A miracle – Connecting people

Wakacje się skończyły, ze snu (wielo)letniego, powoli budzą się przedmioty „reformy” pani Zalewskiej et consortes. Chyba średnio jeszcze przytomne, bo nadal przekonane, że o edukację chodziło. Ziewając, próbują tłumaczyć, jak komu mądremu, że reformy nie tak się przeprowadza. Ciekawe, że musieli się zdrzemnąć kilka lat, żeby móc to narodowi obwieścić. Dotąd zdawali się nie wiedzieć, że jak się umiejętności z wiedzą i świadomością nie połączy, to się można mocno zdziwić wyborczą (nie)dojrzałością edukacyjnego podmiotu. Zaczynają się więc analizy, szukanie przyczyn i winnych. Mniej politycznie i związkowo wyrobieni, a bardziej profesjonalnie przyziemni, zaczynają się rozglądać i szukać metodycznego ratunku od spodziewanego bogoojczyźnianego przeczołgania i wymiany elit. Niektórzy, jak tylko oczy przetarli i nieco przeciągnęli się intelektualnie, już kombinują, jak tu zreformować nieskonsumowaną jeszcze reformę. Co za (daj Boże) trzy lata? Przerażeni perspektywą nauczania religii smoleńskiej, historii wyklętej, nadętej i nagiętej, oraz koniecznością przejścia weryfikacji przed narzuconym politrukiem, opowiadają, jaki to raj mogliby od przyszłego roku zgotować świeżo uratowanym od szkolnej zsyłki sześciolatkom, gdyby tylko mogli. Ponieważ trzeba by cudu, aby reformatorom rewolucjonistom wyrwać jeden z propagandowych sztandarów, idealnie pasujący potrzebom i resentymentom ich ledwie piśmiennego suwerena, nic dziwnego, że oczy teoretyków reformowania reformy zwracają się ku cudom właśnie. Cud nad Wisłą, to nie ich bajka, potrzebny cud bardziej współczesny i edukacyjny nie tylko historycznie. Idealnie nadaje się cud fiński, w pocie czoła rewitalizowany.

Fińska oświata stała się bożyszczem niemal wszystkich zainteresowanych naprawą systemów edukacyjnych, jak świat długi i szeroki. I wszędzie rozpatruje się ją głównie w kategorii cudu. Wszyscy w Europie chcą  się „od Finów uczyć”, „Finów podpatrywać i naśladować” i oczywiście „budować równie przyjazne i efektywne szkolnictwo jak w Finlandii”. Cud mniemany się u nas wnikliwie analizuje, ale, jak zwykle, jak na cud przystało, nie w sposób trzeźwy i wyważony (mało kto patrzy na daty i inne dane). Nawet na ogół pragmatyczni Amerykanie też Finom zazdroszczą, zapominając czasami o ogromnych różnicach między państwami i systemami. W Polsce, ojczyźnie wielu cudów, zazdrość o cud edukacyjny jest niemal fizycznie wyczuwalna, bo to jedna z niewielu dziedzin, w której cudu od bardzo wielu lat nie doświadczyliśmy. Był cud odzyskania niepodległości (niektórzy twierdzą, że bardzo niedawny), obrony tejże, obalenia komunizmu, cud gospodarczy, druga Japonia/Irlandia, a w oświacie boskiej interwencji ani widu, ani słychu. No, chyba że w poczet zdarzeń cudownych, w teoretycznie świeckim państwie, zaliczyć dwie godziny religii w curriculum, a w perspektywie maturę z tego „przedmiotu”*. Póki co, do programu biologii nie dołączono jeszcze kreacjonizmu (właśnie się dowiedziałem, że były takie próby!), ale cuda z natury rzeczy są nieprzewidywalne, więc wszystko może się zdarzyć. Zresztą, pal sześć, obcy cud, ale cud – sieć aż się grzeje od zachwytów, mocno spóźnionych gratulacji, porad-tyrad dla rodzimych nauczycieli i oryginalnych analiz. Ich oryginalność polega głównie na wariacjach w kolejności wymieniania zalet fińskiej szkoły.

Przy całym uznaniu dla ewenementu, warto by ustalić, na czym on konkretnie polega. W większości „opracowań”, określeniu najlepszy system edukacyjny na świecie, raczej trudno przypisać zasady, na których tej kwalifikacji dokonano, sposób porównywania nieporównywalnego i definicję konkurencji, w której poszczególne kraje „rywalizują”. Jedynym, ochoczo przytaczanym, „wymiernym” wyznacznikiem sukcesu Finlandii, są jej wyniki w PISA. Z racji obranych celów i przyjętej metodologii, pomiar ten koncentruje się na raczej na stopniu, w jakim dana populacja nie jest społeczeństwem analfabetów, niż na ocenie wiedzy jaką dysponuje i którą może wykorzystać. Do tego ostatniego, PISA nadaje się mniej więcej tak, jak konkurs Eurowizji do opisu możliwości muzyków krajów w nim startujących. Fińska oświata idealnie wstrzeliła się w założenia programu i bezdyskusyjnie należy do ścisłej czołówki jego kilkunastoletnich już zestawień, mimo wyraźnej tendencji spadkowej, której czekający na cud w naszym kraju zdają się nie dostrzegać. Paradoksalnie, o sukcesie stroniącego od konkurencji systemu, ma decydować mocno przywiędła palma pierwszeństwa w rankingu. Co z tego przodownictwa wynika, zależy już jednak jedynie od arbitralnie przyjętych priorytetów. Jeśli założyć, że celem podstawowym oświaty jest powszechna alfabetyzacja i polityka społeczna, sukces jest pełny. Jeśli oczekujemy czegoś więcej, np. przełożenia tej alfabetyzacji na gospodarkę i indywidualne osiągnięcia obywateli, to robi się już jakby mniej cudownie.

Finlandia jest socjaldemokratycznym rajem, finansowanym redystrybucją i drapieżnym, bezwzględnym fiskalizmem. Stąd właśnie, czyli z kieszeni obywateli, a nie z żadnego ekonomicznego perpetuum mobile, bierze się owa „bezpłatna” edukacja, nad którą pieją z zachwytu wszyscy absolwenci fińskich szkół ekonomicznych (i wszyscy równie dobrze wykształceni kelnerzy serwujący „darmowe obiady” na całym świecie), którzy najwyraźniej nie dostrzegają związku między „darmową” szkołą (także prywatną sic!), a 20-50% stawką podatkową dla osób fizycznych, przy 24% VAT. Nie powinno się jednak krytykować czegoś, co działa, tylko dlatego, że działa według zasad, które nam się nie podobają. W końcu Finom powodzi się całkiem dobrze i wydają na oświatę niebagatelne 7,7% PKB (to o 3% więcej, niż średnia europejska). Z kraju, którego funkcjonowanie oparte było na gospodarce rolnej i naturalnej, stosunkowo szybko i bezboleśnie przedzierzgnęli się we współczesne społeczeństwo, radzące sobie doskonale w świecie nowoczesnych technologii. Tak przynajmniej można przeczytać u szukających prostych recept na cud. W rzeczywistości jednak, realia gospodarcze często wymykają się ideologii i nie chcą podporządkować się woli politycznej, czy chwilowej koniunkturze (wkrótce sami będziemy to przerabiać na nowo). Koszty obsługi fińskiego państwa opiekuńczego są gargantuiczne – fiński dług publiczny w stosunku do PKB wynosi obecnie ok. 67%. Agencja Standard & Poor’s obniżyła Finlandii rating już w 2014 r. Wbrew propagandzie raju opartego na cudzie, odbija się to np. na służbie zdrowia, która już jest nieefektywna. Bezrobocie w fińskim raju sięga 10% (co ważniejsze, wśród młodych absolwentów „najlepszego systemu edukacyjnego na świecie” aż 20%). System emerytalny jest na skraju wydolności. Tak to jest, jeśli do wozu z cudem, zaprzęga się ciągnik o mocy jednego konia telekomunikacyjnego, o którego się na dodatek nie dba. Czy oświata jest wyjątkiem? Kiedy patrzy się na fińskie dzieci uśmiechające się z folderów, małe grupy w nowocześnie urządzonych i wyposażonych klasach, trudno uwierzyć, że coś może temu obrazowi zagrozić. A jednak. Ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że wypadnięcie z pierwszej dziesiątki w kultowym rankingu i tąpnięcie gospodarcze nie są jedynie koincydencją.

W wymiarze indywidualnym, napotykamy przy analizie fińskiego systemu na poważną sprzeczność. Skłonni jesteśmy podziwiać promowaną tam egalitarność, niewyróżnianie szkół, ani uczniów, nastawienie na wyrównywanie poziomu, itp. Kłopot w tym, że w ten sposób, nawet przy zachowaniu dość wysokiej średniej, nie dochowujemy się indywidualności, ludzi, którzy potrafią myśleć niestandardowo, a nie działać według uzgodnionego w ekstatycznym dialogu algorytmu. Niestety, przekonanie o społecznej szkodliwości konkurencji skutkuje stępieniem kreatywności i pachnie socjalistyczną utopią.** Od kreatywności są gastarbajterzy, Szwedzi, Amerykanie, Polacy. Symptomatyczne, że rezultaty osiągnięte przez fińskie nastolatki u progu nowego stulecia miały z założenia zagwarantować im „zdolności stosowania wiedzy i umiejętności, analizowania, argumentowania i efektywnego komunikowania w procesie stawiania, rozwiązywania i interpretowania problemów w różnych sytuacjach”. No, cóż. Te nastolatki, to dzisiejsze trzydziestolatki i nie widać raczej, by „z problemami współczesności” (niewykorzystana, realna szansa na pełne wyjście z recesji 2008 r. w czasie prosperity, brak sensownej reakcji na załamanie wymiany handlowej z Rosją, rosnące zadłużenie, bezrobocie „wyżejwykształconych”, przy jednoczesnym braku rąk do pracy w zawodach niewymagających doktoratu, itp, itd.) radziły sobie znacząco lepiej, niż choćby ich polscy rówieśnicy. Wręcz przeciwnie, wbrew rojeniom łatwo entuzjazmujących się polskich (i wielu innych) „koperników”, te „umiejętności” okazały się raczej iluzoryczne. Można to zauważyć także na poziomie jednostkowym, wystarczy poczytać komentarze polskich uczniów, studentów i pracowników, którzy mieli okazję konkurować (a jednak) i współpracować ze swoimi fińskimi kolegami. Eufemistycznie rzecz ujmując, nie są o ich wiedzy i kompetencjach dobrego zdania. Także wynoszona pod niebiosa „bezstresowa atmosfera szkoły” zdaje się nie przekładać na codzienną sielankę. Szkolna przemoc w Finlandii, odsetek uczniów, którzy z jej aktami się zetknęli, przynajmniej dwa razy w ostatnim miesiącu, to środek europejskiej stawki (ok. 15% pokrzywdzonych i również ok. 15% krzywdzących); Finlandia nadal boryka się z depresją północy, choć wiele danych wskazuje na to, że jej źródłem są nie tylko wysokie szerokości geograficzne, ale także „banalne” szkolne nękanie (niesławne strzelaniny w szkołach, zakończone licznymi ofiarami i samobójstwami sprawców). Tolerancja dla obcych też maleje, zachowania ksenofobiczne nie są wcale wyjątkiem.

Nie tak dawno, zostałem tu zbesztany za mało pozytywny stosunek do czysto PR-owego wystąpienia pani ambasador Kirsti Kauppi. Zupełnie przypadkowo, szukając jakiegoś podcastu, natrafiłem teraz na wcześniejszą o 10 miesięcy wypowiedź pani minister edukacji Finlandii, Kristy Kiuru, która brzmi, jakby dotyczyła innego kraju: – Nasze dzieci nie chcą się uczyć. Nie mają ochoty się wysilać, żeby zdobywać wiedzę. Pani minister zauważa również, że:[Rodzice] Przestali ufać szkole, mają negatywne nastawienie. Czyżby nie wiedziała, co mówi? A może fińska szkoła dokonała jeszcze większego cudu i zdążyła się przeobrazić w ciągu 10 miesięcy, tak, by mogła motywować uczniów, aby ich praca była celowa, rozwijała umiejętność zdobywania, stosowania i oceniania informacji, aby byli elastycznie społecznie i umieli konstruktywnie współpracować oraz byli świadomi odpowiedzialności za innych, i tak, by, bez większego dysonansu, sprostać wyobraźni pani ambasador?

W fińskiej oświacie musi jednak być coś nad wyraz atrakcyjnego, skoro wymienione problemy nie przebijają się do świadomości jej niezliczonych kibiców i entuzjastów. Gdyby było inaczej, wzorów oświatowego cudu mogłyby równie dobrze dostarczyć kraje Dalekiego Wschodu, Chiny, Korea Płd., Singapur i Hongkong, które wiele razy były w PISA nie tylko równie dobre jak Finlandia, ale często ją wyprzedzały. W naszym kraju jednak, nikt nie studiuje systemu singapurskiego i trudno raczej natrafić w mediach na peany nad chińskim reżimem w klasie. Okazuje się więc, że już nawet nie o wyniki alfabetyzacji chodzi, ale o sposób ich uzyskania, o słynną METODĘ, czyli formę, a nie treść. Wszystkim (włączając piszącego te słowa) podobają się w podejściu fińskim niemal te same elementy i nie ma w tym nic dziwnego – odbiorcom z kręgu kultury Zachodu (nawet tej bardziej wschodniej jej odmiany), taka oświata musi być bliższa, niż ta w wersji, przykładowo, chińskiej. I nie ma tu nic do rzeczy, że obydwa podejścia są przynajmniej równie skuteczne. Nie chodzi przecież o skuteczność, lecz o tradycje i ideologie. Wątpię (choć nie dysponuję żadnymi danymi), czy ewentualni reformatorzy systemów edukacyjnych Wietnamu albo Birmy są równie zachwyceni fińską „świetlicą”, jak ich europejscy (polscy) odpowiednicy.

Każde społeczeństwo ma prawo budować sobie taki system edukacyjny, na jaki ma ochotę i na jaki je stać. Zarówno nasze uznanie, jak i krytyka mają tu znaczenie drugorzędne. Zarówno chwalący, jak i krytycy mają na ogół mgliste pojęcie o dyskutowanym przedmiocie, nie mając z nim żadnych własnych doświadczeń, ani nie znając specyfiki lokalnej. Ocenę całych systemów edukacyjnych, najlepiej jest zostawić ich użytkownikom (a Finowie sami są często zdziwieni tym medialnym szumem i mają więcej wątpliwości, niż modlący się o cud zagraniczni wyznawcy). Tym bardziej, trzeba być ostrożnym przy rekomendacji i adopcji obcych systemów. Pod tym względem, nasze społeczeństwo, włączając elity różnego sortu, niemal od zawsze kierowało się kompleksami. Ich odreagowanie polegało albo na bezkrytycznym przejmowaniu obcych wzorców, albo bezmyślnym ich odrzucaniu (właśnie wchodzimy w tę drugą fazę choroby afektywnej dwubiegunowej). Albo kupowało się jakąś licencję bez oglądania się na offset, czy brak bazy serwisowej, albo potępia się w czambuł idee europejskie (jako kulturowo obce, co, niestety, jest w większości prawdą), jednocześnie ochoczo wyciągając rękę po unijne fundusze. Na gruncie oświatowym, też jeździmy od ściany do ściany: a to (w teorii) chętnie przeszczepimy sobie education made in Finland, a to (w praktyce) oportunistycznie amputujemy sobie dwadzieścia lat doświadczeń z systemem przynajmniej w teorii kompatybilnym z resztą Europy (co nie znaczy, że dobrym i niewymagającym poprawek).

Załóżmy przez chwilę, że obecne MEN jest zdolne do jakichkolwiek przemyślanych działań reformatorskich, bardziej skomplikowanych, niż skok na dyrektorskie posady (i głowy) w gimnazjach i, zachęcone społecznym poparciem, skłonne jest fiński cud importować. Tym sposobem, sądząc po opiniach w mediach, kupiłoby obecnym wyznawcom ideologii TKM spore poparcie, a byłby to elektorat cenny, bo spoza kręgu żelaznego. Niestety, podam za chwilę kilka przyczyn, dla których taka dobra zmiana zakończyłaby się taką samą klęską (czyli brakiem efektywności), jaką poskutkuje ta właśnie introdukowana. Być może byłaby to porażka bardziej estetyczna w odbiorze, ale w polskiej szkole niewiele zmieniłaby na lepsze.

Dlaczego? Po pierwsze, każde społeczeństwo charakteryzuje się ewoluującą, określoną historycznie mentalnością zbiorową. Nie chodzi mi o jakiś stereotyp w rodzaju polskiej gościnności, czy angielskiej flegmy, lecz o zestaw przewidywalnych reakcji społecznych, uśredniony dla danej populacji w określonym momencie historycznym. To jasne, że żyjąc tu, a nie gdzie indziej, mamy teoretycznie więcej wspólnego z Finami, niż, przykładowo, z Filipińczykami, ale to bardzo złudna perspektywa. Prawdopodobnie, pod wieloma względami, jest nam równie blisko do Filipińczyków, jak do Finów. Tymczasem, co oczywiste, fiński system edukacyjny został skrojony tak, by pasował do mentalności Finów, a nie Polaków, czy kogokolwiek innego, nie ma więc żadnej gwarancji, że zadziałałby równie dobrze gdziekolwiek indziej, w zupełnie innych warunkach. Zachwycamy się i dziwimy, jak to możliwe, że mimo antyautorytarnych wzorców wychowania, w fińskich szkołach na ogół panuje spokój i porządek, ludzie nie skaczą sobie po głowach i potrafią się porozumieć w kwestiach spornych. Rozsądek każe jednak przyjąć, że nie jest to wynik stosowanej metody; wręcz przeciwnie, to metoda dostosowała się do kulturowego wzorca. Nie stało się tak dlatego, że Finowie są „lepsi”, bo chętniej przyswajają miękkie kompetencje, ale z powodu procesów historycznych, które ich ukształtowały. Żaden szybki „przeszczep” metody, nie zastąpi trudnej szkoły życia, setek lat zmagań z ciężkimi warunkami naturalnymi, w których poświęcenie, wymuszony nim konsensus i obyczajowy purytanizm ukształtowały mentalność, do której dopasowano teraz system edukacyjny. Nie bez znaczenia jest słynny, protestancki etos pracy, dyktujący szacunek dla działań cudzych i własnych. Warto zauważyć, że Finowie są na ogół dość „potulni”, „posłuszni” i niezbyt skłonni do gwałtownych reakcji (oczywiście mówimy o średniej zachowań, a nie o emocjach; wszyscy wiemy, czym może skutkować ich nadmierne tłumienie – Finowie przodują przecież w jeszcze jednym, mniej chlubnym rankingu: liczbie samobójstw).

Wychowuje się nie tylko dzieci w klasie, można także wychować całe narody (z całą paletą skutków dobrych i złych), czego Finowie mogą być dobrym przykładem, bo jako osobny byt polityczny i organizacyjny nie istnieli między 1249, a 1917 rokiem. Nasze rozbiory, to przy ich historii pryszcz, choć specyfika ich podległości była inna. Finowie nie należą do indywidualistów i buntowników, o ich losie często decydowali inni, głównie Szwedzi i Rosjanie, a i obecnie nie protestują specjalnie, gdy ich życiem steruje wszechwładny biurokrata, lub urząd podatkowy. Czy powinniśmy się więc dziwić, że nauczyciel nie musi się na lekcji wydzierać? Nie sądzę, żeby wraz z pożądanym systemem edukacyjnym, dało się przeszczepić odpowiednią mentalność – na to potrzeba setek lat działania czynników wywierających realną presję, a nie kilku sezonów politycznie poprawnej „metody”. Poza tym, czy ktoś życzyłby sobie takiej inżynierii społecznej?

Po drugie, Finlandia to słabo zaludniony kraj (ok. 5,4 mln), wydający relatywnie ogromne kwoty na edukację i oświatową infrastrukturę. Czy, mimo (teoretycznie) wielokrotnie większego potencjału (ok. 38,5 mln ludzi), jesteśmy zdolni wygenerować adekwatne sumy? Przecież, żeby uzyskać analogiczne efekty (chyba nikt nie będzie twierdził, że jakość edukacji zależy jedynie od idei, a nie od nakładów), musielibyśmy wydawać jeszcze więcej niż Finowie. Nawet nie chce mi się liczyć, ile uniwersytetów trzeba byłoby zbudować i opłacić (o ich jakości, nie dyskutujemy, Finowie jakoś nie przejmują się fizyczną niemożliwością zapewnienia dobrze wykwalifikowanej kadry dla blisko 50 wyższych uczelni), żeby móc z Finlandią konkurować. Naprawa edukacji, to naprawdę coś więcej, niż zamówienie budzenia dla pogrążonych w letargu nauczycieli. Czy jesteśmy skłonni zafundować i zorganizować sobie fiskalizm potrzebny, żeby taki system utrzymać? Czy taki fiskalizm w ogóle miałby z czego czerpać środki? Myślę, że poparcie dla takiej wizji szybko by spadło, bo sfinansowanie 500+, to, przy takim przedsięwzięciu, małe miki.

Po trzecie, na koniec tej krótkiej listy czynników oczywistych, wielokrotnie wymienianych, lecz niewidzialnych dla samych wymieniających, wspomnę o elemencie, na który wskazuję od początku swojej obecności na tej platformie. Wielokrotnie, w stosunku do polskiej oświaty, zwracałem uwagę na czynnik, który Finowie również uważają za kluczowy dla swojej wersji edukacji. Mam na myśli nauczyciela i jego wykształcenie. To ostatnie uważam za warunek sine qua non jakiejkolwiek sensownej poprawy funkcjonowania naszego systemu edukacyjnego.

Finowie traktują jako oczywiste, że ktoś, kto ma być odpowiedzialny za wykształcenie i wychowanie młodych ludzi, nie może być osobą przypadkową. W Polsce jest to wymóg w najlepszym razie deklarowany. Statystycznie rzecz biorąc, zachowanie równych, wysokich standardów kadry potrzebnej do obsłużenia tak kosmicznej liczby szkół, jaką ma Finlandia, wydaje mi się średnio wykonalne. Nie znam jednak żadnego fińskiego nauczyciela, nie znam nawet opinii z drugiej ręki, nie mam więc podstaw do negowania, że Finowie przynajmniej do takich standardów usilnie dążą. W ośmiu wyższych uczelniach (dyplom szkoły wyższej jest jedyną drogą do profesji), kształci się nauczycieli, którzy nie uczą się później zawodu w godzinach i po godzinach pracy. Nikt nie rozczula się nad „młodym nauczycielem”, który, po podpisaniu umowy, przez następne kilka lat będzie poznawał nie tylko psychologię i fizjologię swoich uczniów, ale często podstawy swego własnego przedmiotu. Takich nauczycieli po prostu nie ma, bo chętni do pracy w szkole musieli najpierw pokonać dziesięciu rywali. Tymczasem, u nas, nauczycielem można zostać na kilka różnych sposobów, panuje ogólne przyzwolenie na to, że małe dzieci może uczyć ktokolwiek (bo to łatwa fucha jest), a w kilkudziesięciu wyższych szkołach krzewienia miękkich kompetencji i wyliczania metod dydaktyki niestosowanej produkuje się zastępy nauczycieli, którzy często żadnej innej szkoły by nie ukończyli, lub też z rozmaitych względów do tego zawodu nie powinni w ogóle trafić. I nikomu to nie przeszkadza. Bo szkolenia (swoim poziomem sankcjonujące żałosny poziom wyjściowy). Bo dzielimy się doświadczeniem (głównie w dokumentacji). Bo awans zawodowy (wieloletnie przelewanie z pustego w próżne, w oczekiwaniu na nieuchronne wypalenie zawodowe – pełnoprawnym nauczycielem zostaje się dopiero po pełnym uświadomieniu sobie nonsensu własnych działań w ustanowionych ramkach). Bo misja (niemożliwa i pogardzana).

Nie chcę uogólniać. Jest cała rzesza wyjątków od tych reguł. Szkopuł w tym, że dobry system edukacyjny nie może opierać się na nawet licznych, ale wyjątkach. I Finowie (niezależnie od partyjnej przynależności) to rozumieją. Na przykład uważają, że nauczanie w szkole podstawowej wymaga równie wysokich kompetencji, co wykładanie na uniwersytecie. Przecież nawet „świetlicę” trzeba umieć prowadzić (co z nią można zrobić, jak wykorzystać potencjał uczniów, to już kwestia priorytetów). Takie postawienie sprawy powoduje, że już samo podjęcie wymaganych i wymagających studiów jest nobilitujące i przyciąga najlepszych. Jakże to odmienne od naszej selekcji negatywnej. I jakże odmienne jest podejście do nauczycielskich praktyk, które kandydat musi odbyć pod kierunkiem nieprzypadkowych, odpowiednio przeszkolonych mistrzów zawodu, w wymiarze minimum 120 godzin. Żeby wejść do klasy, trzeba umieć uczyć, bo potem nie ma już miejsca, ani czasu na koleżeński tutoring i pomagający jak umarłemu kadzidło, tani coaching ciągnących się godzinami rad szkoleniowych. Najwyraźniej, fińscy praktycy doszli do wniosku, że zadaniem nauczyciela jest praca z uczniem, a nie zabawa w ucznia i że dobrze wykształcony nauczyciel sam zadba o swój warsztat i rozwój. Dziwne to, bo w fińskiej oświacie niewiele jest nadzoru, sprawdzania sprawozdań i tabelek, nie ma czegoś w rodzaju kuratorium i w ogóle nauczyciel jest pracownikiem dość samodzielnym, któremu nie patrzy się ustawicznie na ręce i nie dyktuje, jak ma swój zawód wykonywać. Mało jest także dyktatu programowego. Dziwne. Może to ten luteranizm… Może to on sprawia, że praca nauczyciela jest postrzegana i wykonywana jak wolny zawód, i ma status porównywalny z lekarskim, czy prawniczym.

Zaraz, zaraz! Jak to? Szacunkiem i uznaniem cieszy się byle babysitter, pracujący cztery godziny (przy tablicy) dziennie? Nie liczą mu drobnych w kieszeni i dni wolnego w kalendarzu? I nie glanują go w sieci wyznawcy światopoglądu Kalego? I może jeszcze płacą komuś takiemu rzeczywistą średnią europejską? Podobno tak. Wychodzi jakieś 40000 euro rocznie. Minus 22% podatku, co daje 31200. No tak, ale przecież życie tam dwa razy droższe, no dobra, dzielimy przez dwa, mamy 15600. Razy cztery, bo w strefie euro nie jesteśmy i długo nie będziemy. To daje 62400 zł. Nie najgorzej, choć może kokosy to nie są. Biorę poprawkę na „średnią”, bo też ją podobno zarabiam, zaokrąglijmy do równych 50 tys. To w dalszym ciągu przynajmniej o jedną trzecią więcej, niż każdy z nauczycieli, których znam… Wiem, że to jedynie szacunkowe rachunki, ale powinny być chyba brane pod uwagę, kiedy chce się importować system.

Myślący poważnie o adaptacji fińskiego modelu nie mogą skupiać się na reklamie wybranych jego elementów. Bo każdy system edukacji może być oparty na jakichś wzorcach, ale trzeba go budować na własnym poletku, z dostępnych materiałów i nie lekceważąc realiów. Jeśli już się jakiś system afirmuje, to trzeba być konsekwentnym i zmierzyć się z wymienionymi wyżej zagadnieniami, a nie ślinić się, jak nastolatek na widok supersamochodu na plakacie. Nastolatek, zwłaszcza mający bogatego tatusia, może śmiało wyobrażać sobie siebie jako mistrza Formuły 1; może nie brać pod uwagę, że nie bardzo umie prowadzić, a tu jeszcze kierownica po prawej stronie. Na ogół nie przejmuje się także tym, że, nawet jeśli tatuś auto zasponsoruje, to jeszcze będzie musiał partycypować w ubezpieczeniu i kosztach eksploatacji. Nie myśli także o tym, że coś, co doskonale sprawdza się na bulwarach Monte Carlo, niekoniecznie spełni swą rolę na ulicach Radomia, czy niemal polnych drogach dalszej prowincji. Poza tym, zdarza się, że nawet supersamochody lepiej wyglądają, niż jeżdżą, co dla nastolatka, zakochanego w wieśtuningu, nie ma większego znaczenia. Nasi edukacyjni finofile bardzo takiego nastolatka przypominają.

Liczne „koperniki” udzielają światłych rad jak działać, jak zmieniać i diagnozują, co jest źle. I kłują w oczy gotowymi, cudownymi rozwiązaniami. Zwykle jednak, kierują te dalekie od pragmatyzmu porady pod adresem tych, którzy, nawet jeśli są wspomnianymi systemowymi wyjątkami, ręce mają spętane, a nie tych dzierżących klucze od kajdanek. Nie biorą też pod uwagę, że na te klucze trzeba zapracować, często w innych dziedzinach, niż sama oświata. A przecież pani Zalewska zaprasza na konsultacje, może trzeba skorzystać? Nie dając się zmanipulować i wykorzystać jako pożytecznych idiotów. Jakoś nie słyszałem o takich inicjatywach, propozycjach, projektach, które próbowałyby z jej na kolanie pisanego potworka uratować choćby skrawki mogące system poprawić. A może jakiś kongres zmieniaczy? Taki bliżej ziemi i spraw bieżących? Cisza? Gdzie się podziały wszystkie dyżurne mądrale?  Ledwo co „obudzone” szkoły znów posnęły, nie widzą żadnych zagrożeń? No tak, łatwo jest zgrywać bohatera barykady na głębokich tyłach. Święta metoda zawsze ważniejsza od tego, czy działa i czy działać w ogóle może. Taka karma.

System fiński nie jest żadnym cudem, a już na pewno gotową receptą na cud. Bezkrytyczne rozpływanie się nad nim niczego nie zmieni w naszej edukacji. To napędzana państwową kasą, nowoczesna i sprawna „świetlica”, idealnie wkomponowana w potrzeby i bieżące możliwości fińskiego społeczeństwa. Posiadająca bardzo konkretne wady i widoczne zalety. Niestety, okazuje się niezdolna do ewolucji, szybkiego dostosowania do właśnie zmieniających się warunków. To masowe wręcz chciejstwo i średniowieczne pragnienie cudu odpowiadają za rozpętaną nad nią, przypominającą beatlemanię, histerię. Pragnienie cudu, z definicji nie ma nic wspólnego z racjonalną oceną sytuacji i jest wręcz wpisane w nieskomplikowane umysły, pragnące szybkich rozwiązań skomplikowanych problemów. I łączy ludzi skuteczniej, niż Nokia u szczytu swej potęgi.

*O dziwo, w Finlandii, religia (luteranizm) jest również obowiązkowa w szkole, a nawet sprawdzana na tamtejszej maturze (to pewnie pierwszy element systemu fińskiego, który będzie u nas implementowany). Jest jednak prowadzona w zupełnie odmienny sposób – jest to raczej wykład o religii, pozbawiony rytuałów i indoktrynacji.

**Na marginesie, przed kilkoma dniami, słyszałem, jak pewien propagandysta, oddelegowany do radia, do „obrony” polskiego szkolnictwa wyższego, argumentował, że wypadnięcie naszych uczelni z pierwszej pięćsetki najlepszych szkół wyższych na świecie, to „efekt wliczania w zasługi niektórych szkół, osiągnięć ich absolwentów uhonorowanych nagrodą Nobla”. Widać również wierzy, że nie należy się ścigać na takie osiągnięcia, bo o niczym nie świadczą.

4 myśli na temat “A miracle – Connecting people

  1. A legenda trwa i ma co raz to nowe odsłony:

    http://businessinsider.com.pl/rozwoj-osobisty/najlepsze-szkoly-na-swiecie-sa-w-finlandii/0690n0d

    Pani Dobosiewicz propagandą poleciała i to niezbyt aktualną. Może zanim się artykuł nasmaruje, to chociaż parę rzeczy w Google’u sprawdzić?
    Cały czas te same nieaktualności i bajędy o „darmowych” kredkach, za które szczęśliwy (bo ciemny) lud zapłacił z nawiązką w horrendalnych podatkach…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.