IMPRESJE’22

Pozwoliłem sobie ostatnio na nieco dłuższą przerwę w blogowaniu, bo tegoroczny wrzesień był dla mnie bardzo intensywny, zwłaszcza zawodowo. Minione miesiące warte są refleksji i takowe oczywiście się pojawiły – mam mnóstwo notatek, które czekają na usystematyzowanie i przerobienie na spójną treść, brakuje jednak na to czasu, bo ten, jak zwykle, zdaje się biec coraz szybciej i bardzo trudno jest na bieżąco komentować interesujące nas wydarzenia[1]. Na początek więc, obserwacje najświeższe, być może najważniejsze: Jestem tuż po „ułamkowym” udziale w jubileuszowych, dziesiątych już INSPIR@CJACH pod auspicjami Edunews.pl. Ułamkowym, bo z przyczyn losowych załapałem się na ledwie ¼ konferencji, tak więc wpis ten w żaden sposób nie powinien być traktowany jako sprawozdanie, czy tym bardziej recenzja – nie miałbym do tego prawa. Skupię się na kilku przemyśleniach, do których wydarzenie mnie zainspirowało i zacznę, nieco narcystycznie, od swojego wystąpienia, bo pozwoli mi to na odniesienie się do kilku kwestii ogólnych.

Od samego początku (czyli od chwili otrzymania zaproszenia od Marcina Polaka) miałem poważne wątpliwości, czy treść, którą właśnie miałem „na tapecie”, nadaje się na INSPIR@CJE. Zaryzykowałem, bo nie za bardzo miałem czas, by na szybko zająć się innym zagadnieniem. Siedząc w pociągu i przeglądając po raz nie wiadomo który szkic wystąpienia, na serio zastanawiałem się, czy nie wysiąść. Kiedy czekałem już na swoją kolej, Marcin zapytał, czy mam tremę. Co miałem powiedzieć? Że większym problemem od tremy jest poczucie „bycia nie na miejscu”? Kiedy stałem już przed publicznością, miałem świadomość, że, dla ludzi czekających na inspiracje, mogę być demotywatorem. Nie zasłużyli na to i nie tego się spodziewali. Było już jednak za późno na rejteradę.

Nie było aż tak źle. To znaczy do własnej prezentacji mam mnóstwo zastrzeżeń, ale na rosnącej z każdą chwilą liczbie twarzy znajdowałem cień zrozumienia. Zrozumienia dla człowieka, który nieco chaotycznie mówił zebranym nauczycielom, że żyją w na bieżąco konstruowanym przez siebie matrixie, środowiskowym pudle rezonansowym, powstałym częściowo dla zachowania zdrowia psychicznego. U ludzi, którzy zdążyli już dać się nieco oszołomić atmosferą świetlanej przyszłości, wszechobecnej, nieuchronnej zmiany i otwierających się perspektyw, a ledwie dzień wcześniej tkwili w zupełnie innej, dość przaśnej rzeczywistości, znalazłem nieco zrozumienia dla potrzeby szukania czynników te ostatnie realia promujących.

Miałem trochę szczęścia, bo moje smucenie poprzedziło wystąpienie Łukasza Srokowskiego (Szkoła Navigo), który w atrakcyjny, nieprzegadany i pozbawiony tak charakterystycznej dla wielu zmieniaczy afektacji, mówił o oświacie w Finlandii. Dało to publiczności asumpt do porównań z doświadczaną na co dzień, systemową nędzą i w niejednej głowie postało pytanie, dlaczego „u nas” te dość proste i skuteczne recepty nie działają. Srokowski samą swoją obecnością udzielił na nie szybkiej i celnej odpowiedzi, i podpowiedział rozwiązanie – kopanie się z publicznym koniem nie ma najmniejszego sensu.

W zasadzie, listę wniosków z konferencji (tej i wszystkich innych) można byłoby na tym zamknąć, niestety, nie może to być oferta w pełni przekonująca w kraju, w którym oświata przeżarta jest systemowym rakiem i opanowana przez pańszczyźnianą mentalność – pod szkołę, podległą różnym zalewskim, czarnkom, i tym podobnym myślicielom, wciąż podpada, w dużej mierze na własną prośbę, zdecydowana większość podmiotów (vide wystąpienie Marcina Polaka, otwierające konferencję). W takich warunkach, zadawanie sobie pytań o to, co można i warto robić w zastanej rzeczywistości, a co jest jedynie biciem ideowej i metodycznej piany a conto aplauzu własnej informacyjnej bańki, wydaje mi się mimo wszystko zasadne. Tym bardziej istotnym powinna być dla nauczycieli świadomość, dlaczego ich wysiłki tak często spełzają na niczym. Mam nadzieję, że zdołałem choć w znikomej części zgromadzonych zasiać wątpliwość, co do kierunku, a raczej sposobu introdukcji zmian. Dziękuję wszystkim, do których najwyraźniej z przesłaniem trafiłem, za miłe słowa w kuluarach.

Nie twierdzę oczywiście, że to akurat ja doznałem objawienia, ale dziwi mnie dość powszechne w środowisku ignorowanie czynników letalnych dla szkolnych zmian, a dostępnych przecież doświadczeniu i obserwacji każdego. Co więcej, martwi mnie, że w całym tym (po)nowoczesnym, podobno demokratycznym trendzie oświatowym, prawie nikogo nie razi jego przerażająca wprost jednolitość, ideowa monotematyczność i, najwyraźniej niezauważalna dla jego wyznawców, koncentracja na technicznym wymiarze problemu. A to przecież obecna monokultura tak bardzo przeszkadza im w pracy! Czy rzeczywiście jej obezwładniający, destrukcyjny wpływ dostępny jest zbiorowej świadomości dopiero po czasie i po szkodzie? Czy, pragnąc zmian, domagamy się w istocie monokultury nam wygodnej? Czy nie należałoby jednak zaczynać od indywidualnej refleksji, a nie od stadnego przybijania piątek i konsumpcji lajków pod zdjęciami z lekcji pokazowych?

Teoretycznie, wszystkie wysiłki nauczycieli są teraz podporządkowane dobrostanowi dowolnego Jasia. W praktyce jednak, przy całej trosce o jego adaptację do zmieniającego się z dnia na dzień środowiska i o wyposażenie go w jedynie słuszne kompetencje, których z kardynalnego założenia nie posiada, sam Jaś (i Małgosia oczywiście też) schodzi niepostrzeżenie na całkiem odległy plan. Zastanawiające jest, skąd wszyscy niemal prelegenci, których zdążyłem wysłuchać, czerpią swoją niewzruszoną pewność co do potrzeb i niedomagań wszystkich Jasiów i Małgoś[2]. I dlaczego znów, w zasłonie dymnej ogromu nagle dostępnych opcji, środków i technik dydaktycznych, wciąż, jak w epoce podobno minionej, chodzi tak naprawdę o uniwersalny „sposób na Jasia”? Jego podmiotowość jest nadal traktowana umownie, analogicznie do używanego tu przeze mnie, Jasiowego chwytu retorycznego, kiedy to mam na myśli ogół niezmiernie zróżnicowanego podmiotu oświaty. Dydaktyczna bajka nieustająco głosi, że wszystkie Jasie i Małgosie, grzecznie i na zawołanie, grają w zaproponowane koci-łapci…

Niezaprzeczalnym jest, że zmiany w naszym otoczeniu zachodzą dziś bardzo szybko i nadal będą przyspieszać (wydaje się, że było to motywem przewodnim większości wystąpień i mogłoby być mottem konferencji). Na jakiej jednak podstawie mamy zakładać (i bać się tego podejrzenia jak ognia), że dzisiejsze dziecko, od urodzenia przebywające w naturalnym dla niego środowisku, którego cechą podstawową jest szeroko pojęta niestabilność, dostosowuje się gorzej do warunków swojej egzystencji niż np. kobieta, która 70 lat temu wstąpiła na tron, przeżyła kadencje 15 premierów, niezliczonych prezydentów i rządów, pontyfikaty paru papieży, a przede wszystkim dziesiątki zasadniczych zmian kulturowych, których gwałtowności żaden rodzący się właśnie człowiek najprawdopodobniej nie doświadczy?[3] Że nie wszyscy są wystarczająco elastyczni? No cóż, nigdy wszyscy tacy nie byli i nikt się tym specjalnie nie ekscytował. Poza tym, nie wydaje mi się, żeby była to kwestia elastyczności. O Elżbiecie II wiele można powiedzieć, ale chyba nie to, że była „elastyczna”. Posiadała raczej to, co obecnie jest podobno cechą recesywną – owe słynne, ale w jej przypadku autentyczne, miękkie kompetencje (drugie hasło, powtarzane już niemal automatycznie, bez potrzeby podkładania pod nie jakiejkolwiek treści). Na jakiej podstawie powszechnie zakłada się, że owe kompetencje w ludzkich społeczeństwach się uwsteczniły, skoro jednocześnie stajemy się gatunkiem coraz bardziej polegającym na więziach społecznych?[4] I w jaki sposób mogą one być przedmiotem nauczania, skoro realnej potrzeby ich zastosowania nie daje się sztucznie wykreować?[5] Tak naprawdę, tego wszystkiego nie wiadomo, ale ideologicznie jest to nośna koncepcja i wdzięczna alternatywa dla trudnej w akwizycji wiedzy merytorycznej.

Z wysłuchanych prezentacji, nie przedarła się do mnie jakakolwiek logiczna argumentacja uzasadniająca dlaczego, w obliczu dominującej tendencji do przekształcania edukacji w edutainment (coś, co od dawna nazywam świetlicą środowiskową), wszystkie inne nurty oświatowe wręcz powinny zostać porzucone w edukacyjnym skansenie. Czy nie jest przez przypadek tak, że teoria pedagogiczna oportunistycznie wyrzeka się jakichkolwiek prób kształtowania środowiska swego działania, wobec zaskakującej (sic!) i propagandowo niewygodnej obserwacji, że ta działalność i tak nie będzie efektywna en mass? Jeśli to prawda, to jest to wynik ulegania złudzeniu potrzeby donoszenia kaganków alfabetyzacji pod strzechy, nieaktualnej już w krajach rozwiniętych od wielu dekad. Jeśli mamy taką wersję „oświaty” zaakceptować, to zrozumiałe, że w jej domenie pozostaje już jedynie manipulacja upaństwowioną, politycznie poprawną socjologią, zamykająca niereformowalnych nauczycieli, niegodzących się na rolę przystawki do komputera, w pedagogicznych rezerwatach. W ten sposób nie będą przeszkadzać koncepcji głównej i odbierać jej cennych, i zawsze niewystarczających środków. Wydaje się, że pobrzmiewają tu potoczne, a zdecydowanie nieprawdziwe stereotypy demokracji mylonej z ochlokracją oraz rzekomego determinizmu ewolucji, mylonego z jej niesterowalnością.

Dlaczego np. zwiedzanie Forum Romanum za pośrednictwem Minecrafta (Krzysztof Jaworski ze stowarzyszenia Cyfrowy Dialog) ma być zdecydowanie lepsze niż np. oglądanie zdjęć wyżej wymienionego, z dodatkiem technologii AR?[6] Bo nie ma w takim wypadku elementu ćwiczenia kreatywności? Tak się wydaje, ale to nie wszystko – w oświacie daje się zauważyć ogólną i wyraźną tendencję do otaczania ucznia zupełnie sztucznym kokonem alternatywnego świata i nie mówię tu wcale o rzeczywistości wirtualnej, która, tak, czy inaczej, stanie się wkrótce częścią jego naturalnego środowiska.

Tak naprawdę problem leży w tym, że nie o Forum Romanum w takich zajęciach chodzi – ono jest jedynie pretekstem do politycznie poprawnej, teoretycznie łatwo sterowalnej socjalizacji. Forma i treść zamieniają się na naszych oczach miejscami! Dość prozaiczna obserwacja, że nie ma treści uniwersalnych, czytelnych i interesujących dla każdego, doprowadziła całe mnóstwo „przebudzonych” do wniosku, że należy je w ogóle z przekazu wyeliminować, bo jedynie zawadzają w prowadzeniu nieodmiennie przymusowej przechowalni. Oczywiście nie zawsze są to działania zamierzone i z rozmysłem wprowadzane w życie – tak jest po prostu łatwiej, kiedy oprócz przymusu, nie dysponuje się żadnymi argumentami za bliższym poznaniem Forum Romanum. Zamiast poznania, mamy tu jego atrapę, model, który staje się samowystarczalny i nie wymaga już ani komentarza, ani dygresji, ani kontynuacji.

Można to jeszcze próbować zrozumieć i wybaczyć, kiedy takie działania dotyczą bardzo młodych homo sapiens; gorzej, kiedy podobne, warsztatowo bardziej zaawansowane techniki, analogiczne do anegdotycznego już wczuwania się w miny Króla-Słońce, znajdują zastosowanie w stosunku do dużo starszych przedstawicieli naszego gatunku, a jest to już dość powszechna praktyka. Nie sposób nie zauważyć, że większość edukatorów w ogóle nie jest zainteresowana targetem z przedziału wiekowego 14+, ani rzucanymi przezeń wyzwaniami. Ta część szkolnej populacji jest dla nich po prostu przezroczysta, jakby nie nastręczała specyficznych problemów edukacyjnych, a oferta, jaką dla niej mają praktycznie ogranicza się do prostej ekstrapolacji edukacji wczesnoszkolnej, wzbogaconej o „więcej” i „bardziej”. Zdumiewające. Podejrzewam, że edukatorzy ci ulegają złudzeniu posiadania pełnej kontroli procesu, którego to komfortu starsi uczniowie nie zapewniają.

Nie dane mi było przedstawić alternatywę – przynależny mi czas nieubłaganie się kończył i musiałem poprzestać na wyciągnięciu wniosków ogólnych[7]. Zrobiłem to na tyle zgrabnie, że chyba tylko Marcin zdawał sobie sprawę, że prezentacja utknęła w 2/3 całości. Wiedziałem, że temat bardziej nadaje się na panel dyskusyjny (i to też podzielony na kilka części) niż na przegląd metodycznych ciekawostek i promocji działalności podmiotów rozmaitych, ale trudno – taki panel, choć zdecydowanie bardziej mieszczący się w mojej bajce, wymagałby nie tylko dyskutantów, ale także publiczności spoza środowiska, zainteresowanej wynikami dyskusji i chcącej wyciągać z niej, takie, czy inne wnioski. Nie roszczę sobie prawa do uczestnictwa w takich wydarzeniach, ale jednocześnie jestem przekonany, że nie ma dla nich obecnie sprzyjającego klimatu, podobnie jak dla wszystkich innych form kontaktu, wymagających konkluzji, a nie zadowalających się samym swoim zaistnieniem. Powszechny dziś model edukacji walnie się do tego przyczynił i, w przypadku utrzymania się trendów obecnie panujących, będzie przyczyniać się dalej. Jeśli zgodzić się, że przed nauczycielską profesją widnieją jedynie trzy możliwe scenariusze przyszłości, które, zgodnie z ewolucyjną analogią, przedstawił prof. Czachorowski (wyginięcie, zepchnięcie do niewiele znaczącej niszy, dalsza ewolucja, zgodna ze strzałką entropii), to ten model ma przed sobą jeszcze długie dekady „aktualności”.

Mam jednak słabą (bo dotyczącą raczej rzeczy odległej w czasie), choć również ewolucyjnie przekonująco uzasadnioną nadzieję, że świat nie jest aż tak prosty i deterministyczny – gatunki niszowe niejednokrotnie w dziejach życia stawały się dominującymi, na margines istnienia spychając dotychczasowych panów stworzenia. Poza tym, ewolucja (życie w ogóle) podąża wieloma ścieżkami naraz i raczej rzadko jest synonimem biernego płynięcia z prądem – odznacza się raczej zdrowym oportunizmem. Jeśli środowisko naturalne oświaty zmieni się na choć trochę bardziej liberalne, mniej scentralizowane, może się okazać, że znowu potrzebni są nauczyciele, którzy potrafią coś więcej niż naciskać guzik, robiący „ping”.

Niezależnie od wymienionych tu zastrzeżeń, dotyczących w dużej mierze ogółu oświaty publicznej i mimo ledwie czterogodzinnego udziału w konferencji, uważam, że INSPIR@CJE nie tylko bronią się, ale także wyróżniają na tle konkurencji, a Marcin Polak i jego ekipa wykonują kawał dobrej roboty w imię popularyzacji i demokratyzacji oświaty. Widać to choćby po zróżnicowaniu tematycznym i dopuszczeniu myśli, że nie wszyscy będą zachęcać do wzajemnego głaskania się po główkach. Wśród proponowanych rozwiązań, dostrzegłem kilka niebędących czystym formalizmem, co nie jest częstym zjawiskiem w podporządkowanej biurokracji i promującej działania pozorowane szkolnej korpokulturze. Nie ma tu nawet śladu zadęcia typowego dla branżowych spędów, kołczowskiego samozachwytu i dęcia w trąby zmieniactwa. Jeśli mamy do czynienia z promocją jakichś działań, to bez taniego reklamiarstwa. Jeśli widać sponsoring, to nienachalny. Ludzie, którzy przyjechali na konferencję żeby coś podpatrzeć, poradzić sobie z jakimś problemem, czy też po prostu urozmaicić prowadzone przez siebie zajęcia, nie przejmując się za bardzo filozofią i teorią nauczania, opuścili ją zadowoleni i z pewnością wrócą za rok. Jeśli sam dostanę kolejną szansę zaprezentowania czegoś konstruktywnego, również chętnie z niej skorzystam.


[1] Jedną z luźnych, pobocznych refleksji jest pytanie, czy przy obecnym, wciąż rosnącym tempie wydarzeń w dziedzinie dowolnej (a przecież daleko mu jeszcze do granic dyktowanych technologią), jakikolwiek komentarz jest jeszcze istotny i użyteczny, jeśli nie jest praktycznie jednoczesny z wydarzeniem. Serdecznie w to wątpię.

[2] Podczas przerwy, jedna z nauczycielek zwróciła moją uwagę na fakt, że w pogoni za nowinkami technicznymi doby Internetu i sposobami na rozwiązanie domniemanych problemów przyszłości, zaniedbujemy zupełnie podstawowe, bieżące potrzeby uczniów, które najwyraźniej nie wpisują się w postępowy image pedagogiki, takie jak ciepły posiłek w szkole, właściwe ubranie, czy czas na odpoczynek.

[3] Właśnie ze względu na spodziewany wykładniczy przyrost zmiennych na jednostkę czasu.

[4] Vide wystąpienie prof. Stanisława Czachorowskiego, którego, dzięki konferencji, miałem przyjemność poznać osobiście.

[5] Wielu nauczycieli będzie utrzymywać, że to kwestia zaprojektowania odpowiedniego zadania, ale najczęściej świadczy to jedynie o tym, że są naiwni i nie doceniają inteligencji swoich uczniów. Nie cierpię idei inteligencji przymiotnikowych, ale nauczyciele zdają się nie zauważać takich kompetencji społecznych podmiotu swoich działań, jak konformizm i oportunizm, które świetnie przydają się do uszczęśliwiania nauczycieli.

[6] Chcę tu wyraźnie zastrzec, że to nie ideę edukacyjnego i twórczego zastosowania Minecrafta, czy innych gier i aplikacji, uważam za chybioną! Podkreślam jedynie potrzebę powrotu do uznawania treści nauczania, jako celu nadrzędnego wszelkich działań pedagogicznych.

[7] Pełna prezentacja dostępna tutaj, a jej tekst umieszczony jest jako odrębny wpis na blogu, gdzie znaleźć również można esej źródłowy dla przedstawianych w niej treści.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.