaczy, że nie czułem wielkiego szacunku dla wiejskiego milicjanta, który w głębokim PRL dostrzelił ze służbowego pistoletu psa, jaki wpadł pod rolniczą kosiarkę, choć potem musiał się długo tłumaczyć ze zużycia służbowej amunicji.
    Nie zmienia to faktu, że nie czuję prawa moralnego w przeszkodzeniu tekiemu nastolatkowi w samobójstwie. Czuję jedynie imperatyw porozmawiania z nim, jeśli on tego chce, albo nawet ostrzeżenia go z własnej inicjatywy, że zjedzenie muchomora sromotnikowego (bo nie miał czego zwinąć ojcu) to bardzo zły pomysł, bo w cierpieniach będzie umierał ponad tydzień, lepiej więc, jeśli jest zdecydowany, to niech poszuka lepszej metody.

    „Jeśli tylko nie wymierzyłby jej w moją stronę, próbowałbym go odwieźć od zamiaru.”
    Odwieść perswazją, ale nie wybić uderzeniem kija pistolet z dłoni. Ja nawet z odwodzeniem nie narzucałbym się, jeśli on nie robiłby wrażenia zdecydowanego, a nie otwartego na rozmowy.

    „Po prostu, w wymiarze ogólnym muszę zakładać okoliczności, o których nie mam pojęcia i uznać, że ktoś zna je lepiej ode mnie”
    Tylko co to ma do rzeczy? Jakiekolwiek okoliczności faktyczne, Tobie nawet nie znane, unieważniają Twoje przekonania etyczne i moralne? Niby jak? Nie wiem jakie są relacje między Jasiem a Małgosią, więc połamanie kijem przez Jasia kości Zosi jest OK?

    „W konkretnej sytuacji, nadal mam znikomy wgląd, ale podejmuję ryzyko błędu”
    Oczywiście! Widzę kogoś wbiegającego na jezdnię naciskam hamulec albo odbijam w bok, bo (choć mogę być w błędzie) uważam, że raczej zrobił to z nieuwagi, a nie z chęci popełnienia samobójstwa albo wyłudzenia renty przez rzucenie mi się pod koła.

    „gdzie jest bezpieczniej wyjść na ulicę, w Stanach, czy w Szwajcarii, choć oczywiście broń palna jest jednym z wielu czynników”
    Broń palna jest nieistotnym czynnikiem. W USA używają jej niemal wyłącznie terroryści różnego rodzaju i murzyńskie i latynoskie uliczne gangi. Praktycznie wyłącznie nielagalnej. Wyraźnie jest to inny backround mentalny, który uzasadnia, by wyłącznie kolorowym zakazać jej legalnego posiadania. Szczerze mówiąc, to bardziej obawiam się postrzelenia przez amerykańskiego policjanta z jego legalnej służbowej broni, niż jakiegokolwiek niebezpieczeństwa w Szwajcarii (może poz wypadkiem drogowym). Gdy kiedyś zatrzymany przez policjantów nieczujnie wysiadłem z samochodu, to drugi wyskoczył z radiowozu z wymierzonym we mnie pistoletem, a ja wylądowałem na masce samochodu. Przed skuciem uratował mnie tylko bardzo egzotyczny akcent, bo szczęśliwie podchodzący do mnie policjant uznał, ze ja tak z nieznajomości lokalnych zwyczajów, a nie ze złych zamiarów.Są chyba tylko dwa kraje na świecie, gdzie masz wysoką przestępczość przy niemal swobodnym dostępie do legalnej broni. USA i Południowa Afryka, która ma boom przestępczości, ale spowodowanej nie tym, że teraz Murzyn może broń kupić równie łatwo, co biały, tylko zniesieniem apartheidu i wpuszczeniem kryminalnego czarnego marginesu na ulice botaych dzielnic. Owszem, Oskar Pistorius zastrzelił swoją narzeczoną z legalnie kupionego pistoletu.

    „w tym właśnie upatruję odpowiedzialności decydentów za słowa i czyny”
    Ja raczej widzę w tym nie odpowiedzialność, a pogardę dla wolności obywatelskich i tendencje do zamordyzmu. Im bardziej jakiś kraj zamordystyczno totalitarny (albo kontynuujący to podejście nawet po zmianie ustroju) tym bardziej broń jest zakazana, a organy władzy mają na nią monopol. Przed wojną broń w Polsce była dość łatwo dostępna, dostać pozwolenie na broń nie było trudniej, niż prawo jazdy, ale nawet zamordowanie Narutowicza nie wpłynęło na zmniejszenie dostępności. Komuna broni bezwzględnie zakazała, ale III RP wcale nie odpuściła – wyłącznie kosmetycznie, pozwalając ubiegać się o pozwolenie, ale pod niemal niemożliwymi do spełnienia warunkami. Poza, oczywiście, politykami od Millera po Ziobrę, którzy takie pozwolenia dostają bez problemu. Choć jestem pewien, że gdyby Miller nie był ex-premierem, to z racji sprawności fizycznej związanej z wiekiem by pozwolenie już utracił.

    „Muszę przy tym założyć, że tego rodzaju decyzje podejmowane są przez demokratyczne parlamenty, a nie ideologiczne widzimisię dowolnego nadnaczelnika.”
    Raczej nie są w ogóle podejmowane – tak samo, jak brak małżeństw dla gejów, eutanazji albo nielegalność palenia marijuany – są nie ruszaną przez te parlamenty od 30 lat zaszłością historyczną.

    „ktoś, kto nie chce nosić w kieszeni rewolweru”
    Przecież nikt nikomu nie każe nosić! W Szwajcarii i Norwegii nawet nie wolno na ulicy nosić załadowanej broni. Jak idziesz na strzelnicę, to oddzielnie broń, a oddzielnie amunicja.

    „obawia się rewolweru nadpobudliwego sąsiada jest tęczowym lewakiem”
    Może nie tęczowym, ale z pewnością lewakiem, uważającym, że jego irracjonalny lęk jest podstawą do pozbawienia sąsiada prawa do tego, czego on się obawia. Jeśli obawiam się, że mój sąsiad mój roztargniony i nieuważny sąsiad mnie przejedzie, to nie dawać nikomu prawa jazdy! Wyłącznie zawodowym kierowcom po corocznych badaniach psychologicznych.

    „Zrozumiałe jest jednak, że zawsze przychodzi kropla, która przepełnia czarę.”
    Oczywiście. Akurat teraz się przelało. Tym bardziej uważam, że lewackie dolewanie oliwy do ognia jest głęboko nieodpowiedzialne i społecznie szkodliwe.

    „Czy racjonalna minimalizacja dolegliwości zmienia kategorię i wagę absolutnie nieliberalnego zawłaszczenia praw do najbardziej osobistych i intymnych decyzji?”
    Oczywiście. Dlatego optuję za pełną legalnością aborcji w Polsce.
    Natomiast patrząc ma proporcje, uważam że nieliberalne uniemożliwienie kupna pistoletu dotyka znacznie większej liczby osób i nie jest możliwe do obejścia w tak trywialny i bezkarny sposób, jak aborcja dla tego 1000 przypadków, o którą teraz jest afera na całą Polskę. Ani nawet jak aborcja na życzenie, również możliwa i bezkarna za granicą, ale dotycząca znacznie mniejszego odsetka populacji, niż posiada własną broń w Norwegiii czy Szwajcarii (kupiło ją sobie ok. 30% – tyle kobiet nigdy w życiu w tych krajach aborcji nie dokonało).
    Widzę tyle samo sensu w kruszeniu kopii o jedno, jak i o drugie.

    „osoba posła jest również uważana za instytucję i choćby jedynie ze względu na potencjalny wpływ na społeczność podlega takim samym, niepisanym ograniczeniom, co np. wspomniana BBC”
    Nie rozumiem, czy chodzi Ci o to, że faktycznie podlega, czy o to, że powinna podlegać? Sądząc po wielu publicznych wystąpieniach najróżniejszych polityków, nawet brytyjskich MPs, głupot, bzdur, inwektyw, najbardziej kuriozalnych i radykalnych poglądów mnóstwo.
    Nie powinni – zgadzam się. Ale też inni nie powinni w nich tymi inwektywami rzucać i publicznie oskarżać o bycie niemoralnymi i niegodnymi.

    „Nawiasem mówiąc, to „ustrój” BBC uznaję za wzór konserwatyzmu, a nie kołtuństwo p. Czarnka, który wszędzie konserwatyzmem gębę sobie wyciera.”
    To oczywiste! Z ubolewaniem trzeba zauważyć, że nie tylko w Polsce kołtuństwo i różnego rodzaju populizmy z odcieniem religii zawłaszcza sobie nazwę „konserwatyzm”, tak samo, jak populizmy z odcieniem ateistycznym już jakiś czas temu zawłaszczyły już sobie nazwę „liberalizm”. A zarówno Jefferson jak i von Bismarck przewracają się w grobach.

    „5-10% społeczeństwa nie posiada praw przynależnych jemu”
    Dużo więcej! 99% społeczeństwa nie posiada praw przysługujących Czarnkowi! Na przykład immunitetu parlamentarzysty. Więcej nawet, niż 5-10% dorosłej populacji nie posiada prawa jazdy.
    Tylko co to ma do Czarnka? On im te prawa odebrał? Czy nadużywa tych praw? Po pijanemu potrącił staruszkę, a przed policją zasłonił się legitymacją poselską?

    „Możesz być pewny, że dolegająca Ci nadgorliwość TVN i podobnych ideowo mediów dużo bardziej dokucza naszemu Nadszyszkownikowi.”
    Mi dzisiaj przez ponad godzinę stania w korku dokuczała podjudzona przez media hołota, która zablokowała ulicę, po której chciałem przejechać. On ma kierowcę do swojej limuzyny, a po ostatniej zadymie policja już udrażnia dojazd do jego domu. Niestety nie moją trasę.

    Polubienie

  2. „Jednym z kompromisów liberalizmu jest kompromis pomiędzy bezpieczeństwem przed psychopatami, dziećmi, upośledzonymi, etc., a wolnością normalnych obywateli.” – Najwyraźniej nie dorosłem jeszcze do liberalizmu, który absolutną wolność jednostki godzi z choćby potencjalną utratą życia drugiej. Wydaje się również, że nie jestem w tej niedojrzałości osamotniony, bo przez ulice żadnego państwa nie przewalają się tłumy żądające prawa do permanentnego sprawdzania zbiorowej poczytalności w praktyce. Wiem, że hipokryzja to strategia powszechna, widocznie ma jeszcze większy zasięg, niż przypuszczałem.

    Normalność? Czarnek również odwołuje się do jakiegoś abstraktu normalności. Co nią jest? Kto ją sprawdza i weryfikuje? Mamy jakiś test, jak na wirusa? Jeżeli jest wiarygodny, jak często go wykonywać? 99,9% świrów urodziło się „normalnymi”. Niektórzy jeszcze wczoraj przeszliby badanie psychiatryczne, a dziś rano już nie. Nie, nie musisz wytykać mi, że usuwam w ten sposób racjonalne podłoże decydowania o jakiejkolwiek wolności do czegokolwiek. Dostrzegam to i, w tym konkretnym przypadku, z tym ograniczeniem się godzę, bo sam nie mogę być pewien, że dziś będąc „normalnym”, nie przejdę jutro załamania nerwowego, nie popełnię błędu w ocenie sytuacji, lub nie zaistnieją jakiekolwiek okoliczności, w których stracę nad sobą kontrolę. Uznaj to także za moją wolność do nieracjonalności i strachu przed sąsiadem, który wielokrotnie dawał dowody braku panowania nad sobą, choć nikt nigdy nie kwestionował jego poczytalności. I nie, te same zastrzeżenia w stosunku do samochodu mnie nie przekonują, bo nie można nim wjechać do szkoły i rozjechać kilkunastu osób. Nawet na ulicy jest to dość trudne, jeśli mamy na myśli kogoś konkretnego.

    „[…] czy jesteś przeciwny demokracji, a Ty i inni „mądrzy” powinniście i czujecie się uprawnieni, by o nich dbać jak o małe dzieci […]” – Nie czuję się do tego uprawniony, choć nie jestem pewien swojej odpowiedzi w ewentualnym referendum i prawdopodobnie, w pierwszym odruchu, próbowałbym ratować kogoś nawet wbrew jego woli. Podobno mamy demokrację, a nie widać jakiejś specjalnej presji na jej przedstawicieli, by walczyli o prawo do posiadania broni w Sejmie. Oczywiście, mnóstwo innych spraw także nie jest dyskutowanych, ale na ogół, jeśli społeczeństwo odczuwa dolegliwy brak zainteresowania (lub jego nadmiar), to daje temu wyraz, czego jesteśmy świadkami choćby teraz.

    „Tym bardziej uważam, że lewackie dolewanie oliwy do ognia jest głęboko nieodpowiedzialne i społecznie szkodliwe.” – Jak każde. Problem w tym, że na konkretne sprawy nakładają się emocje, nieracjonalności i pomniejsze interesiki. Nic na to nie poradzisz.

    „Natomiast patrząc ma proporcje, uważam że nieliberalne uniemożliwienie kupna pistoletu dotyka znacznie większej liczby osób i nie jest możliwe do obejścia w tak trywialny i bezkarny sposób, jak aborcja dla tego 1000 przypadków […]” – No to zdecyduj się, czy walczysz o zasady, czy o racjonalizację? Jeśli o to pierwsze, to musisz pogodzić się z faktem, że wolność jednej kobiety w wyborze co do donoszenia ciąży jest równa potencjalnym milionom prywatnych chęci postrzelania sobie ostrą amunicją. Jeśli o to drugie, to twoja racjonalizacja musi poczekać w kolejce, aż zostanie uznana za priorytet, co jest wątpliwe, bo społeczeństwa, jeszcze rzadziej niż jednostki, kierują się logiką. Poza tym zasady nie zawsze bywają z logiki wywodzone, a jeszcze rzadziej nią uzasadniane. Moralność nie musi być logiczna. Tylko to i aż to mam na myśli, kiedy mówię, że są rzeczy, których nie da się rozpatrywać na jednej płaszczyźnie, mimo że rozstrzygnięcia na różnych poziomach będą ze sobą sprzeczne. Możemy sobie uważać, że nie da się na tym założeniu np. zbudować spójnego systemu prawnego, ale nie zmienia to faktu, że prawo będzie rozmaicie interpretowane.

    A jak już o moralności mowa, to nie roszczę sobie prawa do decydowania, czy p. Czarnek może zgodnie z prawem być ministrem, ani do określania, czy jego poglądy są zgodne z moim czy czyimkolwiek widzimisię. Po raz nie wiem który powtarzam, że to, co dla mnie (dla mnie!) jest dyskwalifikujące u ministra w demokratycznym państwie, to jego pretensje do określania czyjejkolwiek „normalności”, a więc dzielenia ludzi na „normalnych” i „nienormalnych”. Ludzie ci najczęściej nie zazdroszczą ministrowi jego poselskich przywilejów, ale chcieliby pewnie być (jak on jest) zaliczani do „normalnych”. I mają pełne prawo obawiać się, że resort przez niego kierowany nie będzie uwzględniał ich potrzeb i interesów. Zareagowałbym w tej sam sposób, gdyby ktokolwiek chcący pełnić podobną funkcję, twierdził, że nienormalni i nieposiadający żadnych praw są wszyscy heretycy, żyjący w związkach małżeńskich mężczyzny i kobiety, chodzący do kościoła co niedziela. Tyle, że wtedy nikt by kogoś takiego do ministerialnej teki nie nominował, więc nie miałbym okazji…

    „A zarówno Jefferson jak i von Bismarck przewracają się w grobach.” – No i tu mamy 100% zgodności stanowisk.

    „po ostatniej zadymie policja już udrażnia dojazd do jego domu. Niestety nie moją trasę.” – Takie są konsekwencje demokracji. Prawa do demonstracji póki co jeszcze nie zniesiono, ale jesteśmy na dobrej drodze – zaraz powsadza się „zadymiarzy” odpowiedzialnych za organizację nielegalnych zgromadzeń, które się najpierw wywołało w samym środku pandemii. A nasz główny bohater edukacyjny już zapowiedział, że pociągnie do odpowiedzialności uczelnie za… strajk studentek.

    Polubienie

  3. Legalność obecnego TK można oczywiście podważać i nie miałem absolutnie nic przeciwko ulicznym demonstracjom KOD, gdy Prezes robił machloje konstytucyjne ze zmianą jego składu i zmianą regulaminu.

    Trzeba tylko zauważyć, że w 1997 TK pod swoim ówczesnym prezesem Andrzejem Zollem, za czasów rządu AWS Jerzego Buzka, dokonał stukrotnie większego zamachu na prawa kobiet, niż Pzyłęska teraz – zakazał aborcji „z przyczyn społecznych”, czyli de facto na życzenie. Było to tym poważniejsze naruszanie praw kobiet, że wtedy Polska nie należała jeszcze do EU, ani tym bardziej do Schengen, co czyniło turystykę aborcyjną kłopotliwą, a korzystanie z publicznej opieki zdrowotnej za granicami dość kosztowne.

    Ale nikt chyba Andrzeja Zolla i ówczesnych sędziów TK nie podejrzewa o służalstwo wobec Prezesa i wykonywanie jego cichego zlecenia.

    „Najwyraźniej nie dorosłem jeszcze do liberalizmu, który absolutną wolność jednostki godzi z choćby potencjalną utratą życia drugiej”
    Najwyraźniej. Nie mówię o absolutnej wolności, bo strzelanie do sąsiada się do dopuszczalnej nie zalicza. Podobnie, jak przejeżdżanie sąsiadów też nie zalicza się do dopuszczalnej wolności. Ale w Twoim podejściu prawo posiadania broni jest złe, bo ty broni nie lubisz i jej się boisz, a prawo posiadania samochodu dobre, bo lubisz jeździć własnym samochodem i mimo prawie 3000 trupów rocznie na drogach, nie lękasz się „potencjalnej utraty życia”. Używanie samchodów powinno być absolutnie zakazane! Nieliczni policjanci i kierowcy samochodów dostawczych, którzy muszę ich używać, muszą parkować w garażu swojego przedsiębiorstwa, a kluczyki oddawać do sejfu. Możesz być pewien, że takie rozwiązanie uratowałoby przed śmiercią setki razy więcej ludzi, niż zakaz posiadania broni. Ewentualnie można pozwolić, by w liberalnej Szwajcarii ludzie jeździli własnymi samochoidami, bo tam odsetek zabitych na drogach jest dziesięciokrotnie niższy, niż w Polsce. Ale Polacy są zbyt nieodpowiefdzielni na posiadanie samochodów.

    „Wydaje się również, że nie jestem w tej niedojrzałości osamotniony, bo przez ulice żadnego państwa nie przewalają się tłumy żądające prawa do permanentnego sprawdzania zbiorowej poczytalności w praktyce.”
    Nie przez ulice, tylko przez parlamenty. W niektórych krajach obowiązują okresowe badania lekarskie na prawo jazdy. Bardzo restrykcyjne w Polsce w odniesieniu do zawodowych kierowców. Do pełnienia mnóstwa innych funkcji i posiadania praw do korzystania z tego czy owego też są wymagane. Niektórzy nawet posunęli się do 100% badań prewencyjnych – zainstalowania w samochodach blokady zapłonu połączonej z alkomatem. A w ciężarówkach i autobusach tachografów, by przypilnować, czy przypadkiem ktoś nie siedzi za kierownicą zbyt długo.

    Określenia „normalność” użyłem tu w znaczeniu prawnym: wszystkich, za wyjątkiem ludzi nie spełniających ściśle zdefiniowanych wymogów. W większości krajów z łatwym dostępem do broni wymaga to uzyskania jakiegoś pozwolenia, co jednak nie jest bardziej skomplikowane ani restrykcyjne, niż dostanie prawa jazdy. I co kilka lat lekarz rodzinny musi przystawić pieczątkę, że nie popadasz jeszcze w demencję, ślepotę, Parkinsona, etc. – jak na prawie jazdy, które teź trzeba odnawiać.

    „sam nie mogę być pewien, że dziś będąc „normalnym”, nie przejdę jutro załamania nerwowego, nie popełnię błędu w ocenie sytuacji, lub nie zaistnieją jakiekolwiek okoliczności, w których stracę nad kontrolę nad sobą”
    i nie możesz być pewien, że z tego powodu nie wjedziesz w staruszkę na pasach ani nie wpadniesz na drzewo. Kontrolę nad sobą stracisz przez załamanie nerwowe, a kontrolę nad pojazdem przez to, że nie zauważysz oblodzenia na zakręcie.
    Tysiące razy więcej ludzi ginie w wyniku błędów w ocenie sytuacji drogowej, niedostatecznej uwagi, niewyspania, etc. Ale jedynym, co jest kontrolowane w odniesieniu do prywatnego użytku (kategorii B), to czy nie wypili więcej niż dwa piwa i nie naćpali się czegoś. Ale nie ich stan nerwowy, ani czy przez ostatnie 48h nie zmrużyli oka.

    „stosunku do samochodu mnie nie przekonują, bo nie można nim wjechać do szkoły i rozjechać kilkunastu osób”
    Do szkoły może nie, ale w tłumek na przystanku autobusowym albo na pasach – jak najbardziej tak. Co więcej w Polsce chyba nikt nigdy nie urządził strzelaniny w szkole, ale zdarzały się przypadki intencjonalnego rozjechania całej grupy ludzi. I dużo więcej przypadków nieintencjonalnego, ale wynikającego ze skrajnej nieodpowiedzialności za kierownicą.

    „nie widać jakiejś specjalnej presji na jej przedstawicieli, by walczyli o prawo do posiadania broni w Sejmie”
    Nie widać. Nie widać też było (aż do zeszłego tygodnia) presji walczyli o prawo do aborcji. I nadal nie widać nacisków na partie rządzące, by zalegalizowały palenie marijuany. I parę innych rzeczy. Tak już jest w demokracjach, że naciski o coś nowego pojawiają się bardzo rzadko. Zazwyczaj masowe są tylko protesty przeciw naruszaniu status quo.

    „No to zdecyduj się, czy walczysz o zasady, czy o racjonalizację?”
    O zasady. Racjonalizacja statystyczna i stopnia dolegliwości wyłącznie podpowiada mi priorytety. I może służyć jako argument adresowany do kogoś, tych zasad nie uznającego. Tak na przykład prawo do aborcji na życzenie uważam za ważniejsze i priorytetowe przed prawem do aborcji w przypaku ciężkich upośledzeń płodu.

    „wolność jednej kobiety w wyborze co do donoszenia ciąży jest równa potencjalnym milionom prywatnych chęci postrzelania sobie ostrą amunicją”
    Muszę to powtórzyć: tę wolność wyboru co do donoszenia ciąży każda kobieta faktycznie ma, zakaz jest sprawą wyłącznie tego, że musi pojechać 300km za Odrę, a nie 30km do powiatowego szpitala. Za to załatwić to jedną wizytą u jednego lekarza, a nie wieloma wizytami, obowiązkowymi konsultacjami z innymi lekarzami, etc.
    Natomiast karabinka nie mogę sobie przywieźć ze Szwajcarii bez niemal pewnego narażenia się na więzienie za przemyt i nielegalne posiadanie broni. .

    „Moralność nie musi być logiczna”
    Nawet bardzo rzadko jest. Liberalizm i moralność w ujęciu oświeceniowych liberałow lubię właśnie za dość duży poziom spójności logiczne i wywiedzenie się z dość wąskiego zestawu „przykazań” przyjmowanych aksjomatycznie. A jednocześnie za dość dużą przyjazność (przynajmniej wobec moich upodobań) systemów społeczno-prawnych na tym opartych.

    Do Czarnka masz dziś już znacznie poważniejszy zarzut, czyli zapowiedź administracyjnej ingerencji w samorządność uczelni. I wysuwanie gróźb pod ich adresem. Na razie zapowiedź, zobaczymy, jakie decyzje wyda.

    „Ludzie ci najczęściej nie zazdroszczą ministrowi jego poselskich przywilejów, ale chcieliby pewnie być (jak on jest) zaliczani do „normalnych”.”
    Po pierwsze: nie pamiętym, by Czarnek jakiś ludzi nazywał „nienormalnymi”. Nazywał tak ich zachowania – życie w homozwiązkach.
    Po drugie: ja bym chciał mnóstwa rzeczy, których świat nie spełnia. Ani nie mam no to wpływu, ani nie mogę wymagać, by ktoś mnie uważał za „normalnego”. Każdy uważa mnie za tego, za kogo uważa i choć może to naruszań moje ego, gdy dowiem się za co, to nie mam na co się oburzać ani żądać, by siedział cicho póki publicznie nie używa wobec mnie inwektyw.

    „mają pełne prawo obawiać się, że resort przez niego kierowany nie będzie uwzględniał ich potrzeb i interesów”
    Mają. Mam pełne prawo obawiać się, ze żaden resort w Polsce nie będzie uwzględniał moich potrzeb i interesów. Co więcej, mam już pewność, że nie uwzględniał od zakończenia reform Balcerowicza i działalności resortu integracji z EU. Choć na przykład uwierzyłem w obietnice Tuska, a dopiero post factum przekonałem się, że wprowadzane przez niego zmiany prawne działały na moją szkodę, a te jtóre spowodowały oddanie głosu na jego partię nie zostały spełnione, albo wręcz wprowadzono coś przeciwnego.

    „Takie są konsekwencje demokracji. Prawa do demonstracji póki co jeszcze nie zniesiono”
    Raczej nieudolności polskiej demokracji. Od czasów Leppera i jego Samoobrony utarł się zwyczaj blokowania dróg i uniemożliwiania innym ludziom przejazdu, a policja tylko sporadycznie interweniuje wobec ludzi siedzących na jezdni albo chodzących w tę i z powrotem po pasach, choć światło mają czerwone. Gdy 30 lat temu byłem świadkiem wylotowej ulicy pod Hamburgiem, zablokowanej przez Zielonych, to przyjechała policja, kazała się rozejść, a gdy nie posłuchali, to spłukała ich do rowu armatką wodną. Ulice są od tego, by po nich jeżdziły samochody, a nie po to, by na nich siedzieć w proteście.

    Polubienie

  4. „Legalność obecnego TK można oczywiście podważać […]” – Więc jak już racjonalizujemy, to nie możemy uniknąć przykrej konstatacji, że zapalnikiem społecznych wystąpień zawsze będą kwestie moralnie i światopoglądowo kontrowersyjne, a nie rzeczywiście istotne – kiedy PiS dokonywało zamachu na sądownictwo, nie było szeroko zakrojonych akcji protestacyjnych na skalę obserwowaną teraz. Wszyscy dziś zachłyśnięci uszczupleniem wolności osobistej 1000 osób w skali kraju (dla których mam szczere zrozumienie i których oburzenie popieram) nie protestowali z takim zaangażowaniem, kiedy jawnie i z podniesionym czołem demolowano w Polsce trzecią władzę. Wyborcy nie wiedzieli, że sądy się przejmuje, by móc sobie klepnąć dowolną regulację? Jedyny kłopot w tym, że niestety większość z nich taką refleksję, jeśli w ogóle poczyni, to i tak zepchnie do nieświadomości. Nie jest sztuką być genialnym strategiem populizmu – merytorycznie, prezesa może zastąpić ktokolwiek.

    „[…]bo ty broni nie lubisz […]” – To nie jest kwestia lubienia. Pochlebiam sobie, że w czasach, kiedy jeszcze istniało PO (przysposobienie obronne – przypomnienie dla urodzonych już w innej epoce), miałem całkiem niezłe wyniki w użyciu kbks-u (do dziś nie stronię od rozrywki w postaci paintballu, czy broni pneumatycznej). Co więcej, uważam, że szkolenia z obsługi broni popularnej powinny być dobrowolną częścią curriculum i ich brak traktuję jako przejaw terroryzmu ideologicznego. Wciąż jednak widzę różnicę w przeznaczeniu samochodu i jakiejkolwiek broni. Jeśli ktoś naprawdę lubi tą ostatnią, to istnieje szereg form realizacji tego hobby, bez konieczności trzymania jej w domu, czy noszenia po ulicy. Nie sądzę również, by prawo do jej posiadania było kiedykolwiek kwestią priorytetową w naszym społeczeństwie i nie widzę chęci jej dyskutowania (ale nasza rozmowa zaciekawiła mnie na tyle, że chciałbym poznać wynik referendum „tak/nie” w tej sprawie).

    „Do Czarnka masz dziś już znacznie poważniejszy zarzut […]” – O ile Norwegia mogła sobie dowolnie rozdysponować swoje własne pieniądze, o tyle dzielenie funduszami przeznaczonymi dla uczelni nie zależy na szczęście od widzimisię ministra, ale od spisanych przesłanek merytorycznych.

    „Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym i skończmy z tą dyskusją.” – Jeśli to nie jest określeniem „nienormalności” i publiczną inwektywą, to co nimi jest?

    Wszystko to nie oznacza, że druga strona i jej przedstawiciele jest święta, mądra, bezinteresowna i nie bierze udziału w wojnie ideologiczno-politycznej. Nie pisałem jednak eseju o podziale na Polskę A i B, ale o ignorancji i nietolerancji, wspieranych przez aparat państwowy.

    Polubienie

  5. „nie możemy uniknąć przykrej konstatacji, że zapalnikiem społecznych wystąpień zawsze będą kwestie moralnie i światopoglądowo kontrowersyjne, a nie rzeczywiście istotne”
    Z przykrością zgadzam się z Twoją konstatacją.
    Tym bardziej uważam, że nie należy dolewać oliwy do ognia – po żadnej stronie. Polewając płonącą oliwą jedną stronę nie ugasi się w ten sposób drugiej, już skwierczącej.

    „Wciąż jednak widzę różnicę w przeznaczeniu samochodu i jakiejkolwiek broni.”
    Oczywiście, że przeznaczenie broni jest inne. Tylko co to ma do prawa jej posiadania? Przeznaczenie mąki i nawozów sztucznych też jest różne, a można posiadać jedno i drugie. Choć po zmieszaniu można nimi zburzyć budynek. Co więcej już kilka razy skutecznie śmiertelnie do tego użyto saletry amonowej zmieszanej z pszenną mąką.

    „istnieje szereg form realizacji tego hobby, bez konieczności trzymania jej w domu, czy noszenia po ulicy”
    Istnieje wiele form uprawiania hobby czytelniczego bez konieczności trzymania książek w domu. Dlaczego upierasz się przy tym, by hobby utrudniać i by książki były dostępne wyłącznie w internecie i w czytelniach?
    BTW – nawet w Szwajcarii po ulicy wolno nosić broń wyłącznie rozładowaną, wyłącznie na widoku i wyłącznie w legitymizowanym celu (zanieść ją ze sobą do rusznikarza albo na strzelnicę itp). Ale nigdzie nie wolno nosić spluwy schowanej pod marynarką.

    „Jeśli to nie jest określeniem „nienormalności”… ”
    Przypomnę tylko, że Czarnek użył tego dla skomentowania zdjęcia nagiego faceta siedzącego w rozkraczonej pozie w ulicznym kawiarnianym ogródku. Swoją drogą, to ciekawe, gdzie je znalazł, bo takiej „normalności” nie widziałem nawet na berlińskiej gejparadzie ani na hamburskim Reeperbahn.

    „o ignorancji i nietolerancji”
    Tu muszę docenić i pochwalić odrobinę błysku, jaki pojawił się wśród zalewu prymitywizmu i wulgarności Strajku Kobiet. Niektóre hasła były naprawdę udane, choć zapewne mało kto je zrozumiał. „Kaja Godek nie odróżnia signifiant od signifié” to mój faworyt, choć sam ten zarzut stawiam przede wszystkim przeciwnej stronie. Niemniej bardzo mi się to podoba – przede wszystkim jako przeniesienie sporu z poziomu napierdalania się na trochę wyższy poziom intelektualny.

    Polubienie

  6. A PO – wolałbym, żeby było opcjonalne, jak katecheza. Rozumiem, że wielu mu przeciwnych rodziców o pacyfistycznym nastawieniu nie chce (i ma do tego pełne prawo) by ich dzieci byłu uczone obsługi broni.

    Za moich czasów PO w szkole (liceum) było raczej parodią, choć z kbks wystrzeliłem wtedy kilka nabojów. Na studiach miałem za to Studium Wojskowe ze strzelaniem z kałasznikowa i jakiegoś pistoletu, chyba TT.

    Polubienie

  7. Na marginesie:
    z wielką chęcią przeczytałbym analityczny esej jakiegoś socjologa? filozofa? lingwisty? literaturoznawcy? o tym transparencie przeciw Kai Godek, niesionym przez studentkę UJ. Przyznaję szczerze, że sam nie do końca potrafię zrekonstruować niuanse jej intencji, choć chyba odbieram dobrze główny przekaz. W każdym razie niezwykle doceniam zarówno formę wyrazu, jak i inteligencję, kulturę i oczytanie dziewczyny. Być może dziewczyna ma duszę artystyczną i zostawia odbiorcy swobodę interpretacji jej słów.

    Polubienie

  8. „[…] opcjonalne, jak katecheza.” – Napisałem, że powinno być dobrowolne.

    „[…] analityczny esej […]” – Na mnie nie licz :). Nie sadzę też, żeby wielu uczestników manifestacji zastanawiało się nad wymową hasła – nierozróżnianie formy i treści jest już tak powszechne (dzięki ci, szkoło!), że (nomen omen) ekspresja tej studentki była w tym wypadku summa summarum równa jej fizycznej obecności. Maja Godek też pewnie nie wie, o co chodziło. Cały problem w tym, że zdecydowana większość różnych rewolucjonistów i pomysłowych dobromirów politycznych nigdy nie doświadczy skutków swoich formalizmów.

    Polubienie

  9. W studentce się zakochałem. Jeśli do skrótu LGBT zostanie dodane jeszcze S (sapiosexual) to zmieszczę w tej liście. Od biedy mogę nawet uznać się za ‚queer’ 😉 Pewnie, że efekt jej ekspresji zapewne nie był istotnie większy, niż samej fizycznej obecności w tłumku. Miała jednak sporo sensu. Co najmniej:
    – była demonstracją kultury w jej najtradycyjniejszym sensie;
    – była pewnym odcięciem się od wulgarnego, chamskiego prymitywizmu, dominującego w femino-tęczowym środowisku;
    – była zwróceniem uwagi na ignorancję Kai Godek – jestem absolutnie pewien, że (jeśli w ogóle zauważyła) nie zrozumiała niczego, poza tym, że na pewno ktoś się z niej nabija i demonstruje swoją wyższość wykształciucha;
    – była bardzo dobitnym przypomnieniem, że jednak warto czytać de Saussure’a, a nie wyłącznie czytadła Grocholi;
    – była przypomnieniem o co chodzi w sprzeciwie politycznym i co go motywuje, co tej studentce udało się wyrazić jeszcze zwięźlej, niż Herbertowi w jego: „…w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak smaku…”;
    – występowanie z takim transparentem pod Wawelem buduje u mnie i mi podobnych sympatię i poparcie, w przeciwieństwie do siedzenia na skrzyżowaniu istotnych komunikacyjnie ulic w tym celu, bym to ja nie mógł przejechać, albo wskakiwaniu z transparentem „wypierdalać” przed ołtarz w czasie mszy, co budzi zdecydowany sprzeciw i wrogość – w ten sposób można zyskać uwagę, ale nie sympatię.

    Polubienie

    1. Musisz jednak przyznać, że „Wypierdalać!” jest dużo nośniejsze, a odwołanie do de Saussure’a nie pomoże raczej studentce, gdy w poprzek jej drogi stanie „kibic” z „różańcem”. A „wyższością wykształciucha” zajęło się już państwo, promując kulturę w znacznie szerszym znaczeniu i bez znaczenia. Abstrahujesz od układu odniesienia ;).

      Polubienie

  10. Na kibola „wypierdalaj!” też nie pomoże, może najwyżej go nastawić jeszcze bardziej agresywnie. jeśli już coś pomoże, to trening w sprincie by uciekać albo w karate cy czymś podobnym by sobie z nim dać radę, a najskuteczniejszy to trzonek do transparentu zrobiony z gazrurki, niezależnie od treści na nim wypisanej.
    Wyższość wykształciucha rzeczywiście w życiu ogólnospołecznym zeszła na margines, nie tyle dzięki państwu, co globalnej popkulturze i wyższości telelenowel nad teatrem szekspirowskim. Ale cieszę się, że jeszcze nisze takie jak Uniwersytet Jagielloński temu się odrobinę opierają nawet w pokoleniu dwudziestoletnich studentek.

    Polubienie

  11. Spróbuj wyjaśnić, co nośniejszego i lepszego jest w „wypierdalać!” nabazgranym przez Strajk Kobiet na drzwiach kościoła nad „raus!” nabazgranym przez Sturmabteilung na drzwiach synagogi.

    Polubienie

  12. Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na stanowisko eksperta od haseł wypisywanych przez rozmaitych obszczymurów na podłożu dowolnym. W tym jednak kontekście, określenie czynnika sprawczego jako „Strajk Kobiet” wydaje mi się nadużyciem i generalizacją. Mógłbym tu zastosować logikę, którą forsujesz, a która jasno wskazuje, że jedynym sprawcą jest kretyn z puszką czerwonej farby, a nie żaden ruch społeczny. Ponieważ nie do końca się z tą wykładnią zgadzam (owszem, karany powinien być tylko sprawca bezpośredni), przyznaję, że część odpowiedzialności spada na organizatorów manifestacji, którzy powinni ostro przeciwstawiać się takim aktom. Odcięcie się od wandalizmu wyszłoby im na dobre, bo każdy ich argument będzie mógł być obalony przez „A wy to niszczycie kościoły!”. I tyle z merytorycznej dyskusji, na której podobno wszystkim zależy.

    Jednocześnie przyznaję się do niemocy interpretacyjnej, ponieważ uważam, że dyskusja z emocjami tłumu, doszukiwanie się i objaśnianie jego intencji, interpretacja celów jest bez sensu. Co więcej adresat domyślny (tu nie trzeba być semiotykiem, ani semantykiem, by go zidentyfikować) nigdy za adresata się nie uzna, a głuchego udaje od zawsze. Także Kościół (jako instytucja) zrobił wiele, żeby za stronę konfliktu być teraz uważanym i zgrywanie durnia lub niepokalanej dziewicy może być jedynie odebrane jako śmieszne. To oczywiście nie znaczy, że wandalizm jest właściwą drogą wyrażania niezadowolenia z jego funkcjonowania. Niestety tłum zawsze chce swoje emocje wyrażać jasno i dobitnie, a kościół jest łatwiej znaleźć niż jakiegoś biskupa, czy ojca biznesmena. Nie usprawiedliwiam, racjonalizuję. O ile „Wypierdalać!” na transparencie jest dla mnie jasne w przekazie, zaadresowane przez niosącego transparent i mieści się w estetyce ulicznej demonstracji, o tyle niszczenie mienia, budynków publicznych, zabytków, obiektów kultu, itp. powinno być ścigane i karane.

    „Wypierdalać!” vs „Raus!”? I któreś ma być lepsze? Jest oczywiste, że w warstwie leksykalnej są to wypowiedzenia równoznaczne. Jestem nawet przekonany, że niemiecki kretyn, który jako pierwszy napisał coś takiego na żydowskim domu lub synagodze nie miał na myśli krematorium. Kryteria interpretacji i oceny są wynikiem procesu historycznego, a więc interpretować znaczenie moralne i fizyczne nośnego (krótkie, dobitne, odzwierciedlające nastroje) hasła dzisiejszych demonstracji będzie można dopiero za jakiś czas. Wszystko zależy od tego, kogo uzna się za adresata, a to jak mówiłem, będzie przedmiotem walki politycznej. Kto był adresatem „Raus!” i co się z nim stało wszyscy doskonale wiedzą, jeśli chodzi o drugi postulat, zobaczymy kto, w jaki sposób i czy w ogóle będzie „wypierdalał”.

    Chciałbym tu również podkreślić, że czym innym są pohukiwania wkurzonego tłumu (bardzo niebezpieczne, gdy stanie mu się na drodze), a czym innym deklaracje ciał ustawodawczych i osób pełniących funkcje publiczne (które mogą zostać wprowadzone w życie i dotykać ogółu, a nie pojedynczych ofiar, które powinny zdawać sobie sprawę z faktu, że uliczna demonstracja to z reguły nie jest piknik i wiele rzeczy może się tam zdarzyć). Nasz Wielki Strateg, któremu jak się zdaje zabawki lecą z rąk, nie użył słowa „wypierdalać” (które wszyscy wzburzeni zdają się słyszeć po raz pierwszy), a bardziej przyczynił się do rozrób, niż hasła na transparentach.

    Polubienie

  13. „Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na stanowisko eksperta od haseł wypisywanych przez rozmaitych obszczymurów na podłożu dowolnym”
    Uznaniem, jakie wyczułem w Twoim głosie wobec nośności transparentu „wypierdalać!”
    Przy pełnej ciągłości skandowania „wypierdalać!” w czaseie manifestacji, noszenia takiego transparentu, rozwijania takiego transparentu przed ołtarzem w czasie mszy po wypisywanie go farbą w sprayu na ścianie kościoła. I prowadzeniu wszystkich tych działań pod jednym szyldem „Strajk Kobiet”, którego znane z imienia i nazwiska działaczki nigdy się od takiego bandytyzmu nie odcięły.

    „Mógłbym tu zastosować logikę, którą forsujesz, a która jasno wskazuje, że jedynym sprawcą jest kretyn z puszką czerwonej farby, a nie żaden ruch społeczny.”
    Tak by było, gdyby oficjalni działacze tego ruchu i mainstream jego uczestników odcięli się od takich działań. Nie zrobili tego, wprost przeciwnie, wyrażają się o nich z sympatią i zrozumieniem, a pozwalają im schować się za swoim tłumkiem manifestantów i uciec przed odpowiedzialnością.

    ” „A wy to niszczycie kościoły!”. I tyle z merytorycznej dyskusji.”
    Gorzej – nie niszczycie kościoły, ale obrażacie, stosujecie groźby i wykluczacie ze świetlanego społeczeństwa przyszłości katolików. Akurat w formie identycznej z wykluczaniem ze świetlanego społeczeństwa czystej aryjskiej rasy żydów we wczesnych 193x. Wtedy też jeszcze pobicia nie byly tak częste, głównie było to wykluczenie, bojkot, demonstrowana odraza i ‚raus!’.

    „dyskusja z emocjami tłumu, doszukiwanie się i objaśnianie jego intencji, interpretacja celów jest bez sensu.”
    Zgadzam się, że dyskusja z tłumem jest bez sensu, natomiast analiza, interpretacja jego intencji i celów jest absolutnie niezbędna. Xarówno z przyczyn czysto poznawczych (historycznych) jak i, przede wszystkim, z pragmatycznych przyczyn stawienia możliwie najskuteczniejszego oporu przemocy, a przynajmniej – w wymiarze indywidualnym – uchronienia się przed gwałtem.

    „Także Kościół (jako instytucja) zrobił wiele…”
    Zapytaj swojego teścia katolika, czy to on zrobił cokolwiek, by teraz kazać mu wypierdalać. Transparent „wypierdalać!” był rozwijany przed ołtarzem w stronę wiernych, a nie księdza.

    „O ile „Wypierdalać!” na transparencie mieści się w estetyce ulicznej demonstracji, o tyle niszczenie mienia…”
    Powtórzę, że problem w tym, że nie ma granicy między jednym, a drugim. Czy przesadą jest stanie z tym transparentem po drugiej stronie ulicy, niż kościół? W jego drzwiach? Przed ołtarzem w czasie mszy? Nie ma jasnej granicy ani technicznej, ani personalnej. Ci sami robią jedno i drugie, jedno i drugie robią uważający się za ten sam ruch ludzie pełni wzajemnej solidarności i wsparcia.

    „Jestem nawet przekonany, że niemiecki kretyn, który jako pierwszy napisał coś takiego na żydowskim domu lub synagodze nie miał na myśli krematorium.”
    Też tak sądzę. Co nie zmienia faktu, że o ile z dużym niesmakiem, ale bez zarzucania przestępstwa uznałbym i milczeniem zbył okrzyki „raus” w czasie manifestacji ulicznej (przynajmniej, jeśli nie byłoby to bezpośrednią groźbą), o tyle już nie mogą być tolerowane w formie farby na ścianie ani transparentu wywieszanego w kościele czy synagodze.

    „Wszystko zależy od tego, kogo uzna się za adresata”
    Transparent rozciągnięty przed ołtarzem w czasie mszy, napisem w stronę wiernych, nie zostawiał tu chyba pola interpretacji. Kaczyński nie siedział w ławce w tym kościele.

    „czym innym są pohukiwania wkurzonego tłumu, a czym innym deklaracje ciał ustawodawczych i osób pełniących funkcje publiczne”
    Oczywiście! Dlatego z przerażeniem patrzę na udział posłów Wiosny i im podobnych w zadymach.

    „Nasz Wielki Strateg bardziej przyczynił się do rozrób, niż hasła na transparentach”
    Oczywiście! To nie znaczy jednak, by popierać, czy choćby tolerować te rozróby uliczne. Nie popadaj w myślenie, że jednego smoka najlepiej przepędzić innym. Przez 60 lat mieliśmy na głowie skutki tego, że smoka Hitlera wyparł smok Stalina.

    Polubienie

  14. Stanowczo nadinterpretujesz moje słowa. To jeszcze jeden dowód na to, jak łatwo jest o nieporozumienie w kwestiach newralgicznych. Wypominasz mi jakieś „uznanie”, za które mam chyba rozumieć stwierdzenie, że to hasło jest „krótkie, dobitne, odzwierciedlające nastroje”. Tyle samo „uznania” jest w obserwacji, że doskonale wpisuje się wpisuje ono w poetykę ulicznej demonstracji (no chyba, że za demonstrację uznamy wyreżyserowane pochody pierwszomajowe, w słusznie minionej przeszłości). Insynuujesz mi jakiś lewoskręt i akceptację niesmacznych wybryków (do których, czysto statystycznie, musi dochodzić przy tego rodzaju okazjach) mimo że generalnie parafrazujesz połowę tekstu, ktory napisałem.

    „[…] najskuteczniejszego oporu przemocy, a przynajmniej – w wymiarze indywidualnym – uchronienia się przed gwałtem […]” – Najpewniejszym sposobem jest zniesienie prawa do demonstracji – już to przerabialiśmy. Innym jest ściganie i karanie za przestępstwa. Jasno, klarownie i natychmiast.

    „Nie ma jasnej granicy ani technicznej, ani personalnej.” – No, właśnie. Na tym polegają manifestacje. Nie da się tego kontrolować. Jak sobie wyobrażasz kontrolę imprezy obliczonej na dziesiątki tysięcy ludzi rozrzuconych po całym kraju, nawet gdyby ktoś zechciał to kontrolować? Złudzenie kontroli może mieć władza, która może albo rozgonić towarzystwo na cztery wiatry, albo zacząć wyciągać wnioski z reakcji społecznej na swoje pomysły. Niestety, nasza włądza chce ciastko mieć i je zjeść – liczy, że sprawa rozwiąże się sama i znowu uda się problem przeczekać. Jest to taktyka skuteczna, ale ma swoje koszty w postaci „strat w mieniu i ludziach”.

    „Kaczyński nie siedział w ławce w tym kościele.” Demonstruje się nie tylko przeciw czemuś, czy komuś, ale także dla zwarcia szeregów i zamanifestowania swoich dezyderatów reszcie społeczeństwa, która zwykle pozostaje bierna. Ty naprawdę żądasz rozsądku, zrównoważenia i logicznego myślenia od uczestników strajków i ulicznych demonstracji?

    „Nie popadaj w myślenie […] – W nic nie popadam. Twierdzę, że niczemu z rzeczy obserwowanych nie da się zapobiec, ani ich kontrolować. Taka jest logika buntu. Nie stoi za tym żaden plan, ani myśl, z wyjątkiem oportunistycznych strategii tych, którzy chcą coś ugrać na sile demosa. Oni nie potrafią kontrolować swoich własnych kampanii wyborczyćh, a chciałbyś doszukiwać się u nich logiki i chęci kierowania wystąpieniami masowymi? „Wiosna” nic na tym nie ugra. Manifestujący (i tysiące tych, którzy manifestować się nie odważyli) uznali najprawdopodobniej, że nie mają w demokracji przedstawiciela, który dbałby o ich interesy. Oczywiście, można mieć żal, że nie idą w grzecznych szeregach po mało uczęszczanych drogach i nie niosą na transparentach cytatów z dysertacji filozoficznych, ale przyznasz, że taką demonstarcją za dużo by nie wskórali.

    Ksawery, w naszej dyskusji odeszliśmy bardzo daleko od tematu wpisu głównego i mam wrażenie, że, choć wszystko w niej wypływa logicznie jedno z drugiego, nie powinniśmy jej tu kontynuować. W polemice z jednym z nielicznych komentarzy zastrzegłem, że nie chcę prowadzić blogu o tematyce politycznej i chciałbym się tego trzymać. Zapraszam na maila, jeśli uznajesz, że nie wyczerpaliśmy tematu.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.