Skomlenie

Zawodzenie i jęki. Dochodzą zewsząd. Festiwal krzywd. Nieustający konkurs, komu jest gorzej. Pomyśleć by można, że tym pod respiratorami. Ależ skąd, ich cierpienie się nie przebija, są za słabi i niemedialni. W ich imieniu, o oddech walczą niezłomni piewcy wolności osobistej, którzy w miejscach publicznych powinni nosić maseczki, a nie lubią. To pewnie gorzej jest tym, którzy z powodu ogólnego zamieszania nie mogą kontynuować odpowiedniego leczenia, przechodzić planowych zabiegów i przyjmować koniecznych leków? Też nie, bardziej skrzywdzeni są ci świadomi niecnych działań światowych koncernów farmaceutycznych, działających pod dyktando sług jaszczurów – Gatesa i Sorosa. Niedających sobą manipulować zmusza się do szczepienia dzieci przeciw odrze, a ich samych do przyjęcia szczepionki z chipami, kontrolującymi ich jakże cenną dla rządu światowego jaźń. Czyżby więc palmę pierwszeństwa w męczeństwie dzierżyli ci, którzy właśnie stracili bliskich, pracę lub możliwość jej wykonywania oraz utrzymania siebie i rodziny? Ale gdzie tam, media donoszą, że najbardziej, bo w samotności, to cierpi Edzia G., opuszczona przez fryzjera i Piotruś R., zmuszony do spędzenia Świąt w kraju.

Co zrozumiałe, od celebrytów, odcinających w rozmaitych śniadaniówkach kupony wielokrotnie dłuższe od swych karier, nie chcą być gorsi szarzy obywatele, do śniadaniówek, nie wiedzieć czemu, niezapraszani. Z Facebooka i Instagrama wylewa się cierpienie. Beata zwykle urządzała w grudniu imprezę dla znajomych. A w 2020? Trzy pary się wymówiły. Co ten COVID robi ludziom z mózgu… Sylwestra rząd odwołał, już w ogóle nie ma co na Fejsa wrzucać…

Zdzisiek do Beaty tym razem nie przyszedł, ale wcale nie ze strachu przed zarażeniem – planował wesele na sto osób. Pal sześć obostrzenia, bo po trzeciej wódce obecni na sali i tak wymieniliby wszystkie możliwe płyny ustrojowe, ale osiemdziesięcioletni wujek Władek i słabująca stryjenka Genia, właściciele najgrubszych portfeli w rodzinie, mogliby się przestraszyć i wesele by się nie zbilansowało…

Renia na wesele Zdziśka i tak by nie przyszła, bo jej Seba był w izolacji po spotkaniu z kumplami, a samej by jej przecież nie puścił. Seba twardy jest, wirusowi się nie kłania – wiadomo, patriota (A co to on, kataru nie miał?). Policjantowi się nawet postawił, jak ten go chciał o maseczce pouczyć, to i lepiej go słuchać, bo innej sobie poszuka. Już i tak ryzykuje, bo się trochę tej jego choroby, która przecież nie istnieje, przestraszyła i przez tydzień tylko seks przez telefon im pozostawał, więc Seba wściekły był. Wściekły również dlatego, że mu truła żeby do lekarza poszedł, jak węch i smak zaczął tracić, i że się w tę izolatkę dał zamknąć. Dobrze, że jeszcze „na piwo” zdążył wyskoczyć, zanim gorączki dostał. A ona po ścianach chodzi, bo od kilku miesięcy nie może iść na porządne „ploty” i „szmaty” – w telefonie przecież nie bardzo da się zobaczyć, jaką minę zrobi Krysia na widok nowych botków. Na kuriera też nie bardzo daje się nakrzyczeć, kiedy owe botki okazują się mieć nie ten odcień ciepłego brązu, co na zdjęciu. No, i nawet w „nie tym brązie” nie ma się gdzie pokazać… Jak żyć?

Jak już żyć nie można, to chociaż ponarzekać wypada. Generalnie, wszyscy mają lepiej od niektórych szczególnie pokrzywdzonych przez pandemię. Na przykład od mamy Jacusia, która, co prawda, odpukać, zdrowa jest i nikt z jej rodziny i bliskich znajomych nie zachorował (ten wirus to ściema jakaś jest), w jej życiu zawodowym niewiele się zmieniło (prowadzi dom), ale za to mąż zaczął pracować zdalnie, no i Jacuś też do szkoły nie chodzi. Istny dopust boży – codziennie wspólne śniadanie i reszta posiłków. Cicho jakoś i niezręcznie, bo o czym tu mówić, kiedy wszyscy tylko siebie nawzajem oglądają od rana do wieczora. Jeszcze parę miesięcy temu, mama Jacusia żaliła się sąsiadce, jaki jej mąż zapracowany i że prawie się nie widują, a teraz… Wstyd przyznać, nie może już na niego patrzeć, nieogolony, w piżamie do południa… Przez pierwszy tydzień to się jeszcze odezwał, teraz już tylko Netflix ratuje sytuację i to też nie zawsze… Co tu robić, kiedy raptem los obdarował nadmiarem rodzinnego szczęścia?

Inni to mają lepiej. Taki nauczyciel… Do pracy iść nie musi, nic nie robi, a Jacuś znowu ma tyle zadane, że nawet zwyczajowych trzech godzin FIFY dla higieny psychicznej nie ma gdzie wcisnąć. Poza tym, nauczyciel swoje ileś tam minut odfajkuje i ma wolne, a ona musi się teraz przez cały dzień z Jacusiem użerać. A ten marudzi, snuje się po kątach, nie wie biedny, jak się do tej nauki zabrać, bo teraz to wcale nie uczą, tylko czytać każą. W ogóle nie daje się z tym dzieckiem rozmawiać, taki zajęty. Aż żal patrzeć, jak się marnuje. Żeby chociaż w piłkę mógł iść pograć… Jacuś, co prawda, nigdy się do sportu nie garnął (chyba, że na monitorze) i trzeba mu było zwolnienia z wf-u załatwiać, ale teraz to mu szczególnie ruch potrzebny, więc szkoła mogłaby się jakoś wykazać, zainteresować czymś dziecko, ćwiczyć z nim online, czy co… Niewiadomo, za co ci nauczyciele biorą pieniądze… Trzeba będzie Jacusiowi kupić lepszy komputer, bo zwariować można.

Sam Jacuś też nieszczęśliwy, bo przez tego wirusa, a raczej przez nauczanie zdalne, ma „problem sprzętowy” (na Librusie jest odznaczone, żeby nauczyciele brali pod uwagę) –  jak odpala grę i jednocześnie musi mieć otwarte TEAMS, FORMS i Librusa, to mu kamerka nie chce działać w czasie rzeczywistym, klawiatura „się wiesza” i mikrofon „rwie”, więc ta zołza od biologii znowu się czepia. Dałaby już spokój, przecież sam minister powiedział, że podstawy się przytnie, egzaminy okroi, a Internet rozszerzy, tak, czy nie?

A premier mógłby wreszcie jakąś rewaloryzację 500+ obiecać z tych pieniędzy rządowych, co to je co raz gdzieś u złodziei znajdują, bo jakimś cudem na nowy telefon i Internet Jacusia niezupełnie wystarcza.

Ten Internet to w sumie niewiadomo po co, bo jak Jacuś chciał odpowiedzi do testu z angielskiego ściągnąć, to się okazało, że nie ma. Bo nauczyciel własny test ułożył. Nic tylko utrudnia. Na co ta cała nauka online, jeśli z niczego nie można skorzystać? Jak sobie rozprawkę przygotował, to polonistka powiedziała, że to gotowiec z Sieci i że mu nie oceni. Taka się cwana zrobiła, bo jej na szkoleniu pokazali, jak działa jakaś anty plaga, czy jakoś tak. Sami to się szkolą i to za darmo, a dzieciom nie dają, plagi jedne. I tylko po domach się przez te komputery rozglądają, czy któreś nie ściąga. A co to jakieś małpy w zoo są, żeby im się tak przyglądać? Niech się same w lustrze oglądają, jakie piękne są. Bo jakoś nie bardzo…

A w klasie Jacusia (w siódmej, bo Jacuś, dzięki dobrej zmianie, miał szczęście nie przeżywać stresu zmiany szkoły) to właśnie protest w obronie prywatności dzieci zrobić w końcu musiały. Trochę trzeba było minąć się z prawdą, że kamerki i mikrofony to dopiero trzeba dokupić (gdzie tu szukać laptopa bez kamerki i mikrofonu?), albo że się psują (sprawdzone, najlepiej działa potrójna warstwa taśmy klejącej i siadanie pod światło – wtedy widać jedynie rozmytą sylwetkę, a nikt się doczepić nie może). Po prawdzie to dziewczyny się zbuntowały, no bo co innego na Instagramie glonojada strzelać, a co innego codziennie gołą twarzą w kamerce świecić. Przecież nikt normalny nie będzie się teraz zrywał rano, żeby tapetę nałożyć. Chłopakom to bardziej wszystko jedno było, ale chętnie skorzystali z okazji i teraz też kamerek nie włączają. Cała szkoła się w końcu solidarnie dołączyła. Dyrektor coś tam marudził, ale w końcu się przestraszył, kiedy mu jakiś rodzic-prawnik wytknął, że nie ma prawa i odpuścił. Teraz można spokojnie na każdym sprawdzianie z komórki korzystać. Łatwiej jest także zająć się czymś ciekawszym, bez ryzyka reprymendy. W razie potrzeby, „dyżurni” (jakieś 50% grupy) dadzą znać, że awatar przestał zadowalać namolnego nauczyciela i można wcisnąć kit o niesprawnych słuchawkach, czy mikrofonie. Te belfry to jakieś głupie są…

Andżelika, „najpiękniejsza w całej klasie” Jacusia, to w ogóle postanowiła co drugi dzień się pokazywać (no i nie bez makijażu), bo na większości przedmiotów obecność jest zaliczana według obecności na lekcji poprzedniej, więc jak się rano „odhaczy”, zostawi włączony komputer i loguje co trochę, a jakiś gorliwiec akurat sprawdzi listę „własnoręcznie”, to potem zawsze można twierdzić, że „się było” cały czas.

Stasiek, z klasy równoległej, to tylko pilnuje, żeby mieć frekwencję w jednej trzeciej zaliczoną, bo to minimum, od którego mu „się upiecze”. Ojciec Staśka powiedział, że mu nieobecności usprawiedliwi, bo „wie, jak teraz nauka wygląda”, a egzamin ósmoklasisty „to każdy idiota zda”. A skoro obecny ma być jeszcze łatwiejszy… Na wszelki wypadek matka Staśka zadzwoniła do szkolnego pedagoga i powiedziała, że „podejrzewa depresję, bo Stasiek okien nie odsłania, ma czarne myśli i do niczego się nie może zmobilizować z tej samotności”.

„Zołza od biologii” to się nawet z buntu antykamerkowców ucieszyła – sama nie lubi przed kamerą występować, do telewizji się nie najęła. I wie, czym to się może skończyć – nagrają jakąś gafę, albo podłożą jakiś tekst, a ona potem za „śmieszny mem” po wsze czasy robić będzie.

Koleżanka „zołzy od biologii” też nie jest zadowolona. Pięćset złotych dofinansowania? I jeszcze kupić coś trzeba? Laptopa porządnego powinni dać i Internet szerokopasmowy opłacić! Co na paliwie i kiecce zaoszczędzę, to mam na sprzęt i nowy abonament wydać? Przecież już Beatka mówiła, że Polakom się należy! A co ja, nie Polka jestem?

Rada Pedagogiczna, której obie panie są członkiniami, mocno zaniepokojona i niezaopiekowana. Wiadomo, ministerstwo generalnie się wypięło i zawiaduje swoim folwarkiem rozporządzeniami, których treść zależy od zmiennych podmuchów wiatru z krajów zwyczajowo uznanych za mądrzejsze. Słychać też pierwsze świsty nahajki nowego ekonoma – jak się nie wie, co robić, to pogrozić nie zaszkodzi, a i nadzorem pedagogicznym oraz Janem Pawłem poszczuć można. Z brakiem troski ze strony MEN (przepraszam, MEiN) żyć się daje, żadna to nowość, ale nieznajomość jutra to już inna sprawa… Kiedy do szkoły? Już, czy za tydzień? Może z końcem miesiąca… Jedni się cieszą, że wrócą (wiadomo w szkole to się widzi i wie co robi, a przez ten komputer to się nigdy niczego nie jest pewnym – masz ci los, ucz się teraz człowieku na stare lata); inni, z nieco większą wyobraźnią, rozumieją, że do tej pory mieli po prostu szczęście się nie zarazić i wcale im do „niezarażających murów” nie spieszno. Ale póki co, robić te sprawdziany, czy nie? Wymagać tych kamerek, czy dać spokój? Jak Malinowski na zajęciach się nie pojawia, na maile nie odpowiada, to ma nas w nosie, czy ma problemy psychiczne? A może należy do „znikających wykluczonych”? Zwariować można z tej niepewności… Na dodatek nowy dylemat się pojawił, bo, jako grupa zawodowa „szczególnie narażona”, Rada Pedagogiczna ma się „zaraz” szczepić. Do jednomyślności w tej kwestii daleko… A bo to wiadomo, co człowiekowi tam wstrzykną? Szczepionka na pewno nieprzebadana, diabli wiedzą jak zrobiona i skąd kupiona… Może z płodów jakichś, zastanawia się katecheta. „Zołza od biologii” przewraca oczami, ale w spór nie chce wchodzić, bo dopiero co afera była, jak na zdjęciu profilowym w TEAMS, ktoś się u niej wiadomej błyskawicy na wzorzystej bluzce dopatrzył…

                                                                            *

Powyżej, niemal w rocznicę lockdownu, pozwoliłem sobie dokonać pewnej manipulacji fabularnej i kompilacji losów postaci, które prawdopodobnie nigdy w realu się nie spotkały, ale za to podzieliły się swoimi frustracjami z Internetem. Oczywiście wszystkie one są przedstawione pod imionami niemającymi nic wspólnego z pierwowzorami. Ich wynurzenia są autentyczne, ale, mocą licentia poetica, zostały wstawione w kontekst umożliwiający opisanie ich w sposób skrótowy i jakoś ze sobą powiązany. Był to jednak jedyny zabieg karykaturzysty, bo naprawdę niewiele trzeba, by ogólny zapis medialny (czyli dla niektórych jedyny liczący się i jedyny prawdziwy) życia w szczęśliwie minionym roku mógł zostać odebrany jako jedna, wielka karykatura, która niestety ma szansę się powtórzyć.

Żałosne to wszystko było. I budzi odrazę, a nie współczucie. Upewnia, że jakby co, to ten świat rzeczywiście skończy się tak, jak przepowiedział Eliot. Przerażające jest to, że ten ogólny, obezwładniający głupotą bełkot przesłania potrzeby autentyczne i tragedie prawdziwe. Obezwładnia i znieczula. Sprawia, że zacierają się granice miedzy dobrem i złem, uczciwością i cwaniactwem, prawdą i fałszem, racjonalnością i obłędem. Pandemia, przez jednych lekceważona, przez innych demonizowana, jedynie uwypukliła problemy istniejące od dawna, ale które można było dotąd spokojnie zamiatać pod rozległy dywan normalności. Kiedy normalność znikła, okazując się byle jaką rutyną, znów stało się jasne, że tym, co nadaje sztywność kręgosłupowi „wolnego, demokratycznego społeczeństwa” i kształt ludzkim relacjom jest korporacyjny zamordyzm, rytm wyznaczony przez często zbędną lub nieefektywną pracę, szkolne dzwonki, narodowe kompleksy i kazania proboszcza, prezesa, lub innego idola-trendsettera, w zależności od wyznania. Bohaterski, niezłomny, chełpiący się przegranymi powstaniami i innymi klęskami naród mazgai się jak rozkapryszony małolat, któremu zabrano i-poda. Nie miał co z pustym łbem zrobić, jak sklepy i knajpy zamknęli. Pozostał mu sieciowy skowyt.

7 myśli na temat “Skomlenie

  1. Zupełnie nie rozumiem przesłania Twojego tekstu. Czyżbyś w swojej bezsilności sieciowo skamlał i skowyczał, że inni też skamlą i skowyczą? Taka już natura ludzka, zawsze była, tylko nie mieli internetu, a nawet większość nie umiała pisać, to skomlenie nie docierało szeroko i się nie zachowało. No, chyba, że ktoś był synem króla Dawida, umiał pisać i pożalił się, że to wszystko to marność mad marnościami. Trzeba Koheletowi oddać większy talent literacki i szersze zainteresowania, niż cioci Stasi z Twojego tekstu, ale istotnej różnicy nie ma. Ale biadolenie i użalanie się leżą w naturze ludzkiej, przynajmniej od czasu powstania bardziej złożonych i zhierarchizowanych społeczności, niż grupa łowiecka. Cóż w tym odkrywczego? Wpływy techniczno-kulturowe mogą najwyżej zmienić głośność i tematykę skomlenia. Ale w naturze człowieka o „duszy niewolnika” – a tych jest wszędzie tak samo te ok. 90% populacji – jest użalanie się i skomlenie, jak to jest im źle. Im gorzej, niż innym, ale nie z ich winy i nie zrobią nic, by było im lepiej.

    Polubienie

    1. Przeciwstawianie się ludzkiej „naturze”, choć w 99,99% nieskuteczne, jest jednak sednem postępu cywilizacyjnego (cudzysłowu użyłem, bo owa natura nie zawsze podyktowana jest czynnikami biologicznymi). Oczywiście nie jestem takim megalomanem, by przypisywać sobie znaczący, czy choćby jakikolwiek wpływ na swoje otoczenie, nie mam zresztą takich ambicji. Można nazwać to wentylem dla frustracji, ale w gruncie rzeczy jest to dość naiwne zdziwienie ludzkimi priorytetami, choć, w swoim przekonaniu, nie mam chyba w tej kwestii jakichś nadzwyczajnych oczekiwań. Nie dziwi mnie przy tym wcale, że „koszula bliższa ciału”, ale fakt, że owa koszula taka marna, nie spełnia swojej roli, a mimo to nadal wydaje się ważna.

      Polubienie

  2. Mniejsza o naturę „natury”, czy zaszyta w kulturze, biologii, czy w strukturze społecznej, a najpewniej jest kulturowo-psychologiczną reakcją na strukturę społeczną, w jakiej się żyje.

    Ale o co Ci chodzi z tym „postępem”??? Chcesz ruszać z posad bryłę świata, a tylko skamlesz, że świat nie jest taki, jak Ci się marzy, a Ty nie masz mocy sprawczej zmienić go siłą swojej woli i przekonań?

    Oj – może to przez fakt, że zawsze pod wieloma względami psychologicznymi byłem dziwakiem z drobnej mniejszości, dalekim od większości społeczeństwa – ale „naiwnego zdziwienia ludzkimi priorytetami” wyzbyłem się już w wieku przedszkolnym. I nie znajduję niczego nowego, poza takimi nagłymi napadami powszechnej zgody społecznej na upodlenie i zamordyzm wobec innych, jak w przypadku covidianizmu, a zapewne, gdybym żył 100 lat temu, to równie zaskoczony byłbym ówczesnym wybuchem ideologii od komunizmu po nazizm.

    Nie chodzi o koszulę, lepszą ani gorszą, tylko o jakikolwiek pretekst do jojczenia, skamlenia, lamentowania, użalania się nad sobą i apelowania przez ciocię Krysię do cioci Geni o „empatię” wobec jej frustracji i zawiść wobec kogoś, kto ma (albo tylko mu się przypisuje, że ma) lepiej. Zawiść jest obecna i dobrze widoczna już u szympansów i bonobo. Ale dopiero ludzki wynalazek języka pozwolił ją wyrazić, a wynalazek internetu pozwolił wyrazić tak głośno.

    Polubienie

  3. „Bryłę” to naprawdę nieliczni poruszają. Jakiekolwiek zmiany w „naturze” dokonują się jednak zawsze jej na przekór i zawsze poprzedzone są „marudzeniem” niezadowolonych, tworzącym określony klimat. Prawo wyborcze dla kobiet, że uderzę w wysokie C, też nie leżało w „naturze”. Jeśli miałbym jakieś ambicje w kierunku wpływania na rzeczywistość, to poza pracą zawodową, raczej zadowoliłbym się „poddawaniem pod refleksję”. Inaczej niemal żadna publicystyka nie miałaby sensu. Zdecydowanie jednak odcinam się od publicystyki w stylu „wiem, ale nie powiem”, albo „możliwe, że nie mam racji, ale co z tego?”.

    Ja w dalszym ciągu bywam zdziwiony. Zwłaszcza, gdy słucham jojczenia dla jojczenia, kiedy jojczenie jest manipulacją, na którą nabierają się ci, którzy do jojczenia mają powody i kiedy z jojczenia chce się uczynić cnotę wrażliwości i troski.

    Oczywiście, że jeszcze trzydzieści lat temu skala jojczenia mogła wydawać się pozornie mniejsza i sam szerzej jojczeć za bardzo nie mogłem, ale mierzi mnie ta kultura wiecznej martyrologii dla ubogich, zabijająca wszelką racjonalność w zarodku, uniemożliwiająca działania konstruktywne, choć pewnie niedoskonałe. Oczywiście, że jojczenie jest łatwiejsze, tanie i od czasu do czasu każdemu przynosi ulgę. Z naciskiem na „od czasu do czasu”. Gorzej jeśli robi się z niego narodowy walor i odwraca nim uwagę od rzeczy istotnych. Więcej o tym w następnym wpisie.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Eeee tam! Zmiany w „naturze” poprzedzone są (w sensie przyczynowym) nie marudzeniem nielicznych, tylko plamami na Słońcu, wybuchem wulkanu na Kanarach, zmianami technologicznymi albo społeczno-bytowymi. W kwestii „skomlenia, marudzenia i jojczenia” za jedyną zauważalną przyczynę widzę rewolucję rolniczą sprzed 10,000 lat – bo do dziś wśród plemion zbieracko-łowieckich jest mniej tego jojczenia, niż wśród ludów osiadłych. Ale już bez większej różnicy między rolnikami z Indochin, a korpo-urzędnikami z Europy.

    Od dawna miałem przekonanie, że odcinasz się również od publicystyki w stylu „odkrywanie na nowo odwiecznie znanej oczywistości”. Tu się zawiodłem, nie widząc w Twoim artykule absolutnie nic odkrywczego.

    Jak Tyś się uchował całe swoje (nie najkrótsze już) życie nie zauważając powszechności jojczenia w dokładnie opisanym przez Ciebie stylu i mechanizmie???
    O la boga, sąsiadko! Papier toaletowy rzucili do kiosku i – widzi pani jakie nieszczęście – skończył się, gdy byłam już szósta w kolejce! Wyobraża to sobie pani?! I co ja tera zrobię? A ja, sąsiadko, stałam po udka z kurczaka na kartki, ale gdy przyszła moja kolej, to zostały już tylko podroby.

    „mierzi mnie ta kultura wiecznej martyrologii dla ubogich”
    Mnie też, ale nie ma w niej niczego nowego, zwłaszcza w europejskiej kulturze chrześcijaństwa, post-chrześcijaństwa, bismarckowskiej „opiekuńczości” państwa, marksizmu, postmarksizmu, judaizmu, etc. Judaizm to sprawa nie tylko religii, ale też przekształconej w wieczystą traumy holocaustu i podejścia „nam Żydom dziś się należy od całego świata, bo 80 lat temu Niemcy mordowali naszych dziadków, a do tego 2600 lat temu Nabuchodonozor porwał naszych praszczurów z Judei w niewolę”.

    „Gorzej jeśli robi się z niego (jojczenia) narodowy walor”
    A robi się??? Widzisz go w Polsce więcej i bardziej afirmowane, niż np. w USA (zwłaszcza jojczenie Murzynów i Indian) albo Francji, Hiszpanii czy krajach arabskich?
    Jeśli jakakolwiek społeczność ma tu niekwestionowaną palmę pierwszeństwa, to Żydzi, nawet amerykańska diaspora znacznie większą, niż Żydzi z Izraela.

    Polubienie

    1. „Tu się zawiodłem, nie widząc w Twoim artykule absolutnie nic odkrywczego.” – No cóż, przykro mi, że się zawiodłeś, choć nie oryginalność przekazu była tutaj celem pierwszorzędnym. Jojczenie samo w sobie nie może być oryginalne, więc trudno mówić o nim w sposób oryginalny, jeśli już w ogóle się na to zdecydujesz. A zdecydowałem się, bo dziwi mnie nie tyle samo jojczenie, czy jego powszechność, ile tempo w jakim zmniejsza się siła bodźca je wywołującego. Oczywiście, jest to trend, który pewnie nadal będzie się pogłębiał, ale jestem nim autentycznie zdegustowany. Rozumiem, że nie będziemy dziś przechodzić do porządku dziennego nad czymś, co było upierdliwą normą choćby dwadzieścia lat temu, ale mam wrażenie, że zatracane są jakiekolwiek proporcje między akcją i reakcją. Jestem tym po prostu zniesmaczony i niewiele pociesza mnie fakt, że inne nacje maja podobny lub nawet większy z tym problem.

      „A robi się???” – Nie wiem, czy trzeba. Zostaliśmy wszyscy wychowani na martyrologii Chrystusa narodów i to wmawianie wiecznej krzywdy okazało się skuteczne. Choć pisoski, odgrzewany kotlet bogoojczyźnianej akademii dla szkół będzie oczywiście przeciwskuteczny, to z powodzeniem zastąpi go ponowoczesne roztkliwianie się nad dosłownie każdą pierdą. Mam wrażenie, że wychowujemy pokolenie przewrażliwione na swoim punkcie, dotknięte do żywego każdym podmuchem wiatru. Raz po raz podkreślana jest jego odmienność (jakby istniały jakieś pokolenia identyczne z poprzednimi) i wyjątkowość, ale chyba tetryczeję, bo jedyną oryginalność jaką w tym dostrzegam to właśnie skłonność do tego medialnego mazgajstwa. Gwoli sprawiedliwości, muszę przyznać, że jest to postawa już w nich wyrabiana od urodzenia, przez usłużnych, starszych idiotów lub oportunistów, więc znów jest to oryginalność na wyrost, bo raczej sterowana.

      Polubienie

  5. Utrata proporcji między akcją i reakcją jest po postu konsekwencją tego, że świat stał się obiektywnie bezpieczny i spokojny, więc trzeba do stałej ilości jojczenia wynajdować coraz banalniejsze preteksty i powody czysto urojone. Dziwić może tylko, że Polska w której nadal istnieje sporo uciążliwości rzeczywistych, zdaje się ich nie zauważać, ale powtarza jojczenie na najłatwiejsze i najbanalniejsze tematy takie, jak w Europie Zachodniej.

    „Mam wrażenie, że wychowujemy pokolenie przewrażliwione na swoim punkcie, dotknięte do żywego każdym podmuchem wiatru.”
    Nie tyle wychowujemy, nie szukałbym tu „świadomej przyczyny osobowej” ani winił kogokolwiek, co samo się takie tworzy. Nieunikniony skutek tego, że Europa wolna jest od realnych niebezpieczeństw, bólów i trudów życia codziennego, więc najdrobniejszą duperelę musi rozdmuchać do niebywałych rozmiarów, albo wynaleźć sobie całkiem sztuczny problem. Nie epoka na biadolenie w stylu „pani Zosiu, wczoraj słyszałam huk armat. O la boga, co to będzie, już po nas”

    „skłonność do tego medialnego mazgajstwa”
    Skutek technologii. Jeszcze 30 lat temu nie było możliwości, by mazgaić się w mediach za darmo. A dziś jest fejsbuk i tłiter, które pozwalają się mazgaić znajomym taniej, niż kiedyś kosztował bilet autobusowy, by ich odwiedzić i pomazgaić się im na żywo. Do tego bezkosztowość wydawnicza spowodowała, że ilość mediów publicznych jest setki razy większa i czymś (najłatwiej mazgajeniem) muszą zapełnić swoje szpalty, by z reklam zarobić więcej, niż zapłacić za najtandetniejszą nawet wierszówkę.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.